TOP koreańskie dramy!

Najlepsze koreańskie dramy minionych lat. Podsumowanie Aiko.

Gdzie poznać japończyka?

Najlepszym sposobem jest internet. Naszego nowego azjatyckiego przyjaciela możemy ponać na...

Japończyk w moim domu

Mix kulturowy. Jak przyjąc Japończyka w polskim domu?

ONE OK ROCK w Polsce

Relacja z trzeciego już z kolei koncertu, jedynego i najulubieńszego zespołu japońskiego Aiko.

Kosmopolita

Aiko opowiada o swoich podróżach po Europie, relacjonuje, opiniuje i poleca.

Za co kochamy dramy?

Czyli dlaczego warto je oglądać.

Blondynka na Językach - Język japoński

Recenzja podręcznika do nauki języka japońskiego Beaty Pawlikowskiej

Jak komunikują się Azjaci?

LINE - jeden z najpopularniejszych komunikatorów azjatyckich, podobnie jak Skype, ma możliwość przeprowadzenia rozmowy głosowej czy też video rozmowy, a także standardowo rozmowy pisanej.

Krótko o dredach

W pigółce fakty i mity dotyczące dredów. Czym są dredy, jak się je robi, jak pielęgnuje. Co to są dredloki i czy każdy może nosić dredy?

Nama Chocolate

Nama choco to japońskie czekoladki walentynkowe, robione domowym sposobem i wręczane mężczyznom w dniu zakochanych.

Zrób swoją Pande!

Tutorial od Aiko, jak zrobić własną Pande brelok.

Przystanek Woodstock 2017

Pierwszy festiwal o muzyce podwyższonego ryzyka, czyli jak Przystanej Woodstock się zmienił.

18 lutego 2018

The Lord of The Rings in Concert // Wrocław 18.01.18

Organizatorzy: „Pierwsza część trylogii J.R.R. Tolkiena — „The Lord of The Rings: The Fellowship of The Ring in Concert”. Film na ogromnym ekranie z muzyką na żywo Howarda Shore’a, zdobywcą trzech Oscarów. Całość w towarzystwie orkiestry symfonicznej, chóru oraz solistów. W sumie 250 artystów na jednej scenie. Gość specjalny Justyna Steczkowska ” 

I mniej więcej tyle na temat organizacji całego wydarzenia. Kilka słów na temat godziny rozpoczęcia, zakończenia oraz przerwy, a także ceny parkingu i szatni. Nic więcej. Zastanawiałam się jak mam podejść do tego tematu, bo kompletnie nie znam się na muzyce filmowej, na orkiestrze symfonicznej, jego składzie, a co dopiero jakości wykonania. Jednak wiem jedno, że jest to muzyka Howarda Shore’a, autora muzyki do ponad 50 filmów, z których najbardziej znane to m.in. Władca Pierścieni, Hobbit, Aviator, Milczenie owiec, Gra czy Filadelfia nie może być źle wykonana na żywo. 


Howard Shore o koncercie w Polsce: „Gramy koncert na żywo podczas projekcji filmowej na 18-metrowym ekranie. To wielki, piękny cyfrowy obraz, któremu akompaniuje muzyka na żywo. Na scenie mamy dużo grupę muzyków, 230 artystów i 96-osobową orkiestrę. Chór dorosły 60-70 wokalistów, chór dziecięcy 50 wokalistów, a także wielu artystów folkowych i solistów.” 

Och! To widok niesamowity. Cudownie jest spojrzeć na scenę pełną artystów poświęcających swoje życie dla tak pięknej dziedziny, jaką jest muzyka. Tu nawet nie chodzi o to czy mi się to podobało, ale fakt, że tak podziwiam każdego, kto z wielką pasja potrafi się oddać swojej pracy. Moje zadowolenie wyniosło 100% odnoście samego koncertu, po prostu artystyczna rewelacja! 
Natomiast dostrzegłam masę niedociągnięć od strony technicznej i samej organizacji wydarzenia. Nie jest to tylko i wyłącznie moja opinia, lecz dziesiątek innych osób. Organizatorzy totalnie mięli wszystko w nosie. 
O ile rozumiem przeszukiwanie torebek w ramach bezpieczeństwa, to nie rozumiem czemu nie sprawdzono mojego biletu, odniosłam wrażenie, że na dobrą sprawę każdy z ulicy mógłby „wejść na krzywy ryj”, a nikt z organizatorów by tego nie zauważył. Nie wiem jednak jak działała szatnia, ale z tego co się orientuję, to kolejna porażka. Wchodząc na halę widziałam bardzo długą kolejkę, z opinii ludzi wynika, że obsługi było za mało, dlatego zgrabnie ją ominęłam i postanowiłam nie oddawać swojego płaszcza. Było to natomiast całkiem dobre zagranie. Pamiętacie takie niewygodne krzesełka z podstawówki? To wyobraźcie je sobie w stopniu gorszym, były niewyobrażalnie twarde i źle wyprofilowane. Mimo że kompletnie nie mam problemów z kręgosłupem, to po 4 godzinach siedzenia (a siedziałam na miękkim płaszczu), nie obeszło się bez tabletek przeciwbólowych. 

Dodatkowo miałam wrażenie, że ludzie trochę pomylili wydarzenia. Osobiście przyszłam na koncert z filmem w tle, masa z kolei przyszła na film z przygrywaną muzyczką do hot-doga i popcornu. Świetnie, że organizatorzy pokusili się o kącik gastronomiczny, ale nie wydaje mi się, żeby to była okazja na zajadanie się popcornem przy artystach tego pokroju, mało taktowne i kulturalne, zwyczajny brak szacunku. Napomnę, że po zakończeniu filmu większość widowni zaczęła wychodzić, nawet nie czekając aż artyści się ukłonią i zejdą ze sceny – ewidentnie ludzie pomylili te wydarzenie ze zwykłym seansem filmowym! 
Ostatnia rzecz na minus jest trochę bardziej techniczna. Przede wszystkim zabrakło konferansjera. Nikt nie prowadził „przedstawienia”, nikt nie zapowiedział wejścia artystów na scenę ani nie było słowa o tym, że gościem specjalnym była Justyna Steczkowska (swoją drogą była kompletnie niewidoczna). Nie przedstawiono jaką orkiestrę oraz chór zobaczymy na scenie i pod czyją batutą będą grać. Brak informacji jak długo będzie trwała przerwa. 

Choć nie znam się na nagłośnieniu ani odpowiednim oświetleniu sceny, to bez żadnych skrupułów mogę napisać, że coś poszło nie tak. Połowa muzyków nie była widoczna, a z kolei na ekran padał blask reflektora. Dialogi z filmu niekiedy były zbyt głośne w stosunku do granej i śpiewanej muzyki, a i niektóre niskie dźwięki były dość niewyraźne, zdecydowanie akustyka poszła w złym kierunku. 

Niestety patrząc na wszystko co napisałam powyżej, widać co dobra kilkumiesięczna reklama robi z wydarzeniem, które tak naprawdę nie było takie „super”. Pomijając oczywiście aspekt artystyczny! 
Był to spęd masy, która się nie potrafi do końca zachować, wykluczając wyjątki, które naprawdę zachwycały się widowiskiem. Jest w tym również wina organizatorów, bo potraktowano widownie trochę jak bydło, które przyszło obejrzeć po raz kolejny ulubiony film. Gdyby organizatorzy bardziej się postarali i wyeksponowali to co najważniejsze, czyli artystów i ich występ nazwałabym to muzyką w filmem w tle, natomiast ich podejście sprawiło zupełnie odwrotny efekt.

Żeby nie było,  to nie jest tak, że nie jestem zadowolona i mi się nie podobało, choć wyszczególniam tu masę minusów, to ciągle podkreślam, że występ sam w sobie był wydarzeniem absolutnie fenomenalnym. Problem tkwił jedynie w organizacji, przez co trochę czuję się pokrzywdzona wydając dość spora sumę na bilet na film z muzyką w tle, gdy właściwie obiecywano nam coś zupełnie innego.

----------------------------------------------
P.S. Występ miał miejsce miesiąc temu, niestety nie miałam zbyt wiele czasu na pisanie, ponieważ trwała sesja, ale jestem już po sesji, wszystko jest pozaliczane, miałam tydzień wolnego i w końcu pojechałam do domu. Jutro zaczyna się kolejny semestr i znów do nauki. Ja ne!

Z dnia: 18.02.2018r.

13 lutego 2018

Czekoladki walentynkowe

Ohayou! Z okazji jutrzejszego święta zakochanych przygotowałam kolejny przepis na czekoladki dla drugiej połówki, bo wszyscy doskonale wiecie, że jest to moja coroczna tradycja, zgodna z kultura japońską, czyli obdarowywaniem swojego mężczyznę słodkościami własnoręcznie przygotowanymi!


Na moim blogu pojawiły się już dwa przepisy na czekoladki, możecie je zobaczyć:

Dzisiaj przygotowałam dla Was przepis na domową czekoladę z mleka w proszku, jest nadzwyczaj smaczna, jedwabista aż rozpuszcza się w ustach. Przygotowując ją sami możecie uznać czy dodacie do niej bakalie, orzechy, wiórki kokosowe, a może nic. Co więcej, sami możecie dostosować do siebie stopień słodkości. Przepis poniżej jest na czekoladę MEGA słodką i MEGA kakaową! 
Składniki:
200g masła
300g mleka w proszku (orientacyjne - może być mniej lub więcej)
½ szklanki wody
1,5 szklanki cukru pudru
8 łyżek kakao
garść orzechów
garść bakalii
  
1. Wlewamy wodę do rondelka wraz z masłem i rozpuszczamy na małym ogniu.

2. Dodajemy cukier puder i dokładnie rozpuszczamy w maśle, a następnie dodajemy kakao.

3. Jeśli przewidujemy jakieś dodatki do czekolady, to najlepiej jest je dodać teraz, ponieważ po dodaniu mleka w proszku nasza czekolada momentalnie gęstnieje i wymieszanie dodatków będzie stanowiło większy problem.

4. Jak już się domyśleliście teraz czas na mleko w proszku. UWAGA! Nie dodawajcie dokładnie tyle ile ja podałam w przepisie, ponieważ jest to ilość orientacyjna. Z doświadczenia wiem, że najlepiej jest dodawać bardzo powoli niewielką ilość proszku ciągle mieszając. W końcu będzie moment, że zorientujecie się, że masa  na tyle Wam gęstnieje i warto już przestać dodawać więcej. Tym razem dodałam 300g mleka, ale kiedyś robiłam przepis, w którym dodawałam nawet 500g, wówczas czekolada była nieco mniej delikatna i bardziej "zbita", a smak mleka bardzo wyrazisty.


Korzystajcie tylko i wyłącznie trzepaczki/ubijaczki, ponieważ ona doskonale wymiesza składniki, starajcie się nie mieszać zbyt szybko, to nie sprawi, że składniki lepiej się zmiksują. Róbcie to do momentu, aż konsystencja masy będzie jedwabista, gładka, cały czas podgrzewając na małym ogniu.

Czekoladę możecie włożyć do foremek, ja wkładam ją zwykle do foremek na muffinki albo do podłużnej blaszki na ciasto i wówczas powstaje blok czekoladowy, który możemy kroić. Ja osobiście staram się drugą wersję omijać, ponieważ lubię delikatne i miękkie czekolady, dlatego krojenie takiej w bloku nie jest zbyt wygodną ani estetyczna sprawą. 

Czy można zamiast masła użyć margaryny? Tak, ale pomyśl o smaku, masło lepiej wkomponuje się w całokształt, jest delikatniejsze.

Można dodać śmietanki 30% zamiast wody. UWAGA! Spowoduje ona, że czekolada będzie jeszcze delikatniejsza niż jest, ale ma ona swój minus, może się zważyć! Trzeba dokładnie mieszkać i uważać, żeby nam się nie przegotowała. 

Z dnia: 13.02.2018r.


21 stycznia 2018

Blogowanie, czyli 5 lat kreowania tożsamości Aiko-chan

Właśnie dzisiaj mija rocznica założenia tego bloga, całe 5 lat. Przez ten czas naprawdę wiele się zmieniło. Począwszy od blogosfery, aż po życie osobiste.

Pisanie bardzo dużo mnie nauczyło, szczególnie wyrażania własnych poglądów i opiniowania. Względnie rzetelnych argumentacji, a nie powtarzania tych samych paplanin w celu wbicia komuś moich przekonań. Ważne jest to, jak się przekazuje informacje innym, a nie narzuca i wpaja własne poglądy. Równocześnie odnosi się do czytania. Blogerzy przedstawiają własne zdanie i recenzują: kosmetyki, muzykę, filmy, ulubione miejsca w kraju rodzimym i za granicą, i wiele innych. Ostatecznie my, czytelnicy kształtujemy swoje opinie i na ich podstawie możemy odnaleźć w pewnym sensie siebie.
Oczywiście opieram to wszystko na osobistych doświadczeniach, ponieważ wolę chociażby przeczytać co ma dopowiedzenia bloger X, Y, czy Z, niż czytać stronnicze artykuły sponsorowane albo „profesjonalne” magazyny, ponieważ większość z nich z góry narzuca formę i treść. Dla mnie ważniejszy wpływ na kształtowanie się opinii, to zlepki cudzych, łatwiej jest się wówczas ustosunkować do jakiejś sytuacji. 

Blogowanie nie polega na tym, żeby pisać „dla siebie”, jeśli tak ktoś mówi, to kłamie. Gdyby tak było, ten ktoś, pisałby pamiętnik i wkładał go do szuflady, a nie szukał uznania w internecie (bo w końcu w pewnym sensie tego oczekują bloggerzy). Mimo wszystko blogowanie rządzi się trochę innymi zasadami niż magazyny internetowe i wszelakie portale informacyjne. Mamy dużo większy zakres możliwości, nie musimy trzymać się żadnych reguł, bo je ustalamy sami i sami również możemy je zmienić. Granice naszych możliwości zależą tylko od tego, jak wiele mamy zasobów pozwalających nam przekazanie informacji na blogu, w dużej mierze zależy to od kwestii finansowych, bo w końcu żeby coś pokazać - przedmiot, miejsce to trzeba w jakiś sposób go zdobyć lub do niego dotrzeć. Natomiast innym ważnym aspektem jest czas i nie chodzi mi tylko o pisanie, ale również o czas przeznaczony na nowe doznania opisywane i przekazywane na blogu (mam na myśli różne wydarzenia kulturowe, czy czas poświęcony na obejrzenie filmu, przeczytanie książki lub wykonanie DIY itp.). 

Ostatnio bardzo dużo zastanawiałam się nad powiązaniem między mną a Aiko-chan, w takim sensie, że dawniej bardzo odcinałam się od tożsamości internetowej i stawiałam grubą krechę między życiem prywatnym, a wyimaginowaną postacią Aiko-chan. Raczej nie przyznawałam się do tego, że pisze bloga i był to temat nieco wstydliwy dla mnie. Działało to w dwie strony – w internecie nie chciałam pokazywać swojej twarzy, a świecie prawdziwym nie przywiązywałam wagi do karykaturki, którą stworzyłam. Teraz napawam się dumą wspominając o blogu i o twórczości jaka tu tworzę. Mimo że masa wpisów w ogóle obecnie nie odzwierciedla tego co w tej chwili myślę czy jaka jestem, to mam do tego niesamowity sentyment. Dzięki tej stronie mogę cofnąć się nawet 5 lat wcześniej i przypomnieć sobie, co wówczas robiłam oraz jaką miałam koncepcję na
                                                                                                   przekazanie moich wartości dalej. 

Mam świadomość tego, że wraz z ewolucją mojej osobowości ewoluował też mój blog, nie ocenię czy na gorsze czy na lepsze, ale to dowodzi, że nie ma rzeczy stałych i nigdy nic nie jest takie samo jak było wcześniej, mimo że staram się trzymać od 5 lat ciągle ten sam schemat blogowania, to doskonale wiem, że trafiam do zupełnie innych odbiorców dzisiaj, niżeli kilka lat temu. W końcu nie utrzymałam tematyki bloga w myśli kultury azjatyckiej. Piszę jedynie odwołując się do popkultury, jaką mogę doświadczyć na odległość – konwenty, koncerty, kinematografia czy muzyka to elementy, które mogę doznać empirycznie, dlatego mogę o nich pisać, reszta to czysta abstrakcja. Właśnie z tego powodu zainteresowania tylko się pogłębiają, chcąc poszerzać tematykę bloga trzeba się uczyć i doświadczać nowości: wiele czytać, wiele tworzyć, wiele poznawać. W taki sposób blog samoistnie nastawił się bardziej na tematykę podróży i relacji kulturowych, a jego przeznaczenie się nieco zmieniło.


Myślę, że blogowanie nauczyło mnie jednej rzeczy (pomijając takie oczywistości, jak nauka i ciągle doskonalenie formy pisania czy kulturalnej komunikacji między blogosferą), mówienia o sobie, o tym co się lubi, jakie ma się upodobania i jakie poglądy w sposób otwarty. Co prawda "hejty" istnieją i będą istnieć, ale to nie może nas demotywować do tego, aby przestać wyrażać własne zdanie.
Największą motywacją dla blogera są jego czytelnicy, dlatego dziękuję wszystkim czytającym blog Aiko-chan. Mata ne! :)
 Z dnia: 21.01.18r.

2 stycznia 2018

Skupisko dram – podsumowanie 2017

W ubiegłym roku nie było podsumowania najlepszych dram 2016, ale to dlatego, że według mnie był to jeden z najgorszych sezonów. W 2017 jest zupełnie inaczej, obejrzanych dram było sporo, na jednych się bardzo zawiodłam, jak choćby My secret romace albo While you were sleeping, o których było naprawdę głośno, wydawały się zdobywać popularność, a jednak w rzeczywistości nie były wcale godne uwagi. Były też odmóżdżające seriale, które wydawały się początkowo ambitnym kąskiem, a potem przeradzały się w nudny romans typu prawniczego - Suspicious partner. Były też życiowe i pouczające produkcje (Go back couple), ale nie na tyle dobre, by według mnie trafiły na podium. Wielkiej rewolucji nie było, ale zobaczcie sami, co przyniósł ostatni rok. :) 

3. „School 2017”
Rok produkcji: 2017; Liczba odcinków: 16; Gatunek: komedia, romans, szkolna

Życie nastolatków toczy się głównie wokół szkoły, nic dziwnego, że to właśnie ona sprawia im najwięcej problemów. Koreańska szkoła przytłacza swoim systemem uczniów - piękni i bogaci zawsze są traktowani lepiej, a co z jednostkami, które są ich przeciwnością? Najlepiej jest ich się pozbyć – tak twierdzą nauczyciele, wprowadzają niemalże terror w szkole. Na pomoc przychodzi tajemniczy pan X i sabotuje system. Ukazuje jej największe minusy i sprawia, że to nie dzieci, ale dorośli zaczynają mieć problemy. "Kim jest człowiek X i jaki ma właściwie cel?" - pytają wszyscy. "Złapmy go!"


2. Weightlifting Fairy Kim Bok Joo
Rok produkcji: 2017; Liczba odcinków: 16; Gatunek: komedia, sportowa

Kim Bok Joo (Lee Sung Kyung) należy do drużyny podnoszącej ciężary w szkole sportowej. Zaczyna odnosić sukcesy, często wygrywa zawody i jest zdecydowanie jedną z najbardziej utalentowanych osób w grupie. Jednak jak to bywa w młodym wieku, dziewczyna ma wiele problemów. Z pewnością życia Bok Joo nie ułatwia złośliwy kolega z uczelni, na każdym kroku burzący jej święty spokój. W końcu bohaterka mimo swoich osiągnięć sportowych nie czuje się zbyt szczęśliwa, zawsze była chłopczycą, zarówno rodzina jak i przyjaciele traktują  ją jak mężczyznę. Czy dziewczyna odkryje w sobie prawdziwa kobiecość? Co sprawi, że zechce poszukiwać czegoś czego nigdy nie miała?



1. Witch’s court
Rok produkcji: 2017; Liczba odcinków: 16; Gatunek: komedia, kryminał, prawnicza

Prokurator Ma Yi Deun (Jung Ryeo Won) miała bardzo trudne dzieciństwo. Wychowywała się bez ojca, a matka z dnia na dzień zniknęła z jej życia. Ostatecznie została sierotą. Przez całe życie bardzo ciężko pracowała na lepszą przyszłość. W międzyczasie próbowała wszelkich sposobów na odszukanie zaginionej mamy. W końcu traci nadzieję. Pewnego dnia staje się światkiem molestowania seksualnego, a dokładniej widzi jak szef napastuje dziennikarkę. Początkowo bohaterka nie chce się angażować w tą sprawę, bo zależy jej na wysokiej pozycji i uznaniu. Jaką decyzje podejmie, woli piąć się ku szczytu kariery, czy upaść na dno w imię prawa? 



Coś z życia Aiko
Oczywiście korzystając z okazji, choć już pisałam o tym w mediach społecznościowych, chcę Wam życzyć najszczęśliwszego nadchodzącego roku. Dla mnie ubiegły niestety był zbyt pracowity, zbyt nieudolny, nie wniósł w moje życie niczego nowego, a jedynym racjonalnym i dumnym osiągnięciem jakie dokonałam, to wybór kierunku studiów. 
Bardzo źle wspominam ostatni rok: do połowy maja siedziałam przed książkami, dość słabym rezultatem były wyniki matury, ciągła praca, nerwy, stres, brak czasu dla siebie i dla bliskich, średnio udane wakacje i wiele innych mniej przyjemnych spraw. W tym roku planuję wiele rzeczy zmienić. Głównie swoje podejście do codzienności, bo śmierdzi u mnie nudą, ale przede wszystkim muszę bardziej efektywnie zarządzać swoim czasem. O celach na ten rok się dowiecie, ale jeszcze nie w tej notce. To tyle na dzisiaj. Mata ne!

Z dnia: 02.01.2018r. 

24 grudnia 2017

Merii Kurisumasu!

おはよう!メリイクリスマス。
(Cześć! Wesołych świąt.)

Dzisiaj zgodnie z coroczną tradycją, w dniu wigilii,  chciałabym życzyć wszystkim swoim czytelnikom wesołych świąt. Abyście spędzili je w spokoju od codziennych zawirowań oraz zmartwień. Odpoczęli i nabrali siły na nadchodzącego sylwestra. Żeby Wam żadna ość z karpia nie stanęła w przełyku, kompot z suszu był wystarczająco schłodzony, a pierogi nigdy się nie kończyły. Równolegle życzę coś mniej przyziemnego i zarazem ważnego, szczególnie zdrowia, pogody ducha, miłości i wytrwałości w dążeniu do celów. Dla mnie święta to czas spędzany w gronie najbliższych, czego również i Wam życzę. Spędźcie je tak, jak chcecie: z rodziną, przyjaciółmi, psem czy chomikiem, ale nie bądźcie sami. 
1. Aiko Rudolf z przyjaciółmi reniferami.
2. Wrocławska choinka na rynku.
3. bałwan żebrzący o miotłę.
1.Aiko z Pandą.
2.Dzisiejsza choinka obładowana prezentami.
Do następnego! Mata ne! :) 
Z dnia: 24.12.2017r.

22 grudnia 2017

ONE OK ROCK // Warszawa 3.12.17

Wyjazd na koncert ONE OK ROCK w tym roku w ogóle nie był przemyślany. Gdy tylko usłyszałam, że zespół ponownie przyjedzie do Polski, pod wpływem impulsu, już w dniu pojawienia się biletów online, zamówiłam dwie wejściówki. Teraz żałuję. Mogłam kupić bilety VIPowskie.

Wyjazd naprawdę był, jak na mnie, nieco chaotyczny - takie niezorganizowanie w ogóle nie jest w moim stylu! W ostatniej chwili zakup biletów do i z Warszawy, nie prześledzony przejazd na miejsce koncertu i powrotu z niego. Tym razem mi to nie przeszkadzało, bo jak Wiecie, uwielbiam hasło: „idźmy za tłumem”. Za każdym razem mi się ono sprawdza, o dziwo w tej sytuacji również. 

Początkowo miałam inny zamysł, chciałam pojechać do Warszawy wcześniej, nieco pozwiedzać, ale ostatecznie nadeszła zima. Mróz i śnieg pokrzyżował mi nieco plany. Dlatego do Warszawy przybyliśmy z Pandą tuż przed godziną 16:00, kiedy bramki były otwierane o 18:00. Zdążyliśmy jedynie zjeść szybko frytki w McD i ruszyć w drogę.
Daleko szukać nie musieliśmy, już na przystanku przed Złotymi Tarasami zauważyliśmy charakterystyczna grupkę młodzieży, to był znak, że: czekamy w dobrym miejscu, wsiadamy do odpowiedniego tramwaju, wysiadamy na prawidłowym przystanku, idziemy we właściwym kierunku i w końcu, stoimy w należytej kolejce (tak na oko w środku, przed i za nami jakieś 100m ludzi).
Około 17 byliśmy przed warszawską Halą Koło. Ku mojemu dziwieniu i pomimo NAPRAWDĘ długiej kolejki, szybko została rozładowana, za sprawą podziału jej w pewnym momencie na dwie części. Ostatecznie weszliśmy na salę po półtoragodzinnym staniu na mrozie. Porównując nasze koczownictwo do innych fanów to pikuś! Dziewczyny opowiadały, jak siedziały pod halą już od 11 rano – to są prawdziwi fani!
Organizacja
Standardowo przechodzenie przez bramki kończy się przeszukiwaniem toreb i zabieraniem: termosów, kanapek, wód mineralnych, batoników itd. niezależnie czy są duże czy małe. Za każdym razem drażni mnie ta sytuacja, bo jak wiadomo, takie rzeczy na czas koncertu za każdym razem pozostają w plecakach/torbach w szatni z ubraniami wierzchnimi, szczególnie tą porą roku. Co więcej, w ubiegłym roku, gdy koncert odbywał się w Progresji, było chociaż przyzwolenie na wnoszenie małych półlitrowych wód bez nakrętek – to zawsze coś. Tym razem kategoryczne: nie. Natomiast moje śmiertelne breloki przy portfelu i kluczach są dużo bardziej niebezpieczne, i mogłabym z nimi zostać miniaturowym terrorystą, aczkolwiek nikt nie zwrócił na nie żadnej uwagi. Czy to nie dziwne?
Ogólna organizacja była naprawdę dobra, podzielono ludzi na dwie kolejki przy wejściu do bramek, potem tworzyły się kolejne do aż dwóch szatni, z czego każdą obsługiwały bodajże po 3-4 osoby. To wielki plus przy takiej masówce, niestety Progresja w ubiegłym roku gorzej się sprawowała. 
Dodatkowo bardzo się ucieszyłam, gdy okazało się, że tym razem koncert odbędzie się w dużej hali sportowej, a nie malutkiej salce klubowej, gdzie większość koncertowiczów zdycha po samym supporcie, tym razem kwestia organizacji koncertu w zimę i w dużym pomieszczeniu, była bardzo rozsądnym ruchem.
Największym minusem jaki dostrzegłam były… toalety. Koncert co prawda odbywał się na hali sportowej, ale toalety, które były udostępnione to zwykłe ToiToi, było to mega problematyczne, ponieważ znajdowały się one oczywiście na zewnątrz i jedynym wyjściem, aby z nich skorzystać, był spacer na mrozie - bez kurtek (bo oczywiście zabranie ich wiązało się z czekaniem w kilometrowej kolejce do szatni).
Podobno był na terenie koncertu jakiś „bar”, ale go w ogóle nie zauważyłam, widocznie jego oznakowanie było słabe, więc w tej kwestii w ogóle się nie wypowiem. 
1.Jadąc na koncert miałam taki plan: będę miała dużo czasu w pociągu, więc nauczę się do nadchodzącego kolokwium. Ha! 5h w pociągu jadąc w jedna stronę notatki leżały na stoliku i wspólnie ze mną rozglądały się za stacją końcową.
2.Widok Pałacu Kultury zawsze mnie cieszy, jest dla mnie doskonałym punktem orientacyjnym.
3.W tym roku postanowiłam założyć zimowe uszy niedźwiadka - wykonane własnoręcznie, przy najbliższej okazji postaram się stworzyć notkę typu DIY, mam wiele kreatywności, których nie pokazywałam na blogu w ostatnim czasie. :)
Koncert: ONE OK ROCK Ambitions European Tour 2017
Na początku napomnę o supporcie, bo go uwielbiam! Jako przygrywka dla naszych gwiazd zagrało Crown the Empirie. Jest to amerykański, rockowy zespół działający od  7 lat. Bardzo mnie zdziwiło, że to własnie oni będą rozgrzewać widownie, a to głównie dlatego, że jest to zespól grający dużo "cięższą muzykę", bo jest to metalcore/post hardcore. Używają w swojej twórczości wiele efektów elektronicznych, jest to głównie tekst wrzeszczany, często zmieniają rytmikę i mają tendencję do przejścia ze spokojnych, niosących "ballad" po agresywne wykorzystanie gitary i wokalu. I własnie  kompletnie mi to nie pasowało do "przygrywki" ONE OK ROCK. Niemniej słucham ich od kilku lat, jest to odpowiednik muzyki jaka towarzyszy mi na co dzień, bardzo ich szanuję i okropnie się cieszę że miałam okazję ich posłuchać na żywo. Swoją charyzmatyczna twarz pokazali przed koncertem OOR, nie tylko grając swoją muzykę, ale również potem, bardzo sympatycznie odnosząc się do widowni, z wielka chęcią robi ze sobą zdjęcia i zachęcali do rozmów ze sobą. Z pewnością osoby ich nieznające, będą dobrze wspominać Crown the Empirie. Niestety, chłopaki zagrali jedynie przez 30-35 minut. 
Zagrali m.in.: Zero, Hologram, Memories of broken heart, Voices, Machines
Crown the Empirie
O głównym koncercie można by pisać naprawdę sporo, sam w sobie koncert oceniam lepiej niż ten w Progresji, ale to kwestia widowni. Rok temu na pierwszym koncercie ONE OK ROCK w Polsce przybyło naprawdę sporo "fanów", których słyszałam głośniej podczas koncertu niż chłopaków. Wróć! Piski dziewczyn słyszałam głośniej, nie śpiew, to tak dla sprostowania. W tym roku było ich mniej, to raczej kwestia tego, że masa osób jednak wybrała się na sierpniowy występ na Czad Festiwalu, a Ci którzy wówczas nie byli, przyjechali teraz w grudniu do Warszawy (tak było w większości przypadków, gdy podpytywałam ludzi - w moim również).
ONE OK ROCK
Ktoś by mógł powiedzieć, że koncert jak koncert: muzyka, śpiewy, skakanie w tłumie i wołanie o bis. Ale wydarzyły się aż trzy bardzo zapadające w mojej głowie rzeczy. Z czego jedna z nich jest godna pożałowania.
Podczas śpiewania jednej z piosenek - "Take what you want" Taka zaśpiewał wstęp i nagle umilkł. Umilkła również sama muzyka. Zespół stanął nieruchomo na scenie, nastała grobowa cisza z ich strony. Był to znak, że oddają hołd zmarłemu, a dokładnie Chesterowi Benningtonowi (wokalista zespołu Linkin Park). Niestety ktoś z widowi znalazł idealny moment na to aby zebrać się na wyznania: "kocham Cię Taka", "love you" oraz szepty: "zapomnieli tekstu", "ha ha, zaciął się" i różne takie, hm... niezbyt mądre komentarze, aż w końcu brawa, znikąd. Nie mam na języku cenzuralnych słów na opisanie głupoty lub niedojrzałości osób, które w ten, a nie inny sposób się zachowały. O ile szepty są dla nie zrozumiałe (niektórzy mogą nie wiedzieć, o co mogło chodzić zespołowi), o tyle krzyki i brawa, kompletnie mnie zbijają z tropu. 
Linkuję poniżej nagranie z YouTube, abyście mogli zobaczyć jak to właściwie było.


Uważam jednak, że staraliśmy po sobie zatrzeć złe ślady. Akcje fanowskie są na każdego takiego rodzaju koncertach. My w tym roku postanowiliśmy zaskoczyć chłopców kolorowymi światełkami podczas piosenki "We are". Jak to zrobiliśmy? Ha, wystarczy włączyć latarkę w telefonie i nakleić na nią kolorowa folię. Efekt był zdumiewający!


Fani zaskakują dobrze albo źle. Co prawda masa ludzi nienawidzi piosenki "American girls", jest to na tyle głośna sprawa, że większość wie czemu. Choć mi osobiście bardzo się podoba, reaguję na nią trochę inaczej niż "typowi fani", ale o co mi chodzi... Ano o to, że tym razem to OOR nas zaskoczyło, bo Taka zaśpiewał... "Polish Girls"! I w taki sposób, fani zamiast buczeć na amerykańskie dziewczyny, cieszyli  się, dobrze bawili, a nawet się podekscytowali, że zaśpiewano o polskich dziewczynach. Natomiast coby nikomu ego za bardzo nie skoczyło, w innych krajach te nazwy były zamieniane (nie orientuję się czy we wszystkich, w których odbywała się trasa, ale doszły mnie słuchy, że w większości).
Drugie nagranie zawiera "Polish girls".

Miałam trochę wrażenie, że zespół nie był na tyle zadowolony z koncertu na ile powinien. Kwestia tego, że dawali z siebie naprawdę 100%, ale publika (moim zdaniem) nie do końca dokazywała. Być może zupełnie jak ja, fani są przywiązani do starszej dyskografii, a co za tym idzie, na koncertach nie do końca znają tekst piosenki, gdy artysta chce żeby coś widownia zaśpiewała, ale też zwyczajnie gorzej się bawi wśród muzyki, co by nie mówić, mniej lubianej.
Generalnie podsumowując był to dla mnie lepszy koncert niżeli ten w ubiegłym roku, publika była spokojniejsza, nie słuchałam pisków gimnazjalistów, tylko śpiew i muzykę. 

ONE OK ROCK zagrało m.in.: Taking off, Hard to love, Bedroom warfare, Bon voyage, I was king, Take what you want, The beginning, Mighty long fall, We are, American girls. 

Po koncercie
Po koncercie umówiliśmy się z kilkoma osobami na "after", ponieważ duża większość wracała do domu z samego rana kolejnego dnia. Ostatecznie zgniliśmy na dworcu w McDonald's w małej grupce, jedząc fast foody do 3 rano i rozmawiając na 101 tematów, a po godzinie 5 mieliśmy już pociąg do Wrocławia.
Tak minął mi kolejny koncert i za razem ostatni w tym roku. Następny w planowanych mam we Wrocławiu 18 stycznia - "The Lord of The Rings: The Fellowship of The Ring in Concert", a więc "film na ekranie z muzyką na żywo Howarda Shore’a, zdobywcą trzech Oscarów. Całość w towarzystwie orkiestry symfonicznej, chóru oraz solistów. W sumie 250 osób na jednej scenie" - cytowane z wydarzenia na facebooku. Wiążę spore nadzieję z tym występem. 
To tyle na dzisiaj, wciąż nie życzę Wam wesołych świąt - to będzie dobra motywacja, aby napisać coś jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Mata ne!

Z dnia: 22.12.2017r.

*Nie musze tłumaczyć, że nagrania z YT nie należą do mnie i pełne prawa nalezą się ich autorom. :)

18 grudnia 2017

Pierniczki świąteczne

Cześć! Dzisiaj przybywam do Was z przepisem na słodkości, kolejne takie będą standardowo na walentynki – sławne nama choco, ale o ulepszonym przepisie! Dziś natomiast skupię się na pierniczkach bożonarodzeniowych.


Czas wykonania: banalnie krótki
Składniki: 
  • 55 dkg mąki
  • 30 dkg miodu
  • 10 dkg cukru pudru
  • 12 dkg masła
  • 1 jajko
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 2 łyżki kakao
  • 1 opakowanie przyprawy korzennej lub przyprawy dla pierników
*opcjonalnie można dodać trochę cynamonu (Aiko nie lubi, więc nie dodaje)

Sposób wykonania: Miód wraz z masłem rozpuszczamy w garnku.
Suche składniki (tj.: mąkę, cukier puder, sodę oczyszczoną, kakao, przyprawę korzenną) z jajkiem oraz rozpuszczonym miodem z masłem łączymy i wyrabiamy ciasto rękoma uzyskując gładką konsystencję, lekko lapiastą – taką jak na pierogi. ;) 
wałkujemy na cienkie ciasto i formujemy pierniczki. Potem pieczemy w 180 stopniach przez 8 minut.
Pierniczki powinny przez kilka dni postać w zamkniętym miejscu, puszce lub słoiku, wówczas powinny trochę skruszeć. Smacznego. ^_^


Coś z życia Aiko
Studia zajmują mi sporo czasu, szczególnie nauka historii, której dotąd za bardzo nie miałam w technikum i muszę dużo nadrabiać. Wolny czas w większości poświęcam na poszerzaniu wiedzy -  praktycznej, bo nauczyłam się gotować kilka dań i teoretycznej, bo powróciłam do czytania książek, których stosik na półce w ostatnim czasie bardzo rósł, oczywiście o tematyce kulturowej i podróżniczej, a dla rozluźnienia oglądam dramy i anime. Tak mija mi czas mieszkając jako student we Wrocławiu. Nie robiąc za nudziarę napomnę, że od czasu do czasu pójdę do baru albo imprezę, ale pogoda jest tu taka o tej porze roku, że jedyne co się chce, to położyć w ciepłym łóżku i spać.
W weekendy żyję na walizkach, staram się wracać do domu jak najczęściej. W mojej miejscowości  jest zupełnie inaczej, mam dużo więcej energii i zajęć, patrzę na cudowny biały puch śniegu za oknem i klnę na Wrocław, że tutaj go nie ma.

Wesołych świąt jeszcze Wam nie życzę, bo mimo braku czasu planuję w święta nadrobić zaległości w pisaniu, m.in. szykuje się relacja z koncertu OOR, na którym byłam w Warszawie 3 grudnia, ale również podsumowanie koreańskich dram tego roku czy recenzje anime i filmów.

Jeśli chcecie być na bieżąco z tym co się u mnie dzieje to jak zwykle zapraszam do mediów społecznościowych do których odnośniki macie w kolumnie po prawej stronie. Do następnego, mata ne!
Z dnia: 18.12.2017r.

29 października 2017

Dookoła świata: Francja - Prowansja, Lazurowe Wybrzeże i góry (cz.3)

Francja elegancja! To już drugi raz kiedy mam okazję jechać do pachnącej lawendą Prowansji. I choć w wielu miejscach już byłam, to wcale mi to nie przeszkadza. Ani zwiedzanie tych samych miast, ani smakowanie tych samych potraw, ani kupowanie tych samych pamiątek. Welcome to France!

Wiecie, podróże mają to do siebie, że mimo iż się było w tych samych miejscach kiedyś, to za drugiem razem powracając do nich, zauważamy więcej. Jesteśmy bardziej świadomi tego co widzimy i tego co chcemy zobaczyć. Tak było w tym roku.
Mury obronne  miasta Aigues Mortes.
Jak zwykle nasz pierwszy nocleg we Francji był w pobliżu miejscowości Alès. Polecam zakwaterować się w tamtych okolicach, bo do wielu miejsc turystycznych rozlokowanych wokoło mamy naprawdę dobry dojazd (w pobliżu Alès znajduje się m.in. Akwedukt Pont du Gard, Awinion, Nimes, Uzes i wiele innych). Oczywiście chcieliśmy wrócić do kilku miejsc, w których już dawniej byliśmy, a szczególnie Montpellier, La Grande Motte czy Aigues Mortes. Niestety czas nas w tym roku gonił. Przez sytuację z zepsutym samochodem, mogliśmy być we Francji jedyne 6 dni, w związku z tym nie udało nam się zobaczyć zbyt wielu nowych miejsc.

Arles to samozwańczy odpowiednik włoskiego Rzymu, wydany w miniaturowej wersji. Nie kłamię! Te miasto pamięta doskonale czasy wielkiego Imperium Cezara, a co ważniejsze historyczne budownictwo nam o tym doskonale przypomina. Obowiązkowymi zabytkami są ogromna i ciągle eksploatowana arena oraz ruiny amfiteatru.
Widok na arenę w Arles.
Dzisiaj na arenie co jakiś czas odbywa się słynna korrida, a więc walki z bykami - oczywiście bezkrwawe (co nie znaczy że osobiście jestem przeciwniczką tego kulturowego wydarzenia). Arena jest bardzo widowiskowa i zdecydowanie jest jedną z najpiękniejszych, jakie miałam okazję widzieć. W pełni odremontowaną budowę możemy zwiedzać w niemalże każdym pomieszczeniu. Koniecznie trzeba ją zobaczyć w środku. Na miejscu mamy okazję zakupić bilet łączony i cena wówczas obejmuje wejście na arenę oraz ruiny amfiteatru. Wielu uważa, że są one zachowane w dość słabym stopniu, ale gdyby każdy zabytek miałby być kompletnie odrestaurowany, zwiedzanie go, a przy czym poznawanie jego historii, nie miałoby aż tak wielkiego sensu.

Głównym symbolem Arles jest oczywiście byk!
Nie tylko okolice Arles są dla nas bardzo atrakcyjne, ale kolejny raz postanowiliśmy jechać do Sainte-Maxime – najbliższe okolice St. Tropez. Wybraliśmy swój ulubiony camping i rozbiliśmy się w tamtych okolicach na dwa dni. Cele były dwa: wykąpać się w cieplutkim morzu (zatoce) oraz w końcu odwiedzić muzeum z Louisem de Funes – filmowego „Żandarma z St. Tropez”.
Sainte-Maxime to turystyczny kurort, miejscowość ma do zaoferowania dla swoich przyjezdnych piękne, szerokie, piaszczyste plaże, wiele campingów (o różnej klasie i na każdą kieszeń) oraz hotele. Leży dokładnie po przeciwnej stronie zatoki do Saint-Tropez, co jest doskonałą lokalizacją dla chcących odwiedzić żandarma. Wyjścia mamy dwa: jedziemy samochodem (przy czym możemy narazić się na korki – podobno, choć dwa razy jechaliśmy w godzinach szczytu i takowych wcale nie było) albo popłynąć promem (cena to bodajże około 20-25 euro w dwie strony, a promy płynął średnio co 1h).
Port w Sainte-Maxime oraz plaża.
O Saint-Tropez już Wam pisałam dwa lata temu i możecie o tym (i nie tylko) przeczytać TUTAJ, ale z okazji, że wówczas muzeum było remontowane, to muszę o nim w tej chwili wspomnieć. Mianowicie gorąco polecam do niego iść i wcale nie tylko osobom, które fascynują się francuską komedią, ale również każdemu innemu. Było to jedno z ciekawszych miejsc w jakich miałam okazję być w te wakacje i bardzo dobrze je wspominam. Cena w ogóle nie jest odzwierciedleniem tego, co widzimy w środku (jedyny 4 euro). Co ciekawe w muzeum nie tylko mamy okazję zobaczyć czym i jak były kręcone filmy, ale również wsiąść do samochodu żandarma, podać rękę pomnikowi Louisa czy nawet usiąść przy jego biurku i pisać na maszynie.

1. Kamera, którą kręcono. 2. Biurko żandarma. 3. Policyjny motocykl.
Z Saint-Tropez wyruszyliśmy znów ku wysokim górom. Wiele godzin jazdy i podziwiania zaśnieżonych szczytów doprowadziło nas do Grenoble. Jest to jedno z największych francuskich miast, do których lgną studenci i kształcą się głównie w kierunkach nauki ścisłej. Grenoble powinno nam się kojarzyć najbardziej z innowacją i technologią. Atutem miasta jest jego położenie – dolina u podnóża Alp francuskich. Bezkonkurencyjny widok na miasto mamy z Bastylii - Fort de la Bastille, pochodzącą z XVI wieku. Obecnie na twierdze można wjechać około 300 metrową kolejką linową (która pochodzi z XX wieku, na szczycie mamy okazję obejrzeć wiele fotografii opowiadających o jej problemach technicznych i ratowaniu turystów :P ). Z Bastylii podziwiamy cudowny widok na miasto otoczone wysokimi górami, a nawet w dalekich krajobrazach dostrzegamy słynny szczyt Mont Blanc (4792 m.n.p.m.). 
Grenoble nie wyróżnia się jakoś specjalnie na tle innych francuskich miast. Powiem więcej, nie jest to zbyt atrakcyjne miejsce. Oprócz centrum, starego kościoła, bastylii czy muzeum za wiele ciekawych rozrywek turystycznych tutaj nie dostrzeżemy. Ponadto miasto jest dość zaniedbane, co druga ściana budynków i murów są przez graficiarzy pobazgrane i gdyby byłyby to kreatywne murale, moje oko by się bardzo ucieszyło, ale są to niestety gangsterskie tagi - „obsikiwanie terenu”.

Widok na Grenoble oraz kolejkę linową.
W tym roku jechaliśmy przez naprawdę piękne okolice, prawie codziennie budziliśmy się w górach patrząc na białe połacie śniegu na ich szczytach. Jechaliśmy drogą "ratunkową", ponieważ tunel przy granicy francusko-włoskiej został zawalony, więc poprowadzono nas wąską drogą na jedno auto przy skarpie (przy czym droga była dwukierunkowa). Przygód było wiele, jak za każdym razem. 


Co z cenami podróży? Tego roku nasza wyprawa wyglądała trochę inaczej, zamiast campingów wybieraliśmy głównie noclegi w hotelach 3-4 gwiazdkowych. Dużym plusem był fakt, że zamawialiśmy zakwaterowanie na ostatnią chwilę i wyszukiwaliśmy najlepsze propozycje. Ceny równały się tym, które były m.in. we Włoszech, to znaczy około 20 euro na osobę za nocleg w dwupokojowym apartamencie oraz z wliczonym śniadaniem. Ceny campingów w tym czasie były nieco tańsze, w Sainte-Maxime były już naliczane kwoty zgodnie ceną posezonową, a więc jeśli ktoś chce oszczędzić, to warto jechać we wrześniu, pogoda jest równie przyjemna (a nawet przyjemniejsza, bo nie ma przesadnych upałów), jak w wakacyjne miesiące - lipiec, sierpień. Mam również wrażenie, że we Francji jest nieco taniej w porównaniu z cenami sprzed dwóch lat. Jak wspomniałam wejście do muzeum w Saint-Tropez to 4 euro od osoby (a przecież tyle słyszymy, że to nadzwyczaj drogie miasto - wcale się z tym nie zgadzam!). Oczywiście we Francji nie opłaca się jadać pizzy, błagam nie róbcie tego! Jest niebo droższa niż we Włoszech i wielokrotnie gorsza w smaku. Jeśli chcecie zjeść po kosztach sięgnijcie po francuskie snacki - francuską bagietkę ze świeżymi warzywami, omlet albo dla koneserów sałatkę z kozim serem na ciepło.

Opinia Aiko: W tym roku trochę inaczej patrzę na Francję, może to kwestia tego, że odwiedziłam miejsca w których już byłam. St. Tropez już nie było takie piękne, a Montpellier kompletnie obce, jakby mnie tam nigdy wcześniej nie było. Natomiast mój pogląd na Francuzów wcale się nie zmienia. Nie ulegam stereotypowi, że mówią wyłącznie w swoim języku, wielokrotnie służyli nam pomocą w języku angielskim. Co ciekawe, w tym roku miałam wrażenie, że nieco mniej Muzułmanów było na Lazurowym Wybrzeżu niż 2 lata temu. Wówczas często spotykałam kobiety w "zasłonie" - burce, najczęściej czarnym, bardzo konserwatywnym, tym razem jakby ich ekspansja nieco zmalała, co w jakimś stopniu dla niektórych może przełożyć się na poczucie bezpieczeństwa. 

1 CZĘŚĆ NOTKI O FRANCJI (2015r.)  Akwedukt Pont Du Gard, Awinion, Montpellier i nie tylko :)
2 CZĘŚĆ NOTKI O FRANCJI (2015r.) - Saint Tropez, Grotte de la Cocaliere,  Kanion Verdon

z dnia: 29.10.2017r.

28 września 2017

Anime: "Kakegurui"

Rok produkcji: 2017; Ilość odcinków: 12; Gatunek: Dramat, Psychologiczny

Szkoła dla prawdziwych twardzieli! Masz pieniądze chcesz być lubiany i poważany wśród rówieśników? Zbierz odpowiednią ilość żetonów i graj w pokera. Jeśli nie w pokera to może ruletka? Koniecznie wygraj, przegrana Cię pogrąży, zostaniesz zwierzakiem domowym, będziesz pośmiewiskiem, nigdy się od tego nie uwolnisz! 

Kakegurui to anime opowiadające o bardzo specyficznym życiu nastolatków w liceum, którzy zamiast uczyć się uprawiają hazard. Co dzień, a nawet co godzinę uczniowie wyzywają się do walki o wiele tysięcy, jak nie milionów yenów. Największy prym wiodą bogate dzieciaki. Pokonując przeciwnika upadlają go niezależnie od statusu społecznego (kogo jest synem/córką i jaka czeka go przyszłość). Każdy, kto stracił pieniądze, traci również swoją godność.

Pewnego dnia na ścieżkę hazardu wkracza Yumeko Jabami – naiwna, ładna, i dobrze wychowana dziewczyna jeszcze nie wie co ją czeka. Swoją osobą wzbudza ogromne zainteresowanie, głównie klasy, ale wkrótce, co ważniejsze, samorządu szkolnego i samej przewodniczącej, która jak się okazuje ma zupełnie odmienne zdanie o Yumeko, nazywa ją bestią i żmiją. Ale jaki jest ku temu powód?
Postacie są bardzo różnorodne. Raz bezwzględne i zasadnicze, innym razem słodkie i fałszywe, a niekiedy pospolite, ale wszystkie mają wspólna cechę – szalone zamiłowanie do hazardu. Z pewnością prezentowany jest tu beztroski styl życia, głównie elit społecznych. 


Szczególnie interesująca jest kreska. Z pozoru zwyczajna i typowa dla każdego gatunku, lecz podczas scen bardzo emocjonujących, jakimi są gry lub znaczące rozmowy, nagle się zniekształca. Lubię taką dynamikę w kresce, bo mimo braku akcji (sceny statycznej) odbiorca się nie nudzi i nie czeka na szybkie rozwiązanie akcji. Niemniej jednak skupienie się na detalach twarzy (całej mimiki, oczu, a szczególnie ust) jest bardzo przerażające, a nawet obrzydliwe (dla zwykłych odbiorców). 

Twórcy postarali się abyśmy poczuli napięcie w akcji, ciągnące się wątki hazardowe tworzą swego rodzaju szczebelki i w taki sposób powstaje cała fabularna drabina. Szczegółowe opisy gier, cały ich przebieg i kreacja, punkty kulminacyjne… dla mnie to było słabe. Mało zwrotów akcji, właściwie anime bardzo przewidywalne, ale nie nudne, chciało się je obejrzeć do samego końca pomimo podejrzeń, jak się zakończy. 

Seria jest przeznaczona dla odbiorców +16 z uwagi na okazałe uwydatnienia (if you know what I mean :P), możemy znaleźć tu lekki pociąg do yuri, odbiorcy zupełnie innego typu anime mogą poczuć lekki niesmak na widok cieknącej śliny, przygryzanych palców, jęków i ściekającego potu. Dominują postacie kobiece.



Największym rozczarowaniem jakie doznałam to zakończenie. Nie czytałam mangi, ale widziałam wiele opinii i negatywnych ocen samego zakończenia. Wnioskuję, że jest one zupełnie inne niż w mandze (być może sięgnę po nią i sama się dowiem?), natomiast jeśli chodzi o moje zdanie, miałam wrażenie, że anime zbyt szybko się skończyło. Poczułam ogromy niedosyt, bo wydawało mi się, że jeszcze wiele może się wydarzyć.
Podsumowując: mimo że fabuła sama w sobie nie była znakomita ani niewymyślna, a wręcz przewidywalna, stawiam ogromy plus za kreację postaci oraz kreskę i wykonanie. Dodatkowo zaskoczeniem był dla mnie ciekawy opening, ale zakończenie mnie bardzo rozczarowało. W związku z tym....

Ocena: 6/10


Z dnia: 28.09.2017

22 września 2017

Fanpage

Cześć, dzisiaj chciałabym Was zaprosić do polubienia powstałej niedawno strony na Facebooku. Postanowiłam, że "odświeżę" trochę bloga. W związku z tym powstał fanpage. Wiele wpisów z czasem traci na aktualności lub w jakiś sposób jest "niedociągniętych" i chcę się tym zająć, dlatego aktualizowane notki będą trafiać na Facebooka. Dodatkowo mam wiele ciekawostek i krótkich informacji, które z chęcią będę podawała poprzez social media (FB). Postanowiłam, że Twitter będzie niepubliczny, a więc dostęp do moich tweetów będą miały jedynie osoby mnie obserwujące. 
Zachęcam Was do polubienia mnie na Facebooku, dajcie mi trochę powera, im więcej lajków, tym więcej chęci. A mam wiele planów odnoście bloga! Począwszy od notek podróżniczych, przez stare i niepublikowane wywiady z Japończykami, koncerty, po rozmaite recenzje bardzo ciekawych filmów/seriali.

Klikajcie w poniższą grafikę i dajcie lajka. :) 

P.S. Jestem w tracie przeprowadzki do Wrocławia. A już za tydzień, immatrykulacja, czas się nazwać studentką.
 Buziole i do następnego!