TOP koreańskie dramy!

Najlepsze koreańskie dramy minionych lat. Podsumowanie Aiko.

Gdzie poznać japończyka?

Najlepszym sposobem jest internet. Naszego nowego azjatyckiego przyjaciela możemy ponać na...

Japończyk w moim domu

Mix kulturowy. Jak przyjąc Japończyka w polskim domu?

ONE OK ROCK w Polsce!

Relacja z pierwszego dziewiczego koncertu w Polsce. Czy będzie zapowiedź kolejnego?

Kosmopolita

Aiko opowiada o swoich podróżach po Europie, relacjonuje, opiniuje i poleca.

Za co kochamy dramy?

Czyli dlaczego warto je oglądać.

Blondynka na Językach - Język japoński

Recenzja podręcznika do nauki języka japońskiego Beaty Pawlikowskiej

Jak komunikują się Azjaci?

LINE - jeden z najpopularniejszych komunikatorów azjatyckich, podobnie jak Skype, ma możliwość przeprowadzenia rozmowy głosowej czy też video rozmowy, a także standardowo rozmowy pisanej.

Krótko o dredach

W pigółce fakty i mity dotyczące dredów. Czym są dredy, jak się je robi, jak pielęgnuje. Co to są dredloki i czy każdy może nosić dredy?

Nama Chocolate

Nama choco to japońskie czekoladki walentynkowe, robione domowym sposobem i wręczane mężczyznom w dniu zakochanych.

Zrób swoją Pande!

Tutorial od Aiko, jak zrobić własną Pande brelok.

Przystanek Woodstock 2017

Pierwszy festiwal o muzyce podwyższonego ryzyka, czyli jak Przystanej Woodstock się zmienił.

28 września 2017

Anime: "Kakegurui"

Rok produkcji: 2017; Ilość odcinków: 12; Gatunek: Dramat, Psychologiczny

Szkoła dla prawdziwych twardzieli! Masz pieniądze chcesz być lubiany i poważany wśród rówieśników? Zbierz odpowiednią ilość żetonów i graj w pokera. Jeśli nie w pokera to może ruletka? Koniecznie wygraj, przegrana Cię pogrąży, zostaniesz zwierzakiem domowym, będziesz pośmiewiskiem, nigdy się od tego nie uwolnisz! 

Kakegurui to anime opowiadające o bardzo specyficznym życiu nastolatków w liceum, którzy zamiast uczyć się uprawiają hazard. Co dzień, a nawet co godzinę uczniowie wyzywają się do walki o wiele tysięcy, jak nie milionów yenów. Największy prym wiodą bogate dzieciaki. Pokonując przeciwnika upadlają go niezależnie od statusu społecznego (kogo jest synem/córką i jaka czeka go przyszłość). Każdy, kto stracił pieniądze, traci również swoją godność.

Pewnego dnia na ścieżkę hazardu wkracza Yumeko Jabami – naiwna, ładna, i dobrze wychowana dziewczyna jeszcze nie wie co ją czeka. Swoją osobą wzbudza ogromne zainteresowanie, głównie klasy, ale wkrótce, co ważniejsze, samorządu szkolnego i samej przewodniczącej, która jak się okazuje ma zupełnie odmienne zdanie o Yumeko, nazywa ją bestią i żmiją. Ale jaki jest ku temu powód?
Postacie są bardzo różnorodne. Raz bezwzględne i zasadnicze, innym razem słodkie i fałszywe, a niekiedy pospolite, ale wszystkie mają wspólna cechę – szalone zamiłowanie do hazardu. Z pewnością prezentowany jest tu beztroski styl życia, głównie elit społecznych. 


Szczególnie interesująca jest kreska. Z pozoru zwyczajna i typowa dla każdego gatunku, lecz podczas scen bardzo emocjonujących, jakimi są gry lub znaczące rozmowy, nagle się zniekształca. Lubię taką dynamikę w kresce, bo mimo braku akcji (sceny statycznej) odbiorca się nie nudzi i nie czeka na szybkie rozwiązanie akcji. Niemniej jednak skupienie się na detalach twarzy (całej mimiki, oczu, a szczególnie ust) jest bardzo przerażające, a nawet obrzydliwe (dla zwykłych odbiorców). 

Twórcy postarali się abyśmy poczuli napięcie w akcji, ciągnące się wątki hazardowe tworzą swego rodzaju szczebelki i w taki sposób powstaje cała fabularna drabina. Szczegółowe opisy gier, cały ich przebieg i kreacja, punkty kulminacyjne… dla mnie to było słabe. Mało zwrotów akcji, właściwie anime bardzo przewidywalne, ale nie nudne, chciało się je obejrzeć do samego końca pomimo podejrzeń, jak się zakończy. 

Seria jest przeznaczona dla odbiorców +16 z uwagi na okazałe uwydatnienia (if you know what I mean :P), możemy znaleźć tu lekki pociąg do yuri, odbiorcy zupełnie innego typu anime mogą poczuć lekki niesmak na widok cieknącej śliny, przygryzanych palców, jęków i ściekającego potu. Dominują postacie kobiece.



Największym rozczarowaniem jakie doznałam to zakończenie. Nie czytałam mangi, ale widziałam wiele opinii i negatywnych ocen samego zakończenia. Wnioskuję, że jest one zupełnie inne niż w mandze (być może sięgnę po nią i sama się dowiem?), natomiast jeśli chodzi o moje zdanie, miałam wrażenie, że anime zbyt szybko się skończyło. Poczułam ogromy niedosyt, bo wydawało mi się, że jeszcze wiele może się wydarzyć.
Podsumowując: mimo że fabuła sama w sobie nie była znakomita ani niewymyślna, a wręcz przewidywalna, stawiam ogromy plus za kreację postaci oraz kreskę i wykonanie. Dodatkowo zaskoczeniem był dla mnie ciekawy opening, ale zakończenie mnie bardzo rozczarowało. W związku z tym....

Ocena: 6/10


Z dnia: 28.09.2017

22 września 2017

Fanpage

Cześć, dzisiaj chciałabym Was zaprosić do polubienia powstałej niedawno strony na Facebooku. Postanowiłam, że "odświeżę" trochę bloga. W związku z tym powstał fanpage. Wiele wpisów z czasem traci na aktualności lub w jakiś sposób jest "niedociągniętych" i chcę się tym zająć, dlatego aktualizowane notki będą trafiać na Facebooka. Dodatkowo mam wiele ciekawostek i krótkich informacji, które z chęcią będę podawała poprzez social media (FB). Postanowiłam, że Twitter będzie niepubliczny, a więc dostęp do moich tweetów będą miały jedynie osoby mnie obserwujące. 
Zachęcam Was do polubienia mnie na Facebooku, dajcie mi trochę powera, im więcej lajków, tym więcej chęci. A mam wiele planów odnoście bloga! Począwszy od notek podróżniczych, przez stare i niepublikowane wywiady z Japończykami, koncerty, po rozmaite recenzje bardzo ciekawych filmów/seriali.

Klikajcie w poniższą grafikę i dajcie lajka. :) 

P.S. Jestem w tracie przeprowadzki do Wrocławia. A już za tydzień, immatrykulacja, czas się nazwać studentką.
 Buziole i do następnego!

16 września 2017

Dookoła świata: Włochy - góry i Tybetańskie Mosty

To już kolejny rok... Kolejny rok z rzędu, a dokładniej czwarty, w którym wyruszyłam w niesamowitą podróż do sentymentalnego dla mnie kraju. Gdzie ludzie wyciągają pomocną dłoń, przesadnie gestykulują, są bardzo chaotyczni i piją wiele wina, a popołudniami nie wpuszczą nikogo do kawiarni, bo sjesta. Znów tu jestem, welcome to Italy!

Cóż mogę napisać, kto czytał ostatni post, doskonale wie, że planowana podróż nam nie wypaliła. Mieliśmy przejechać blisko 8-9 tysięcy kilometrów, a ostatecznie pokonaliśmy połowę z tego. W związku z buntem rzeczy martwych (samochodu), zmieniliśmy swoje plany i wyruszyliśmy do Włoch, tym razem zaś naszym celem były głównie góry!

Za pierwszy postój wzięliśmy sobie Jezioro Garda. Bez najmniejszego zawahania jest dla mnie najpiękniejszym jakie kiedykolwiek widziałam (po nim jest Bled w Słowenii). Postanowiliśmy odwiedzić dwa cudowne miasteczka – Malcesine oraz Lazise.
Jezioro Garda to dla mnie wyjątkowo piękne miejsce, jedyne w tym rodzaju. Najbardziej kocham w nim krajobraz: na pierwszym planie triumfuje słońce, jezioro i plaże, a na drugim bardzo wysokie góry z pokrywą śnieżną u ich szczytów.
Pierwsze z nich położone jest w górnej części jeziora w pobliżu gór. Malcesine to niewielka miejscowość typowo nastawiona na turystykę (jak każda inna nad Gardą), przy brzegu jeziora ciągnie się krótka promenada oraz plaże. W miasteczku zaś przechadzać się można po wąskich uliczkach, wprost do malowniczego portu, z którego odbywają się rekreacyjne rejsy statkiem. W miasteczku znajduje się też bardzo stary zamek z VI wieku - Castello Scaligieri. A nieco powyżej idąc drogą możemy wjechać kolejką na punkt widokowy na Mont Baldo (proponuję zakupić bilety internetowo, bo kolejka do kolejki jest przedługa!).
Z widokiem na Malcesine i zamek Scaligieri.
O Lazise wspominałam już kiedyś. Byłam tam dwa lata temu przejazdem i nocowałam na pobliskim campingu, bo była to doskonała lokalizacja względem dojazdu do Werony (jedyne 30km). Lazise w przeciwieństwie do Malcesine znajduje się na równinie. Dzięki temu chociażby jest tam cieplej! Najbardziej klimatyczną rzeczą w miasteczku są otaczające stare miasto mury i piękne bramy wyjściowe. Jest to mniej atrakcyjne miejsce, ale dzięki temu spokojniejsze.
Mury i port w Lazise.
Skoro już jesteśmy przy jeziorach, opowiem także o innym włoskim skarbie. Gdzieś przeczytałam, że Jezioro Como jest jednym z piękniejszych położonych w Alpach. Postanowiłam to sprawdzić i pomyślałam: „Super, coś będzie konkurowało z Gardą!”. Mój zawód był niestety tragiczny! Objechaliśmy tylko jedną stronę jeziora (jego zachodnią część) i znaleźliśmy jedno miasto godne uwagi – Menaggio. Głównym i chyba jedynym atutem tej mieściny jest malowniczy port i przepiękna promenada z widokiem na jezioro. Chciałam dać szansę Menaggio i pokusiłam się na włoską pizze w bardzo ruchliwej restauracji (z reguły to oznaka dobrego żarełka) – była najgorszą jaką jadłam w tym roku, a było ich wiele. Tym akcentem zakończyłam swoją wycieczkę po „niesamowitym jeziorze” co by się bardziej nie zrażać.
Widok na jezioro i góry już tak nie zapiera wdechu w piersi, ale też bardzo cieszy oko!
A teraz czas na miasto stojące na podium - stolicę mody! Milano lub jak kto woli po polsku – Mediolan. W Mediolanie miałam okazję być tylko pół dnia. W tym czasie zdążyłam zobaczyć plac główny, Piazza Duomo i monumentalną Katedrę, wzniosła gotycka budowla, stała się symbolem tego miasta od dawien dawna. Patrząc od frontu katedry na prawo znajduje się z kolei najpiękniejsza galeria handlowa w jakiejkolwiek miałam okazję być - Vittorio Emanuele II. Budowla jest charakterystycznie zbudowana na planie krzyża i pochodzi z XIX wieku. Wewnątrz mamy okazję podziwiać szklaną kopułę i wiele pięknych złocistych zdobień oraz butiki znanych projektantów, drogich kawiarni, księgarni itd. Kilka uliczek dalej znajduje się natomiast Zamek Sforza oraz park zieleni Sempione, gdzie mieści się Łuk Triumfalny. Mieliśmy bardzo mało czasu na „liźnięcie” Milano. Planuję tam wrócić jeszcze raz!
W Milano roiło się o czarnoskórych, którzy sprzedają wszystko (dosłownie). Taka sama sytuacja dotyczy też Bolonii, Florencji, Rzymu i innych większych miastach (i plaż). Zaczepiają, pokazują towar (kapelusze, torby, okulary, tkaniny, selfie sticki itd.) i starają się to sprzedać. Oczywiście wszystko co pokazują jest badziewną podróbką począwszy od ubrań po psujące oczy okulary. Niemniej jednak bywa, że są wytwarzane w tych samych fabrykach co oryginały. Będąc turystą czasem nie warto uciekać i odganiać się od czarnoskórych uchodźców, z własnego doświadczenia wiem, że zwykłe "nie" wystarczy, nie są natrętni i nie namawiają bez końca, po prostu sobie idą dalej, a nuż ktoś będzie mniej asertywny, podejrzewam, że własnie dzięki temu nadal mogą handlować na ulicach z przymrużeniem oka władz.
O ile ja zazwyczaj odmawiam, bo wiem, że pieniądze przekazywane im do ręki, nie są dla nich, tylko dla kogoś nad nimi (bo umówmy się, to zorganizowana grupa) i zapewne otrzymują ze sprzedaży same ochłapy, o tyle Panda często ulega takim zaczepkom i jest mało asertywny. Dlatego Pan wyżej wcisnął mu (potem nam) bransoletki. Oczywiście opowiadał na co to one nie są, ale ogólnie wydawał się być bardzo sympatycznym człowiekiem. Znał angielski, chwilę z nim porozmawialiśmy, dowiedzieliśmy się skąd pochodzi, nie prosił o konkretną kwotę lecz o "drobne, które zostały nam w kieszeni". Ucieszył się zaledwie z kilku euro i skomentował to słowami: "hakuna matata".
Z Mediolanu jechaliśmy w stronę Francji, w region Piemont, którego stolicą jest Turyn. Piękne, wysokie i malownicze góry, już bez turkusowych jezior, ale zaśnieżonymi szczytami gór i licznymi szlakami turystycznymi. Najbardziej zachęcająca dla nas była malutka miejscowość Sauze d'Oulx, gdzie postanowiliśmy znaleźć nocleg. Przyjemnie było rozkoszować się górskim powietrzem w ciszy i spokoju. O tej porze roku jest tam wyjątkowo pusto. Region ten szczególnie jest znany ze stoków narciarskich. Ciekawostką może być, że w ziemie do Sauze d'Oulx mogą przyjechać turyści wyłącznie zameldowani w hotelach i pensjonatach, bo jeśli nie, można zapłacić surową karę. Nic dziwnego, wąziutkie i kręte drogi wspinające się na wysokość 1600 m.n.p.m. to nie lada wyzwanie dla kierowców.
Do Sauze d'Oulx nie pojechaliśmy przypadkiem. Naszym celem była miejscowość Claviere tuż przed przejściem granicznym do Francji. "Wisienką na torcie" podróży po Włoszech były tzw. Tybetańskie Mosty. Czyli podwieszane mosty ciągnące się wąwozem Gervasio San o długości prawie 500 metrów, aż 30 metrów nad ziemią! Możecie sobie wyobrazić, jaka to ekscytacja idąc tak wysoko nad ziemią i patrzeć między szeroko rozstawionymi szczebelkami w dół. W cenie przejścia jest również wspinaczka pionową ścianą wzdłuż wąwozu.
Patrząc na dół czy też na górę ludzie wyglądają jak małe mrówki.
Jeśli chodzi wyposażenie, to zarówno uprzęż jak i kaski są wypożyczane w cenie biletu. Z jednym zastrzeżeniem, że kaski są dla osób chcących się wspinać (co nie każdy musi robić). Oczywiście każdy, kto chce iść na Tybetańskie Mosty ma okazję "spróbować swoich sił". Przed kupieniem biletów mamy okazję zobaczyć i wejść na "próbkę" takiego mostu. Z kolei jeśli bilet zakupimy, wejdziemy na pierwszą część mostów i zorientujemy się, że to jednak nie dla nas, możemy się cofnąć, a pieniądze za bilet zostaną nam zwrócone. 
Ci, którzy boją się balansować na krawędzi, mogą przejść się darmową trasą turystyczną dołem wąwozu. Mi osobiście bardzo to przypominało Wąwóz Vintgar w Słowenii, choć ten w Claviere był mniej widowiskowy. 
Co z cenami podróży? Nadal utrzymuję, że na polską kieszeń doskonałą opcją są wakacje we Włoszech. Od 4 lat jeżdżę do Italii i jak dotąd nie zauważyłam większych zmian w kwestii cen. Co więcej zaskoczyła mnie cena Tybetańskich Mostów, które plus minus  kosztowały 15 euro za bilet. Z kolei Mediolan to dramat dla portfela względem parkowania, bo za niecałe 3h postoju w centrum zapłaciliśmy aż 11 euro! 

Gdzie nocujemy? W tym roku wyjątkowo późno wyjechaliśmy na wakacje. W górach zaczęło się robić chłodno, tak więc tym razem postawiliśmy na noclegi w hotelach, a nie na campingach (nie wspominając o tym, że we wrześniu w tym regionie kończy się sezon i wiele campingów zostaje zamkniętych). Nie mając za bardzo wyjścia, co dzień korzystaliśmy z portalu booking.com, wybierając najlepsze lokalizacje na naszej trasie, rezerwowaliśmy noclegi kilka godzin przed przyjazdem. Okazało się to być bardzo dobrą strategią. Średnio za noc w hotelu dla 4 osób płaciliśmy około 80-90 euro wraz ze śniadaniem (na campingach zapłacilibyśmy około 60 euro). Zwykle wybieraliśmy apartamenty z dwoma pokojami. 

Opinia Aiko: Kolejny rok we Włoszech powoduje, że coraz bardziej uwielbiam ten kraj. Jeśli chodzi o północną cześć Italii, mam ją bardzo dobrze zwiedzoną, choć oczywiście wiele jeszcze przede mną. Góry uwielbiam ponad wszystko, mimo że sama mieszkam w górach ciągle ciągnie mnie ku większych szczytów, a to dlatego, iż kocham wzniosłe krajobrazy. Są miejsca do których pragnę wrócić raz jeszcze, chociażby Mediolan. Koniecznie muszę wyjechać tam na 2-3 dni! I oczywiście Jezioro Garda, które jest dla mnie najlepszym miejscem dla odpoczynku. 
To nie koniec postów podróżniczych. Przede mną relacja z kolejnych odwiedzonych państw europejskich! 

Z dnia: 16.09.2017r.

27 sierpnia 2017

Podróż donikąd, czyli trzytygodniowe wakacje w 3 dni

Snucie wielkich planów się nie opłaca. Pierwszy raz jadąc na wakacje nie czułam że jadę na urlop. Nie czułam w ogóle tego obowiązku spakowania się w walizkę, zamknięcia najważniejszych spraw przed wyjazdem. Ciągle coś musiała załatwiać, z niczym nie zdążałam, wszystko wokół było w proszku.  Miałam wrażenie, że nie jestem gotowa na trzytygodniową podróż po Europie, co więcej ten wyjazd zdecydowanie wpisał się do najbardziej beznadziejnych, ale pamiętliwych wakacji jak dotychczas.


W czwartek 24 sierpnia dokładnie o 4 rano wyjechaliśmy z domu. Spakowani i z wielkimi planami. Mięliśmy jechać najpierw do Niemiec (Norymberga), potem do Włoch (Klausen, Mediolan) przejechać przez całe wybrzeże francuskie aż do Hiszpanii, tam nieopodal zaś mieliśmy odwiedzić malutkie państewko Andorę, przejechać przez największe miasta hiszpańskie i trasę zakończyć zwiedzając Portugalię – punktem docelowym była Lizbona. Potem wrócić do domu zaczepiając o Szwajcarię. Wyliczony czas, pieniądze, określone dokładne miejsca postojów (miejsc do zwiedzania) zdały się jednak na marne. Swoją przygodę zakończyliśmy w Niemczech w miejscowości Ingolstadt, jakieś 80 km od Monachium.

Sytuacja byłam nadzwyczaj stresująca i kłopotliwa. Nasz samochód prosto mówiąc się zepsuł (lub jak kto woli: rozjechał, zbuntował, zjebał, spierdolił itd.). Przejeżdżając już prawie 700 km w aucie nagle coś zaczęło stukać, potem do tego piszczeć, a na koniec po porostu stanęło i nie chciało ruszyć. Zdążyliśmy w ostatniej chwili zjechać z autostrady i podjechać na pierwszy napotkany warsztat samochodowy. Oczywiście miny ludzi tam pracujących wskazywały niesamowite zdziwienie. Już po ich reakcji nie miałam nadziei na dalszą wycieczkę.
Mechanicy w Niemczech stwierdzili, że uszkodzone zostały wtryski paliwa i naprawa tego tam na miejscu to koszt co najmniej (!) 3-4 tysięcy euro, a więc minimum jakieś 13 tysięcy złotych. Ta informacja nas kompletnie załamała. Czemu? Bo dokładnie tyle zapłaciliśmy mechanikom w Polsce za naprawę układu paliwowego, która zakończyła się tydzień przed wyjazdem. Mało być wszystko w porządku dostaliśmy na to gwarancję. Auto w Polsce jeździło kilka dni, było nawet reklamowane od razu po wyjeździe od mechanika, gdyż nowa część, którą wymienili miała jakiś uszczerbek, ale po jej ponownej wymianie, samochód jeździł jak powinien. Tak więc jaki był powód?

Postanowiliśmy ściągnąć do Niemiec mechaników z Polski, którzy naprawiali auto, oczywiście wszystko odbywało się w ramach reklamacji, a więc nie na nasz koszt. Mechanicy Niemieccy stwierdzili co najprawdopodobniej się zepsuło, w związku z tym „nasi” zebrali w kraju najpotrzebniejsze części (których zdobycie w jeden dzień graniczyło podobno z cudem) i na drugi dzień (tj. 25 sierpnia o godz. 20) przyjechali z nimi do Ingolstadt. 
Byłam pewna, że moja podróż się skończyła w tamtym miejscu. Okazało się, że mechanicy nie zdobyli wszystkich części. Wymienili 2 wtryski paliwa z 4, bo uznali, że te dwa stanowiły problem. Dodatkowo robiono z nas idiotów i twierdzono, że być może zamiast diesla zatankowaliśmy benzynę, ale wszelkie rachunki (bo wszystkie zachowaliśmy po tankowaniach) potwierdzały to, że nimi nie jesteśmy. Powstała teoria, że paliwo mogło być „chrzczone”, więc mechanicy je przefiltrowali/przepłukiwali/wwąchiwali się w nie itd. Było jeszcze wiele opinii i domysłów, między innymi takie, że to nie ma nic wspólnego z ówczesną naprawą, po prostu do wymiany jest druga część silnika (w zaledwie 5-cio letnim aucie!? No błagam!). Ostatecznie rozłożono ręce i podjęliśmy decyzję o zakończeniu podróży. 

Dwójka z nas pojechała z mechanikami do Polski w środku nocy, kolejne dwie osoby zaś z samego rana BlaBlaCar w kierunku Wrocławia. Samochód natomiast został w Niemczech i zgodnie z taryfą wybraną u ubezpieczyciela ma zostać odholowany do Polski w najbliższym tygodniu.

Ingolstadt to okropne zadupie. Niby niemałe miasto, ale oprócz supermarketów, salonów samochodowych, stacji benzynowych i miejsca spacerowego wokół Dunaju nic nie było. Najtańszy nocleg jaki znaleźliśmy, to był koszt 59 euro, czyli jakieś 250 złotych za noc dla dwóch osób (tańszy nocleg miałam w ubiegłym roku w Londynie i to niemalże w centrum, i w lepszych warunkach). Niemcy wokół na dodatek w ogóle nie potrafili komunikować się po angielsku.
Czego nas ta „wycieczka” nauczyła? 
Ano tego, że trzeba jeździć sprawdzonymi autami. Do tej pory podróżowaliśmy Oplem Astrą i choć miejsca było mniej, nigdy nie zdarzył się taki problem, a podróżowaliśmy po kilka tysięcy kilometrów w różne części Europy – Sycylia, francuska Prowansja, chorwackie wybrzeża... W tym roku postanowiliśmy kupić nowsze rocznikiem auto, większe i wygodniejsze (Fiat Scudo). Było odpicowane pod każdym względem, od kosmetyki: lakierowanie, wymiana opon na specjalnie wzmacniane, przyciemnianie szyb; po mechaniczne: dokładny przegląd, wymiana połowy silnika (układu paliwowego) i inne mniej znaczne rzeczy. W rezultacie aby przygotować się do tak długiej i wymagającej podróży, straciliśmy kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt, tysięcy złotych (nie mówiąc o cenie zakupu auta).

Czy planujemy coś w zamian?
Na tą chwilę czekamy aż sprowadzą nasz samochód do Polski. Opla z kolei odstawiamy na przegląd i najprawdopodobniej za tydzień nim wyjedziemy w jakieś regeneracyjne miejsce, coby nie przejmować się zbyt wiele tym co się stało. Liczę na chociaż tygodniowy urlop rekompensujący nasz stres.

Nadal możecie do mnie pisać z prośbą wysyłania Wam pocztówek. Do Hiszpanii i Portugalii w tym miesiącu nie dojadę, ale Włochy i Francja wciąż są aktualne. Przeglądajcie moje snapy piszcie (albo na snapa albo na tt) w między czasie co Wam się podoba, tam też wysyłajcie swoje adresy jeśli chcecie jakąś kartkę! 
NIEAKTUALNE


Mimo że samochód nam się zepsuł, humory bardzo nam dopisywały. Mieliśmy szczęście w nieszczęściu. Trafiliśmy tam na bardzo sympatycznych ludzi!
Coś z życia Aiko
Ogólnie rzecz biorąc ostatnio mam dramatycznego pecha. Przed wyjazdem bardzo mi zależało na znalezieniu mieszkania we Wrocławiu, bo gdybyśmy wrócili tak jak planowaliśmy, nie zdążylibyśmy czegoś znaleźć i przeprowadzić się przed rokiem akademickim. Poświęciłam na znalezienie sensownego lokum prawie tydzień (dzwonienie, umawianie się, oglądanie, znów dzwonienie…). Ostatecznie się udało.
Potem okazało się nie mam ubezpieczenia zdrowotnego, bo mój pracodawca dość późno zgłosił mnie do ZUSu po odbytym stażu (bo musiał mnie zatrudnić) i nawet nie mogłam iść po receptę do lekarza, aby móc wykupić leki przyjmowane na stałe.Na domiar tego ciągle mam zawalone gardło, a leczenie gripexem nie pomaga, do lekarza nie mogłam iść gdyż ciążyło na mnie te ubezpieczenie, natomiast teraz jest weekend, więc lekarze nie przyjmują.
Kolejno ta cała przygoda z samochodem.
W Niemczech natomiast okazało się, że moja karta do telefonu straciła ważność podczas przenoszenia się do innego operatora sieci, a kolejnej nie dostałam i muszę czekać na nią przez kilka dni (nikt nie może się do mnie dodzwonić, ja nie mogę również nigdzie dzwonić, nie mam również internetu, właściwie żyję bez telefonu).
Dzisiaj żeby przypieczętować falę nieszczęść moja ulubiona torebka, skórzana torebka, kupowana w Wenecji torebka, za kilkadziesiąt euro torebka, się zniszczyła.
Nie wiem.. mam nadzieję, że po tym wszystkim co ostatnio się działo, nastąpi jakiś niesamowity przełom i nadchodzące dni, tygodnie, miesiące będą dla mnie łaskawsze, bo póki co ten rok jest jednym z gorszych pod każdym względem. 


Z dnia: 27.08.2017r.

24 sierpnia 2017

Przystanek Woodstock 2017 - muzyka podwyższonego ryzyka (cz.2)

Wychodzisz z domu o 16:30 1 sierpnia. Jedziesz dwoma autobusami, dwoma pociągami i znów autobusem. W rezultacie docierasz na pole namiotowe o 15:00 kolejnego dnia. I myślisz sobie, że tak właściwie podróż mogła być gorsza, ale właściwie minęła dość przyjemnie.

MusicRegio
Kupujesz bilet przesz przewozyregionalne.pl? Wiedz, że twój bilet jest tańszy niż inne, ale równocześnie jest problem z jego skanowaniem. Konduktor zarówno mojego jak i innych pasażerów biletów nie mógł skasować. Kod był albo błędny, albo nie istniał. Tylko kogo to obchodzi, jedziecie na Woodstock i się nie przejmujecie. Nikt Was z pociągu nie wywali. 
Nikogo nie znacie, ale śmiejecie się, rozmawiacie i śpiewacie. To jest piękne spoiwo festiwalowych imprezowiczów. Już w pociągu poznajecie nowych ludzi są mili, przyjaźnie nastawieni i chętni na nowe znajomości.

Najciekawszym elementem podróży była toaleta:
1h – Normalne drzwi otwierane i zamykane na zamek
2h – Toaleta dla kulturalnych i niekulturalnych (kulturalni z niej korzystali, a ich odwrotność, i tylko panowie, sikali przez drzwi pociągu, szczegółów nie chcecie poznać)
3h – Drzwi otwierające się nie w tą stronę co trzeba (ktoś się zatrzasnął w toalecie w związku z tym kopnięto drzwi, a zawiasy zaczęły otwierać się w drugą stronę)
3,5h – Drzwi wyważone (zawiasy nie wytrzymały ciągłego otwierania w nienaturalną stronę, więc postanowiły przestać się otwierać)
4h – Drzwi obrotowe (wyważone drzwi obracano w celu zamknięcia toalety)
4,5h – Brak drzwi


Pole namiotowe
Poszukiwanie miejsca na polu namiotowym to jakiś chory pomysł, dzień przed rozpoczęciem się festiwalu. Ach! Ale w dzień otwarcia, to dopiero wyczyn! Gratulacje dla tych, którym się udało. Na Polu Malinowskiego biwakowanie jest najlepsza opcją. Jednakże musicie lubić obcować z naturą: pająki, robaczki, mrówki, komary i inne wymyślne stworzenia o malutkich rozmiarach będą Wam doskwierać, to jest pewne.


2 sierpień
Przeddzień otwarcia Przystanku Woodstock. Koncerty na festiwalu zaczynają się dopiero po otwarciu, z wyjątkiem sceny krysznowców (lub jak kto woli Viva Kultura), ona zaczyna. Tego dnia dopiero przyjechaliśmy do Kostrzyna i postanowiliśmy zapoznać się programem imprezy. Za wiele się nie działo, więc zaatakowaliśmy górę ASP i „Kino za rogiem”, które zajmowało się wyświetlaniem niszowych produkcji filmowych (my obejrzeliśmy: „Dziewczyna z szafy”) w niewielkim pomieszczeniu z małą ilością widzów (około 20 osób), dla kinomanów świetna opcja.
Tego samego dnia (a raczej już wieczoru) nieco uśmiechu na twarzy dodali nam żartownisie z Kabaretu Młodych Panów. Swoje skecze przedstawia li w głównym namiocie ASP. 
Wczesną nocą (przed północą) wisienką na torcie seny Viva Kultura był Jelonek i to właśnie dla niego bardzo chciałam przyjechać dzień wcześniej na Przystanek Woodstock. Jelonka lubię z jednego względu, a nawet dwóch: pierwszy – nieziemsko porywa swoich słuchaczy i sprawia, że bardzo dobrze bawią się pod sceną; drugi – gra, to muzyka odgrywa największa rolę, a nie słowa do niej dobrane. Człowiek nie skupia się na przekazywanym tekście, a wyłącznie na dźwiękach wydobywających się z instrumentów. 


3 sierpień
Dzień rozpoczęłam zabawą w Strefie Lecha. Lechu wie co robi, a robi dobrą zabawę i pije smaczne piwo. Oczywiście zabawa jest nie tylko dla dorosłych, ale dla każdego: edukacyjna (sortowanie odpadków), sportowa (gra w twistera) oraz dla każdego (np. farbowanie włosów na zielono i malowanie tatuaży na ciele). Za wykonywane zadania dostawaliśmy żetony Leszka, które potem można było wymienić na nagrody. A tu nagrodą główną było spotkanie z Jurkiem Owsiakiem (aby móc się z nim spotkać trzeba było wykonać aż 30 zadań!). Tak spędziliśmy pół dnia. Potem popędziliśmy na spotkanie z Filipem Chajzerem do głównego namiotu ASP. Ach ten Filip. Generalnie bardzo go lubię, ale polityczna paplanina i rzekomo prowoodstockowa bardzo mnie irytowała (o czym wspominałam w poprzedniej notce), więc przejdę do otwarcia festiwalu.
Otwarcie zawsze odbywa się na dużej scenie o godzinie 15:00. Wówczas na scenę wychodzi Jurek Owsiak i wita gorąco wszystkich woodstokowiczów, śpiewamy z dumą hymn narodowy. Oczywiście tego roku głównym ślinotokiem na Przystanku były bramki postawione przed każdą sceną: małą, dużą, krysznowców, a nawet ASP i ich bezużyteczność. Słychać było okrzyki nawołujące do wolności, równości i beztroskich chwil, a także słowa (anywszystko) kierowane do „ministra wiemy jakiego”, dzięki któremu Woodstock stał się festiwalem podwyższonego ryzyka.
Ten dzień był dla mnie również dość stresujący. Pogoda była niepewna, zaczęło padać, a nasz namiot nie wiedzieć czemu (ze starości), przemókł prawie do suchej nitki. Co prawda moment załamania pogody w nim przeczekaliśmy, ale następnego dnia musieliśmy znaleźć rozwiązanie na rozprawienie się z tym problemem.
Wieczorem po wszystkim, żeby się rozluźnić i nie myśleć za wiele o nieszczęsnym namiocie, udaliśmy się na koncert Wilków. Ach… Wilki… Dawno nie byłam na tak słabym koncercie tak świetnego zespołu. Nie mili w sobie żadnego poweru, bawiłam się okropnie i chciałam szynko iść spać. 


4 sierpień
To był dzień muzycznych maratonów. Ale żeby minął nam lepiej znaleźliśmy rozwiązanie na uszczelnienie naszego przeciekającego namiotu. Na całe szczęście znajoma z ekipy wzięła ze sobą folę malarską, którą rozwiesiliśmy nad naszym obozowiskiem (głównie nad naszym namiotem, ale równocześnie bezproblemowo można było wejść/wyjść z innych namiotów i nie babrać się w kałuży na dzień dobry. Skuteczność pierwsza klasa. Koniecznie bierzcie ze sobą folię malarską lub plandekę jeśli nie jesteście pewni swoich namiotów i pogody.
Tego pięknego dnia ruszył Wiewiórstock! Koniecznie musiałam iść na występ Zenka. Uwielbiam tego grubasa, więc nie mogłam przepuścić okazji żeby go nie posłuchać. Tego dnia również zagrało Hey. Na dużej scenie. Kultowy występ Kasi Nosowskiej porywał tłumy, a sama artystka na koniec zaśpiewała aż dwa bisy! Po tym wszystkim musieliśmy uciekać na Tabu. To jeden z nielicznych zespołów tego gatunku, na którym się bardzo dobrze bawię. Z reguły reggae jest mi zupełnie obojętne, ale ich piosenki są na tyle skoczne i przystosowane na dobrej zabawy, że chce się ich słuchać non stop! Ostatecznie dzień zakończyliśmy na koncercie Lemon, a raczej tylko na kilku ich piosenkach, bo dzień na tyle wypełniony wrażeniami, że na zbyt wiele już nie było chęci. 

5 sierpień
Ostatni dzień przystanku Woodstock, jakoś najmniej wbił mi się w pamięć, albo jedynym godnym mojej uwagi wydarzeniem był koncert Domowych Melodii. Baaardzo na niego czekałam, ba! Nie mogłam się doczekać. Rzadko chwalę i słucham damskie wokale, ale Justynę uwielbiam za charyzmę i to z jaką lekkością i niewinnością śpiewa. Choć wcale na co dzień nie słucham takiej muzyki polecam ją każdemu niezależnie co lubi, bo to są po prostu domowe melodie, takie o codzienności. 

Do domu wróciliśmy kolejnego dnia samochodem. Ku naszemu dziwieniu staliśmy w korki jakieś 15 min w samym Kostrzynie (znajomy zostawił samochód w centrum niedaleko dworca, a nie wjeżdżał na pole namiotowe, co zaowocowało oszczędnością czasu, polecam takie rozwiązanie). Ostatecznie Woodstock się udał i mam chrapkę na więcej.  Za rok widzimy się na kolejnym Przystanku! Ja ne! 

P.S. Notka może być trochę "nieogarnięta". Za 4 godziny (jest 23:49) wyjeżdżam na kolejną mini podróż po Europie. Wrócę do Polski jakoś w połowie września. Mam nadzieję, że miło spędzę czas, bez zbędnych emocji (ostatnie wydarzenia w Hiszpanii trochę mnie przeraziły, a właśnie w tamte regiony się udaję). Trzymajcie się cieplutko!

WCZEŚNIEJSZA NOTKA NA TEMAT WOODSTOCKU!

Piszcze do mnie na maila / snapa / twittera i wysyłajcie swoje adresy, jeśli chcecie ode mnie pocztówki z wakacji!

Z dnia: 23.08.2017r.

16 sierpnia 2017

Przystanek Woodstock 2017 - festiwal podwyższonego ryzyka (cz.1)

Gwałty, burdy i rozprzestrzeniające się chamstwo! To się działo na Przystanku Woodstock, tak. Owsiak zrobił wielotysięczne zgromadzenie polityczne i wpajał tam swoją ideologię. A co! 


Po raz kolejny pojechałam na Przystanek Woodstock i się bardzo dobrze bawiłam. Nie rozumiem wielkiego „halo” wokół festiwalu i ludzi, którzy tak namiętnie chcą go zniszczyć. Różnica między tym co było 3 lata temu, a tą edycją, jest kolosalna. Szperanie po plecakach, torebkach i saszetkach w poszukiwaniu alkoholi i nie tylko (nie mogłam małej butelki wody wnieść do namiotu ASP podczas upału, że niby ze względu na bezpieczeństwo?). Barierki tworzyły sztuczny tłum, wpadano na nie i obijano się, dla mnie (i pewnie nie tylko) były niebezpieczne i zwyczajnie przeszkadzały. Wszystko dzięki władzy, która uznała, że Przystanek Woodstock, jest festiwalem podwyższonego ryzyka.

Tak nie wyglądał Woodstock, który zapamiętałam. Woodstock, to synonim ludzi wolnych, kochających muzykę, towarzystwo i nowe przyjaźnie, lubiących się dobrze bawić. To uczestnicy dbają o swoje bezpieczeństwo (a pokojowy patrol tylko kontroluje), są rozsądni i potrafią reagować na to co się dzieje wokół. To nie ściema! Nikt nie mówi do nikogo „spierdalaj cymbale”, gdy się potrącą w tłumie. Ba! Będą się wzajemnie przepraszać, a na koniec napiją się piwa. Za to kochałam ten festiwal. 
Ludzie się nie zmienili, wciąż są tak cudowni jak dawniej. Jednak te „halo”, o którym wspominałam było kłopotliwe. Pomijając ograniczające nas barierki, miałam wrażenie, że Woodstock stał się walką słowną (antypolityczną). Mimo że non stop podkreślano, iż tak nie jest, bo przecież festiwal jest pokojowy i beztroski, to jednak zarówno Jurek Owsiak i reszta prowadzących, a także wielu przybyłych gości np. Filip Chajzer (którego naprawdę lubię) wplatali swoje poglądy i starali się uświadamiać ludzi o tym, że dzieje się źle. W pełni ich rozumiem, bo Woodstock to już polski dobytek kultury muzycznej, którego nie możemy stracić, ale na litość boską każdy ma swój rozum. Ci którzy byli na Woostocku, znają prawdę. Koniec. 

Niemniej jednak muszę przyznać rację. Generalizowanie ludzi jest złe, wrzucanie ich do jednego wora i wyzywanie od bydła i zwierząt (i nie wiem czy to obraza zwierząt czy ludzi). Najbardziej nie lubię nieuzasadnionych opinii ludzi, którzy właśnie tak Woodstokowiczów określają. Wmawianie populacji niemającej do czynienia z festiwalem, że Przystanek jest niebezpieczeństwem dla społeczeństwa, stało się jakąś chorą zabawą. To nie festiwal stwarza niebezpieczeństwo, lecz nieliczne jednostki ludzi uczestniczących w nim, którzy funkcjonują w naszym otoczeniu na co dzień - niezależnie czy jadą na Woodstock, Open’er, Czad Festiwal albo siedzą przed swoim blokiem na ulicy – ich zachowanie będzie zawsze takie samo i nie jest zależne od organizatorów, gdziekolwiek by oni byli.


  •  Ludzie narzekają na kolejki po piwo, do Lidla, gastronomii czy pryszniców. Nie zauważają w tym nic pozytywnego – ja np. zawsze kogoś nowego poznawałam, porozmawiałam, pośmiałam się i tak mi leciał czas, że się nawet nie obejrzałam, a już kolejki dobiegł koniec. Istnieją też godziny, w których w ogóle nie będziemy na nic czekać, poważnie!
  • Smród z toitoi, niech ktoś mi powie na jakim festiwali nie ma takich zapachów, albo przy jakim toitoiu. Wejdzie do kabiny 10 -20 osób i każdy chce zrobić swoje i smrody już atakują nasze nosy. Naprawdę lepiej żeby ludzie robili to w toitoi niż w lasach przed naszym namiotem.
  • Pijaki to troszkę inna sprawa. Ciężko jest nie spotkać nikogo pod wpływem alkoholu na jakimkolwiek festiwalu. Niezależnie czy można tam wnosić swoje drinki czy nie. Woodstock nie jest wyjątkiem. Różnica jednak jest jedna, że większość z pijanych ludzi jest niegroźna, pogadają sobie, zaproszą czy poproszą troszkę o dolewkę, przytulą się i powiedzą miłego dnia. Inne zachowania są wyjątkiem. Ludzie są nastawieni przyjaźnie.

Dziś bardzo subiektywna ocena Woodstocku 2017, w kolejnej notce dużo więcej relacji z koncertów i minionych dni z mojej perspektywy. Ja ne!

KOLEJNĄ CZĘŚĆ NOTKI ZNAJDZIESZ TUTAJ!

TU ZNAJDZIESZ  NOTKĘ Z MOJEGO PIERWSZEGO PRZYSTANKU WOODSTOCK!

P.S. Zapraszam Was serdecznie na SNAPCHATa, tam będziecie zawsze na bieżąco z relacjami z wydarzeń w jakich biorę udział. Już za tydzień wyjeżdżam za granicę, co gdzie i jak przekonajcie się sami podróżując ze mną przez SNAPa. :)

 Z dnia: 16.08.2017r.

9 sierpnia 2017

Turystyka na opak: z perspektywy gospodarza

Ten wpis jest wyjątkowo subiektywny, bo mówi o tym jak to jest żyć i mieszkać w agroturystyce. Jest to zupełna odwrotność tego o czym zawsze pisałam. W końcu chwale się tu i ówdzie, ile to zwiedziłam świata. Krytykuję i chwalę. Mówię gdzie spać i jak zwiedzać. Tymczasem nie tylko jestem turystką, ale i przyjmuję turystów u siebie.
W moim życiu się tak złożyło, że od urodzenia mieszkam w gospodarstwie agroturystycznym, a więc już ponad 20 lat, które założyli i zaczęli prowadzić moi rodzice. Interes ten jest nadzwyczaj wymagający, bo właściciel nie tylko dba o swoich gości (turystów), ale również sprząta, gotuje, remontuje, naprawia, czy zajmuje się ogrodem. Czynności, których musi się nauczyć jest wiele. Musi być komunikatywny otwarty, ale także asertywny i zasadniczy.

Jakie uroki, a jakie przekleństwa kryje w sobie życie gospodarza?
Moja piękna górska miejscowość!
Nie ukrywam, że jestem dumna z tego, że mieszkam w agroturystyce. Dzięki temu mogę bezproblemowo zaprosić do siebie przypadkowo poznanych ludzi nawet z końca świata – pamiętacie gdy przyjechał do mnie Sho, przyjaciel z Japonii? Jeśli nie, koniecznie o tym przeczytajcie! Poza tym wielu ludzi, którzy przyjechali do nas nawet jakieś 15 lat temu, dotychczas to robią i są naszymi bliskimi przyjaciółmi, co by nie powiedzieć, znam ich prawie całe życie.

Czym jest agroturystyka? 
W definicji jaką mówi nam wikipedia to w skrócie: wypoczynek w gospodarstwach wiejskich przez ludzi z miast. Głównie chodzi o obcowanie z naturą i ukazanie walorów wsi itd. i takie atrakcje powinni wam zapewnić gospodarze, abyście jako goście poczuli farmerski klimat. 

Hm… Jest w tym ziarnko prawdy, ale wiedzcie, że gospodarstwa agroturystyczne ewoluowały na tyle, że standardy nieraz są zbliżone do hotelowych. Natomiast ich dodatkowym atutem zwykle jest usytuowanie – np. miejscowość turystyczna, w moim przypadku są to góry, najbardziej tajemnicze (ze względu na bogatą historię górnictwa) w Polsce – Góry Sowie. 
Jest niewiele gospodarstw prowadzących role, pasących bydło i naganiających kury do zagród, przy czym zbierających jajka i dojących krowy. Sama mam jedynie psa i papugę (doraźnie brata, gdy przyjedzie na weekend). Oczywiście, główna zaletą agroturystyk jest cisza i relaks. Porównywalnego spokoju nie znajdziecie w miastach. Za to kocham miejsce, w którym mieszkam. Aż nadto mogę wsłuchiwać się w śpiew ptaków, czy szum spływające wody z wodospadu. Mam to na co dzień, a kiedy chcę odetchnąć pojadę na chwilę do miasta, do kina czy galerii. Tak, nie wstydzę się z tego, że jestem ze wsi.

Przestrzeń osobista, albo jej brak
To jest jedna z rzeczy, której wiele osób nie rozumie i pewnie nie zrozumie nigdy. Wiele razy byłam pytana, głównie przez znajomych: czy mi nie przeszkadzają obcy ludzie w domu? Nie. To jest coś co lubię najbardziej, panoszenie się. Lubie słyszeć, że dom żyje. Wiedzieć, że pokój gościnny nie jest pusty. Odpowiadać nieznajomym: „dzień dobry”, „miłego dnia”, „smacznego” czy „dziękuję”. Zachęcać gości do zwiedzenia wielu cudownych miejsc w regionie, a przy czym poznawać i wsłuchiwać się w ich historie życia. Podawać śniadania, obiady czy kolacje z uśmiechem lub bez – też czasem mogę nie mieć humoru. 
To nie jest tak, że ktoś chodząc po moim domu wchodzi do mojego pokoju, czy korzysta z mojej łazienki, bo ich mam wiele. Zarówno kuchnie, jak i salony też dzielą się na te dla gości, i na pomieszczenia gospodarcze, a więc moje prywatne. Niemniej jednak non stop trzeba mieć być czujnym. Kredyt zaufania zawsze mam dla swoich gości, jednak bywają tacy, który go nadużywają.

Anegdotki: to się zdarzyło naprawdę
1. Nieraz bywa śmiesznie. Kiedyś przyjechał do nas ksiądz z „gospodynią” i chciał wynająć pokój z dwuosobowym łóżkiem – sumienie nakazało nam odmówić. 
2. Innym zaś razem przyjechał Pan z Panią, a po kilku godzinach dojechała do niego kolejna Pani. Okazało się, że pierwsza z kobiet była kochanką, a druga żoną – klasyczna akcja!
3. Często bywa, że dwie różne grupy gości się zaprzyjaźnią. Oczywiście nową przyjaźń dobrze jest przypieczętować kieliszkiem polskiej wódki. Ale błagam, zatrzymajcie się na kieliszku, a nie całej butelce! Kiedyś pewien Pan tak się „spił”, że gdy na drugi dzień się obudził, jego żony już nie było w łóżku. Niestety jej walizki też nie, bo była w drodze do domu.

Poświęcenie
Jednak żeby nie opowiadać o agroturystyce w samych superlatywach, musicie wiedzieć, że takie życie ma naprawdę sporo minusów, a nawet wyrzeczeń. Nie można spędzić wakacji tak jak każdy, nad polskim morzem, opalając się na plaży i pijąc Leszka w pobliskim barze. Moi rodzice ciężko pracują przez okres wakacji, by inni mogli je spędzić w jak najlepszych humorach!
Wyobraź sobie, że codziennie rano wstajesz wcześniej niż zwykle, aby przygotować śniadanie, nakarmisz ludzi, potem sam jesz. Musisz zetrzeć błoto z podłogi. Syzyfowa praca. Poczekaj pięć minut i zrobisz to jeszcze raz, i znów kolejny. Wyrzucasz śmieci, są nieposegregowane, grzebiesz w nich. Czyścisz toalety, śmierdzi. Robisz obiad, najpierw nakarmisz ludzi, potem sam jesz. Kosisz trawę, zamiatasz podłogę. Pada deszcz. Znowu błoto, chwytasz za mopa. Usiądziesz, ale czekaj! Przecież kolacja! Nakarmisz ludzi, potem sam zjesz. Wieczór. Liczysz na spokój i chwilę wytchnienia. Przeliczasz się. Głośne rozmowy, śmiechy, trzaskania drzwiami, bieganie po schodach. Aż wreszcie nadchodzi ta godzina, święta i nie naruszalna: 22:00 – cisza nocna. I znów rano. Rutyna.
Okres wakacji jest bardzo wymagający. Oczywiście to co napisałam powyżej jest trochę przekolorowane, mamy więcej czasu dla siebie, bo wszystko wykonuje się rutynowo od wielu lat, wiemy jak układać oraz wykorzystywać czas. Wiemy też, jak ważną rolę pełnią ludzie, pracujący właśnie w takich obiektach turystycznych. Jak wiele siły i zachęty daje nam zwykłe „dzień dobry”, uszanowanie tego, że właśnie wymyliśmy podłogę i ktoś wytrze buty w wycieraczkę, czy posegreguje śmieci do odpowiednich koszy, a nie wrzuci do jednego jakby nigdy nic.
Turystyka ma wiele uroków i wiele wad. Zarówno z perspektywy gospodarza, jak i podróżnika. Sami wyjeżdżając gdzieś, staramy się stosować do obowiązujących regulaminów, nie robić niepotrzebnych problemów, szanować czyjąś pracę. Dotyczy to Pani podającej nam kotleta w restauracji, salowej w szpitalu, dozorcy w szkole i policjanta wlepiającego nam mandat. Wszystkich.
Czasem zastanawiam się, dlaczego nie kształcę się w stronę turystyki, skoro tak wiele mam z nią wspólnego zarówno jako początkujący podróżnik, jak i  córka gospodarzy, ale reflektuję się i dochodzę do wniosku, że za mało lubię ludzkość. Wolę obcować z naturą. Moja papuga mnie nie krytykuje. Nigdy. Do następnego! :)


Czy ktoś z Was pracuje w hotelu, sklepie czy restauracji?
Jak to jest z Waszej perspektywy? 
Pracujecie z pasją, szanujecie pracę innych, czy jesteście obojętni?

Z dnia: 9.08.2017r.

1 sierpnia 2017

Niezbędnik podróżnika: plecak i wygodne buty

Komu w drogę... ten ma fajne wakacje. 
Dzisiaj wyruszam na 23. Przystanek Woodstock. W związku z tym chcę Wam przekazać taki mój "niezbędnik podróżnika", czyli jak się spakować w jeden plecak na prawie tydzień hardkorowej przygody, niczego nie zapomnieć i wziąć tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
Jestem kobietą, a z reguły mówi się, że kobiety przesadnie się pakują. Zabierają za wiele ciuchów, kilka par butów i masę kosmetyków. Podobno wyjątek potwierdza regułę, a wiec ja chcę się wypowiedzieć jako ten wyjątek. 

O tym nie możesz zapomnieć!
  • namiot
  • karimata (chociaż ja rzadko biorę)
  • śpiwór
  • bilet na drogę
  • dokumenty (przede wszystkim dowód osobisty i legitymację) oraz  pieniądze
  • leki przyjmowane na stałe
O ile o pierwszych trzech pamiętamy zawsze o tyle o kolejnych niekoniecznie. Legitymacja jest ważna dla uczniów i studentów upewnijcie się, że je macie wyruszając w podróż pociągiem inaczej kara może być sroga (chyba, że traficie na łaskawego konduktora), jeśli wykupujecie bilet z ulgą. A propos biletów to uważajcie! Gdy jechałam na Woodstock pierwszy raz, przypadkiem podarłam wydrukowany bilet na samym kodzie i konduktor nie mógł go sczytać, ale na szczęście miałam dostęp do internetu i okazałam go elektronicznie. Było to dla mnie dobrą nauczką i od tamtej pory drukuję bilety w dwóch egzemplarzach i chowam do dwóch różnych miejsc (elektronice na ogół nie wierzę). 
Leki, leki leki! Ja jestem maniaczką w zapominaniu tabletek i problem jest taki, że biorę je na stałe i są one na serce, w związku z tym bardzo ważne jest, żebyście zarówno Wy jak i Wasi przyjaciele/partner/rodzina wiedzieli, że przyjmujecie lekarstwa, niech o nich przypominają do syta!

Ubrania i kosmetyki - bez nadmiaru :)
  • najwygodniejsze buty świata (stare trampki, szpilki, sandały czy klapki, cokolwiek co Wam nie zrobi krzywdy)
  • bielizna na każdy dzień i jeden dzień dłużej (nigdy nic nie wiadomo)
  • ubrania obowiązkowe: sweter, coś przeciwdeszczowego z kapturem, coś na głowę (kapelusz, chustka), koszulki na zmianę, spodnie długie i krótkie, przewiewna bluzka/narzutka/katana
  • pasta do zębów i szczoteczka
  • szampon i mydło
  • (opcjonalne) podstawowe kosmetyki upiększające: dla mnie to jest lekki puder, tusz do rzęs i przede wszystkim coś nawilżającego usta
  • okulary przeciwsłoneczne
  • ręcznik
Weźcie dwie pary butów, ja zwykle biorę trampki i japonki (nie tylko pod prysznic, ale moje nogi w nich najlepiej odpoczywają). Zastanówcie się, czy nie lepiej wziąć o 3 koszulki mniej, a przelać do malutkiego pojemniczka trochę płynu do prania i w wolnym czasie wyprać przepocone/brudne ubranie. Zaoszczędzicie na tym sporo miejsca. Nie bierzcie też zbyt obcisłych ciuchów, nie sprawdzają się podczas upałów, wybierajcie oddychające materiały. Kupujcie kosmetyki w małych tubkach, w kilka dni nie zużyjecie pół litra szamponu, więc po co go tachać? Zabezpieczajcie środki higieny, niech szczoteczka do zębów nie lata po plecaku jak szczotka do butów!


Obowiązkowo na każdy wypad!
  • chusteczki/płyn antybakteryjny
  • tabletki przeciwbólowe i na biegunkę
  • coś na kleszcze i komary
  • krem z filtrem
  • taśma
  • worki na śmieci
  • nożyczki
  • igła i nitka
  • bandaż, plastry i płyn odkażający rany
  • papier toaletowy
  • powerbank/ładowarka do telefonu (jeśli bierzesz telefon)
  • poduszka typu "jasiek"
  • zegarek
  • papier toaletowy
  • nerka/malutki plecak/saszetka (na dokumenty, pieniądze i małe rzeczy wartościowe)
Raz w życiu nie zabrałam ze sobą bandażu i środka odkażającego, oczywiście "zrobiłam sobie kuku", czasem nie ma dostępu do apteki i męczyłam się tydzień z otwartą raną na dłoni. Do momentu aż przyszła do mnie paczka z domu. Zapytacie czemu nikt mi nie pomógł, a ja odpowiem: bo ludzie to świnie i najmniej lubią pomagać w trudnych sytuacjach.
Igła i nitka również nam się bardzo przydaje, może się okazać, że wzięliśmy mało ubrań i któreś z nich nam się przedarło. Moja przezorność kiedyś w ten sposób uratowała sukienkę przyjaciółce pod czas studniówki. Tak, nawet w takie miejsca zabieram ze sobą igłę i nitkę.
Z kolei worki i taśma mogą uratować nasze obuwie, jeśli nie jest odporne na deszcz. Wystarczy, że nałożymy warek na buciki i zataśmujemy. Nie dość, że ochronimy nogi przed przemoczeniem, to nie zniszczymy butów!

Rzeczy dodatkowe
Na woodstosku bardzo dobrym pomysłem są bannery lub chorągiewki, dzięki którym odnajdziemy swój namiot.  Wyobraźcie sobie ogromne pole namiotowe z setkami, jak nie tysiącami namiotów o podobnym kolorze i wielkości. To dramat szukać tego jednego, no chyba, że rozbijecie się w bardzo charakterystycznym miejscu. A tak dzięki chorągwi szybko odnajdziecie swoje siedlisko!
Gry zespołowe. Ja zabieram ze sobą wszędzie karty! Nie zajmują prawie miejsca, a gdy nie ma nic do roboty zawsze można usiąść i pograć dla rozrywki. 
Z kolei jeśli chodzi o jedzonko, bierzcie tylko suchy prowiant. Woodstock ma jeden problem, bo zgodnie z regulaminem nie można używać otwartego ognia, a więc nie zrobimy ogniska. W związku z tym musimy jedzenie kupować w pobliskich sklepach/stoiskach/barach. Zaopatrujcie się np. wafle ryżowe, sucharki, pełnoziarniste pieczywo suche, czy hermetycznie pakowane ciastka. Nie bierzcie żadnych czekolad, puszkowanych pasztetów, a przede wszystkim wędlin!


Nigdy nie bierz!
Nigdy nie bierzcie ze sobą przedmiotów wartościowych. Co prawda telefon ma ze sobą każdy, ale po co Wam aparat fotograficzny, tablet czy laptop na np. festiwalową wyprawę? Ograniczcie swój bagaż do miniaturowych przedmiotów np. zamiast dużej szczotki do włosów wybierzcie taką małą składaną z lustereczkiem. Bierzcie ciuchy, których nie jest Wam szkoda zniszczyć i buty, które możecie zapiaszczyć, zabłocić i się tym nie przejmować. Nie polecam brać bransoletek, łańcuszków, pierścionków, okularów korekcyjnych (chyba, że nic nie widzicie, ale myślę, że lepiej wybrać soczewki). Jeśli złamiecie palec, pierścionek będzie bardzo problematyczny. Z kolei idąc w tłumie ktoś może Was  potrącić, a Wasze okulary w rezultacie spadną i zostaną zdeptane. Szanujmy swoje ciało i przedmioty, unikniemy tragedii i płaczu.

Wszystkim podróżnikom, życzę udanej zabawy. Przed uczniami jeszcze miesiąc wakacji, przed studentami aż dwa miesiące. Podróżujcie bezpiecznie, mam nadzieję, że pomogłam choć niektórym w kłopotliwym pakowaniu. 
Do napisania!

Z dnia: 1.08.2017r.

20 lipca 2017

Jak bez obaw podróżować samochodem po Europie

Jak dobrze Wiecie, podróżuję po Europie głównie autem. Z racji tego nasz samochód musi być bez żadnych skaz, a i my musimy być świadomi pewnego ryzyka, jakie może wystąpić podczas wyjazdu. Dlatego postanowiłam napisać o czymś, co być może jest oczywiste, ale warto jednak przelać to "na papier". Jak bez obaw podróżować samochodem po Europie?

Sprawność fizyczna samochodu
Co roku gdy wyjeżdżamy na wakacje co najmniej 2 miesiące przed wyjazdem za granicę, oddajemy samochód do mechanika. Czasem zwykły standardowy przegląd nie wystarcza, bo wada może być gdzieś głębiej ukryta. Trzeba go bardzo dokładnie sprawdzić, a jeśli coś jest nie tak, to naprawić. Auto musi być na tyle sprawne, by dobrze zachowywało się na wszelkich drogach – nie zależnie czy to morze czy góry, szuter czy asfalt, trawa czy błoto. Nigdy nie wiadomo co przyniesie wyprawa, musimy mieć świadomość tego, że podróżując zwykłymi regionalnymi drogami w obcym kraju, mogą się zmieniać jak rękawiczki, z cienkich w szerokie, z prostych w kręte.


Ubezpieczenie
Zawsze jest tak, że gdy się ubezpieczymy to nic kompletnie nam się nie stanie, ale gdy tego nie zrobimy los nas ukarze. Są ubezpieczenia, które możemy wykupić na dany okres: tydzień, dwa lub miesiąc… Nie zapominajmy, że nasze bezpieczeństwo jest najważniejsze, ubezpieczmy zarówno siebie jak i nasz samochód tak, aby podczas wypadku losowego, choroby czy popsutego silnika w aucie, moglibyśmy bez problemu otrzymać pomoc. Zwykle otrzymujemy nr infolinii od danej ubezpieczalni i tam wszystko możemy zgłaszać, wówczas oni wskazują nam drogę rozwiązania sprawy. 

Nieznajomość przepisów nie zwalnia z odpowiedzialności
Jadąc za granicę koniecznie zapoznajcie się z obowiązującymi przepisami drogowymi. Nie w każdym państwie musimy jeździć w dzień z włączonymi światłami (ale akurat możemy). W wielu krajach nie wolno mieć włączonych „antyradarów” (zwykle nawigacje je mają i ostrzegają, gdzie radary mogą występować) przykładem są Francja czy Szwajcaria, gdzie w wypadku kontroli możemy zapłacić naprawdę surowy mandat, a nawet policja jest upoważniona do zabrania nam urządzenia. We Włoszech z kolei czworonogi, które z nami jadą, muszą być przypięte pasami bezpieczeństwa, ale w Niemczech już nie. W Austrii natomiast policja może „na oko” zmierzyć prędkość i jeśli uzna, że jechaliśmy za szybko wystawi mandat – wszystko zależy od ich kaprysu. Dodatkowo sprawdźcie jakie jest obowiązkowe wyposażenie, które powinniśmy wozić w aucie, mowa między innymi o apteczce, atestowanej gaśnicy, kamizelce odblaskowej etc.


Nawigacja vs. mapa
Wiadomo, że najłatwiej podróżuje się z nawigacją. Kobita będzie nam dokładnie mówić gdzie jechać, ale czy na pewno dobrze? Warto jest się zaopatrzyć w miarę aktualne mapy na papierze. Nawigacje bardzo często się mylą, a w natłoku nasuwających się na siebie drug (np. piętrowo) wariują i już kompletnie nie wiadomo gdzie jechać. Czasem bywa, że gubią zasięg albo się przegrzeją. Trzeba zachować czujność obserwować numery drug i drogowskazy. Oczywiście nawigacje mają swoje plusy, aplikacja google mapy chociażby wskazuje nam roboty drogowe i natężenie ruchu, co jest bardzo przydatne w dużych miastach. Korzystajmy z innowacji z rozsądkiem, ufajmy lepiej znakom, mapom i własnym przeczuciom – nam się to sprawdza!

Nieobowiązkowe, ale potrzebne
Są elementy wyposażenia, którego nie musimy ze sobą brać, ale dobrze by było, gdybyśmy je mieli, m.in. koło zapasowe i komplet kluczy, lewarek, linka holownicza czy (a nawet przede wszystkim) latarka i folie na szyby (by auto się nie nagrzewało za bardzo). Bywały nawet sytuacje, w których musieliśmy wymieniać bezpieczniki w samochodzie, nigdy nie wiadomo, co się może przydać. Oczywiście bierzcie ze sobą rzeczy, które za granicą mogą być drogie, gorzej dostępne i takie, które faktycznie mogą się nam przydać. Inne często możemy zakupić na stacjach benzynowych, a w krytycznych sytuacjach skorzystać z ubezpieczenia, w końcu po coś je wykupiliśmy. :)

Jest to mozolne nawiązanie go mojej planowanej w tym roku podróży. Pod koniec sierpnia chcemy przejechać naprawdę CAŁĄ ZACHODNIĄ EUROPĘ, począwszy od Niemiec, Włochy, Francję, Andorę, Hiszpanię aż do Portugalii. Czasu mamy mało, bo jedynie około 3 tygodni, musimy wrócić maksymalnie 13 września. Co prawda odwiedzę, już miejsca w których byłam, ale to nie zwalnia mnie od tego, żeby móc zobaczyć inne atrakcje. 

A wy jakie macie jeszcze plany na wakacje?
Kto z Was podróżował samochodem? Może macie swoje rady? 



Do napisania! Ja ne!

Z dnia:  20.07.2017r.

17 lipca 2017

Pomysł na: piwną bransoletkę

Cześć i czołem! Dzisiaj tekst nieco 18+, z racji piwnych akcentów.

Po pierwsze warto wspomnieć, że Aiko jest piwoszem, ale piwoszem który lubi męskie, mocne i gorzkie piwa. Dlatego ceni sobie szczególnie Browar Rebelia, który idealnie wpasował się w jej gust nie tylko smakowo, a także wizualne (piękne i proste etykiety, a i nazwy piw wymyślne: Krzywe z wieży, czy Pijak w dobrym stylu). Z popularnych piw natomiast pije Lecha i to właśnie głownie o nim dzisiejszy wpis, bo jemu zawdzięczam moje rękodzieła.

Jestem typowym zbieraczem wszystkiego co niepotrzebne (podobno). Ale czy zawleczki od puszek faktycznie są tymi niepotrzebnymi? Za każdym razem kiedy piję puszkowane piwo czy napoje urywam zawleczkę i przypinam do swoich ciężkich żelastw przy portfelu (breloków). Potem okazuje się ze jest ich za wiele i trzeba coś z nimi zrobić. Stąd dzisiaj mała inspiracja na piwną bransoletkę.
      Do przygotowania bransoletek potrzebujemy:
  • dużą ilość zawleczek od puszek
  • 1 bądź 2 paski tasiemki/gumki o grubości ok. 0,5cm długości 10-15 cm
  • nożyczki
  • igła i nitka w kolorze tasiemki/gumki




Bransoletka numer 1. Najprostszy motyw i wymagający najmniejszej ilości zawleczek (ja wykorzystałam około 11) i jeden pasek gumki. Kiedy juz przewleczemy przez dziurki materiał na koniec zszywamy nitką dwa końce ze sobą.




Bransoletka numer 2. Tutaj będziemy potrzebował juz dwa razy więcej zawleczek niż przy poprzedniej bransoletce i dwie tasiemki. Przewlekamy je na zmianę, wówczas wychodzi nam "szlaczek".






Bransoletka numer 3. Trzecia bransoletka jest dość często spotykana, ale wymaga trochę więcej nakładu pracy i zawleczek. Aż 4 razy więcej w stosunku do pierwszej. Przypatrzcie się dobrze pierwszemu zdjęciu i wyobraźcie sobie przez które dziurki powinniście przewlec tasiemkę. Podążajcie zgodnie z moimi instrukcjami lub wedle własnej wizualizacji.
Powodzenia!

Który sposób Wam się najbardziej podoba? 
Ja najbardziej lubię nosić pierwszą, ponieważ nie jest zbyt sztywna i układa się idealnie na ręce.
Robiliście już takie bransoletki?
Jesteście piwoszami, tak jak Aiko-chan? ([Pytanie do pełnoletnich)


Coś z życia Aiko

Wierzycie w senniki? Ja tak. Wielokrotnie mi się sprawdzały, niestety. Może to przesądnie zabrzmi, ale głównie wierze w symbolikę pojedynczych rzeczy w śnie. Zęby chociażby zwiastują coś złego (chorobę, wypadek, pech) szczególnie te brzydnie, zniszczone, stracone. Jedyną rzecz którą pamiętam z niedzielnego (9.07.17)  snu, to zakrwawione wypadające z buzi zęby. Było to bardzo nie przyjemne. Z reguły ufam temu, bo wielokrotnie ten sennik mi się sprawdzał, ale tym razem nie miałam kataru i też czułam się wyjątkowo szczęśliwie pobudzona.
Na drugi dzień wspólnie z Pandą planowaliśmy jechać do Wrocławia. Panda dostał się na swój kierunek na Politechnikę i musiał złożyć dokumenty. Mieliśmy dobre humory, jechaliśmy spokojnie i powoli. Przejechaliśmy tak około 40 kilometrów, czyli byliśmy już na półmetku. Ruch na drodze był naprawdę spory, szczególnie na drugim pasie.
Nagle na drodze zauważyliśmy czerwone auto. I wszystko było by dobrze, gdyby nie fakt, że te auto jechało naszym pasem i w naszą stronę. Panda szybko zareagował i zaczął gwałtownie hamować, natomiast pan z naprzeciwka w pierwszej chwili mocno przyśpieszał i próbował „przecisnąć się” między nami, a samochodami (bo wymijał więcej niż jedno auto - na podwójnej ciągłej) które wyprzedzał. W ostatniej chwili jednak się zreflektował i też zaczął szybko zwalniać. Był moment, w którym przeleciała mi myśl: „może zdążymy się zatrzymać i jedynie pocałujemy się zderzakami?”. Nie zdążyliśmy. Jego światła odbijały się od naszej maski samochodu coraz silniej. W ostateczności oboje z Panda poczuliśmy uderzenie i wstrząs.
Pasy zacisnęły mi się na klatce, a z twarzy okulary bezwładnie spadły na kolana. W pierwszej sekundzie spojrzałam na Pandę. Na kierownicy znajdował się biały napompowany balon – poduszka powietrzna. Panda podniósł głowę, czyli ogólnie oceniając stan, wszystko było w porządku. Założyłam okulary i wysiadłam z samochodu z myślą: „czy mama się wkurzy, jak jej to opowiem po powrocie do domu”. W tym samym czasie świadkowie wypadku już stali przed autem i pytali czy wszystko w porządku. My w ciężkim szoku odpowiedzieliśmy, że tak. Jakiś pan tuż po naszej odpowiedzi podszedł do kokpitu samochodu i gorączkowo otwierał maskę. Potem złapał za jakieś kabelki i coś odłączył tłumacząc, że to dla bezpieczeństwa (bo coś tam ciekło spod auta). My byliśmy na tyle zdezorientowani, że nawet to świadkowie zadzwonili po pomoc.
Na miejsce przyjechały wszystkie służby ratownicze. Pan, który spowodował wypadek przyznał się do winy, bardzo przepraszał za wszystko i wielokrotnie pytał czy nic nam nie jest. Jedyne co nas bolało to skasowane auto i pełen w nim bak. Mój siniak, zdarte kolano i boląca ręka Pandy były mniej ważne. 
Może jestem przesądna, ale zębom ufam. Zawsze zwiastują mi coś złego, to nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz. Los zna nasze przeznaczenie. Są rzeczy, których nie powstrzymamy. Zapewne gdyby Pan się tak nie śpieszył, Panda nie stracił by auta. Z innej strony mieliśmy wyjechać wcześniej i mogliśmy wybrać inną drogę. Rozważań: „co by było gdyby...” było wiele. Na szczęście ostatecznie nic nikomu się nie stało - ani nam, ani drugiemu kierowcy. Sytuacja jednak od nas w ogóle nie była zależna i nie mogliśmy nic zrobić. Czasem tak bywa. Życie jest sinusoidą. Karma wróci, więc kolejne wydarzenie będzie naprawę szczęśliwe.

Z dnia: 17.07.2017r.