TOP koreańskie dramy!

Najlepsze koreańskie dramy minionych lat. Podsumowanie Aiko.

Gdzie poznać japończyka?

Najlepszym sposobem jest internet. Naszego nowego azjatyckiego przyjaciela możemy ponać na...

Japończyk w moim domu

Mix kulturowy. Jak przyjąc Japończyka w polskim domu?

ONE OK ROCK w Polsce!

Relacja z pierwszego dziewiczego koncertu w Polsce. Czy będzie zapowiedź kolejnego?

Kosmopolita

Aiko opowiada o swoich podróżach po Europie, relacjonuje, opiniuje i poleca.

Za co kochamy dramy?

Czyli dlaczego warto je oglądać.

Blondynka na Językach - Język japoński

Recenzja podręcznika do nauki języka japońskiego Beaty Pawlikowskiej

Jak komunikują się Azjaci?

LINE - jeden z najpopularniejszych komunikatorów azjatyckich, podobnie jak Skype, ma możliwość przeprowadzenia rozmowy głosowej czy też video rozmowy, a także standardowo rozmowy pisanej.

Krótko o dredach

W pigółce fakty i mity dotyczące dredów. Czym są dredy, jak się je robi, jak pielęgnuje. Co to są dredloki i czy każdy może nosić dredy?

Nama Chocolate

Nama choco to japońskie czekoladki walentynkowe, robione domowym sposobem i wręczane mężczyznom w dniu zakochanych.

Zrób swoją Pande!

Tutorial od Aiko, jak zrobić własną Pande brelok.

Przystanek Woodstock 2017

Pierwszy festiwal o muzyce podwyższonego ryzyka, czyli jak Przystanej Woodstock się zmienił.

16 sierpnia 2017

Przystanek Woodstock 2017 - festiwal podwyższonego ryzyka

Gwałty, burdy i rozprzestrzeniające się chamstwo! To się działo na Przystanku Woodstock, tak. Owsiak zrobił wielotysięczne zgromadzenie polityczne i wpajał tam swoją ideologię. A co! 


Po raz kolejny pojechałam na Przystanek Woodstock i się bardzo dobrze bawiłam. Nie rozumiem wielkiego „halo” wokół festiwalu i ludzi, którzy tak namiętnie chcą go zniszczyć. Różnica między tym co było 3 lata temu, a tą edycją, jest kolosalna. Szperanie po plecakach, torebkach i saszetkach w poszukiwaniu alkoholi i nie tylko (nie mogłam małej butelki wody wnieść do namiotu ASP podczas upału, że niby ze względu na bezpieczeństwo?). Barierki tworzyły sztuczny tłum, wpadano na nie i obijano się, dla mnie (i pewnie nie tylko) były niebezpieczne i zwyczajnie przeszkadzały. Wszystko dzięki władzy, która uznała, że Przystanek Woodstock, jest festiwalem podwyższonego ryzyka.

Tak nie wyglądał Woodstock, który zapamiętałam. Woodstock, to synonim ludzi wolnych, kochających muzykę, towarzystwo i nowe przyjaźnie, lubiących się dobrze bawić. To uczestnicy dbają o swoje bezpieczeństwo (a pokojowy patrol tylko kontroluje), są rozsądni i potrafią reagować na to co się dzieje wokół. To nie ściema! Nikt nie mówi do nikogo „spierdalaj cymbale”, gdy się potrącą w tłumie. Ba! Będą się wzajemnie przepraszać, a na koniec napiją się piwa. Za to kochałam ten festiwal. 
Ludzie się nie zmienili, wciąż są tak cudowni jak dawniej. Jednak te „halo”, o którym wspominałam było kłopotliwe. Pomijając ograniczające nas barierki, miałam wrażenie, że Woodstock stał się walką słowną (antypolityczną). Mimo że non stop podkreślano, iż tak nie jest, bo przecież festiwal jest pokojowy i beztroski, to jednak zarówno Jurek Owsiak i reszta prowadzących, a także wielu przybyłych gości np. Filip Chajzer (którego naprawdę lubię) wplatali swoje poglądy i starali się uświadamiać ludzi o tym, że dzieje się źle. W pełni ich rozumiem, bo Woodstock to już polski dobytek kultury muzycznej, którego nie możemy stracić, ale na litość boską każdy ma swój rozum. Ci którzy byli na Woostocku, znają prawdę. Koniec. 

Niemniej jednak muszę przyznać rację. Generalizowanie ludzi jest złe, wrzucanie ich do jednego wora i wyzywanie od bydła i zwierząt (i nie wiem czy to obraza zwierząt czy ludzi). Najbardziej nie lubię nieuzasadnionych opinii ludzi, którzy właśnie tak Woodstokowiczów określają. Wmawianie populacji niemającej do czynienia z festiwalem, że Przystanek jest niebezpieczeństwem dla społeczeństwa, stało się jakąś chorą zabawą. To nie festiwal stwarza niebezpieczeństwo, lecz nieliczne jednostki ludzi uczestniczących w nim, którzy funkcjonują w naszym otoczeniu na co dzień - niezależnie czy jadą na Woodstock, Open’er, Czad Festiwal albo siedzą przed swoim blokiem na ulicy – ich zachowanie będzie zawsze takie samo i nie jest zależne od organizatorów, gdziekolwiek by oni byli.


  •  Ludzie narzekają na kolejki po piwo, do Lidla, gastronomii czy pryszniców. Nie zauważają w tym nic pozytywnego – ja np. zawsze kogoś nowego poznawałam, porozmawiałam, pośmiałam się i tak mi leciał czas, że się nawet nie obejrzałam, a już kolejki dobiegł koniec. Istnieją też godziny, w których w ogóle nie będziemy na nic czekać, poważnie!
  • Smród z toitoi, niech ktoś mi powie na jakim festiwali nie ma takich zapachów, albo przy jakim toitoiu. Wejdzie do kabiny 10 -20 osób i każdy chce zrobić swoje i smrody już atakują nasze nosy. Naprawdę lepiej żeby ludzie robili to w toitoi niż w lasach przed naszym namiotem.
  • Pijaki to troszkę inna sprawa. Ciężko jest nie spotkać nikogo pod wpływem alkoholu na jakimkolwiek festiwalu. Niezależnie czy można tam wnosić swoje drinki czy nie. Woodstock nie jest wyjątkiem. Różnica jednak jest jedna, że większość z pijanych ludzi jest niegroźna, pogadają sobie, zaproszą czy poproszą troszkę o dolewkę, przytulą się i powiedzą miłego dnia. Inne zachowania są wyjątkiem. Ludzie są nastawieni przyjaźnie.

Dziś bardzo subiektywna ocena Woodstocku 2017, w kolejnej notce dużo więcej relacji z koncertów i minionych dni z mojej perspektywy. Ja ne!

TU ZNAJDZIESZ  NOTKĘ Z MOJEGO PIERWSZEGO PRZYSTANKU WOODSTOCK!

P.S. Zapraszam Was serdecznie na SNAPCHATa, tam będziecie zawsze na bieżąco z relacjami z wydarzeń w jakich biorę udział. Już za tydzień wyjeżdżam za granicę, co gdzie i jak przekonajcie się sami podróżując ze mną przez SNAPa. :)

 Z dnia: 16.08.2017r.

9 sierpnia 2017

Turystyka na opak: z perspektywy gospodarza

Ten wpis jest wyjątkowo subiektywny, bo mówi o tym jak to jest żyć i mieszkać w agroturystyce. Jest to zupełna odwrotność tego o czym zawsze pisałam. W końcu chwale się tu i ówdzie, ile to zwiedziłam świata. Krytykuję i chwalę. Mówię gdzie spać i jak zwiedzać. Tymczasem nie tylko jestem turystką, ale i przyjmuję turystów u siebie.
W moim życiu się tak złożyło, że od urodzenia mieszkam w gospodarstwie agroturystycznym, a więc już ponad 20 lat, które założyli i zaczęli prowadzić moi rodzice. Interes ten jest nadzwyczaj wymagający, bo właściciel nie tylko dba o swoich gości (turystów), ale również sprząta, gotuje, remontuje, naprawia, czy zajmuje się ogrodem. Czynności, których musi się nauczyć jest wiele. Musi być komunikatywny otwarty, ale także asertywny i zasadniczy.

Jakie uroki, a jakie przekleństwa kryje w sobie życie gospodarza?
Moja piękna górska miejscowość!
Nie ukrywam, że jestem dumna z tego, że mieszkam w agroturystyce. Dzięki temu mogę bezproblemowo zaprosić do siebie przypadkowo poznanych ludzi nawet z końca świata – pamiętacie gdy przyjechał do mnie Sho, przyjaciel z Japonii? Jeśli nie, koniecznie o tym przeczytajcie! Poza tym wielu ludzi, którzy przyjechali do nas nawet jakieś 15 lat temu, dotychczas to robią i są naszymi bliskimi przyjaciółmi, co by nie powiedzieć, znam ich prawie całe życie.

Czym jest agroturystyka? 
W definicji jaką mówi nam wikipedia to w skrócie: wypoczynek w gospodarstwach wiejskich przez ludzi z miast. Głównie chodzi o obcowanie z naturą i ukazanie walorów wsi itd. i takie atrakcje powinni wam zapewnić gospodarze, abyście jako goście poczuli farmerski klimat. 

Hm… Jest w tym ziarnko prawdy, ale wiedzcie, że gospodarstwa agroturystyczne ewoluowały na tyle, że standardy nieraz są zbliżone do hotelowych. Natomiast ich dodatkowym atutem zwykle jest usytuowanie – np. miejscowość turystyczna, w moim przypadku są to góry, najbardziej tajemnicze (ze względu na bogatą historię górnictwa) w Polsce – Góry Sowie. 
Jest niewiele gospodarstw prowadzących role, pasących bydło i naganiających kury do zagród, przy czym zbierających jajka i dojących krowy. Sama mam jedynie psa i papugę (doraźnie brata, gdy przyjedzie na weekend). Oczywiście, główna zaletą agroturystyk jest cisza i relaks. Porównywalnego spokoju nie znajdziecie w miastach. Za to kocham miejsce, w którym mieszkam. Aż nadto mogę wsłuchiwać się w śpiew ptaków, czy szum spływające wody z wodospadu. Mam to na co dzień, a kiedy chcę odetchnąć pojadę na chwilę do miasta, do kina czy galerii. Tak, nie wstydzę się z tego, że jestem ze wsi.

Przestrzeń osobista, albo jej brak
To jest jedna z rzeczy, której wiele osób nie rozumie i pewnie nie zrozumie nigdy. Wiele razy byłam pytana, głównie przez znajomych: czy mi nie przeszkadzają obcy ludzie w domu? Nie. To jest coś co lubię najbardziej, panoszenie się. Lubie słyszeć, że dom żyje. Wiedzieć, że pokój gościnny nie jest pusty. Odpowiadać nieznajomym: „dzień dobry”, „miłego dnia”, „smacznego” czy „dziękuję”. Zachęcać gości do zwiedzenia wielu cudownych miejsc w regionie, a przy czym poznawać i wsłuchiwać się w ich historie życia. Podawać śniadania, obiady czy kolacje z uśmiechem lub bez – też czasem mogę nie mieć humoru. 
To nie jest tak, że ktoś chodząc po moim domu wchodzi do mojego pokoju, czy korzysta z mojej łazienki, bo ich mam wiele. Zarówno kuchnie, jak i salony też dzielą się na te dla gości, i na pomieszczenia gospodarcze, a więc moje prywatne. Niemniej jednak non stop trzeba mieć być czujnym. Kredyt zaufania zawsze mam dla swoich gości, jednak bywają tacy, który go nadużywają.

Anegdotki: to się zdarzyło naprawdę
1. Nieraz bywa śmiesznie. Kiedyś przyjechał do nas ksiądz z „gospodynią” i chciał wynająć pokój z dwuosobowym łóżkiem – sumienie nakazało nam odmówić. 
2. Innym zaś razem przyjechał Pan z Panią, a po kilku godzinach dojechała do niego kolejna Pani. Okazało się, że pierwsza z kobiet była kochanką, a druga żoną – klasyczna akcja!
3. Często bywa, że dwie różne grupy gości się zaprzyjaźnią. Oczywiście nową przyjaźń dobrze jest przypieczętować kieliszkiem polskiej wódki. Ale błagam, zatrzymajcie się na kieliszku, a nie całej butelce! Kiedyś pewien Pan tak się „spił”, że gdy na drugi dzień się obudził, jego żony już nie było w łóżku. Niestety jej walizki też nie, bo była w drodze do domu.

Poświęcenie
Jednak żeby nie opowiadać o agroturystyce w samych superlatywach, musicie wiedzieć, że takie życie ma naprawdę sporo minusów, a nawet wyrzeczeń. Nie mogę spędzić wakacji tak jak każdy, nad polskim morzem, opalając się na plaży i pijąc Leszka w pobliskim barze.
Wyobraź sobie, że codziennie rano wstajesz wcześniej niż zwykle, aby przygotować śniadanie, nakarmisz ludzi, potem sam jesz. Musisz zetrzeć błoto z podłogi. Syzyfowa praca. Poczekaj pięć minut i zrobisz to jeszcze raz, i znów kolejny. Wyrzucasz śmieci, są nieposegregowane, grzebiesz w nich. Czyścisz toalety, śmierdzi. Robisz obiad, najpierw nakarmisz ludzi, potem sam jesz. Kosisz trawę, zamiatasz podłogę. Pada deszcz. Znowu błoto, chwytasz za mopa. Usiądziesz, ale czekaj! Przecież kolacja! Nakarmisz ludzi, potem sam zjesz. Wieczór. Liczysz na spokój i chwilę wytchnienia. Przeliczasz się. Głośne rozmowy, śmiechy, trzaskania drzwiami, bieganie po schodach. Aż wreszcie nadchodzi ta godzina, święta i nie naruszalna: 22:00 – cisza nocna. I znów rano. Rutyna.
Okres wakacji jest bardzo wymagający. Oczywiście to co napisałam powyżej jest trochę przekolorowane, mam więcej czasu dla siebie, bo wszystko wykonuje rutynowo i wiem jak układać oraz wykorzystywać czas. Wiem też, jak ważną rolę pełnią ludzie, pracujący właśnie w takich obiektach turystycznych. Jak wiele siły i zachęty daje nam zwykłe „dzień dobry”, uszanowanie tego, że właśnie wymyłam podłogę i ktoś wytrze buty w wycieraczkę, czy posegreguje śmieci do odpowiednich koszy, a nie wrzuci do jednego jakby nigdy nic.
Turystyka ma wiele uroków i wiele wad. Zarówno z perspektywy gospodarza, jak i podróżnika. Sama wyjeżdżając gdzieś, staram się stosować do obowiązujących regulaminów, nie robić niepotrzebnych problemów, szanować czyjąś pracę. Dotyczy to Pani podającej nam kotleta w restauracji, salowej w szpitalu, dozorcy w szkole i policjanta wlepiającego nam mandat. Wszystkich.
Czasem zastanawiam się, dlaczego nie kształcę się w stronę turystyki, skoro tak wiele mam z nią wspólnego zarówno jako początkujący podróżnik, jak i gospodarz, ale reflektuję się i dochodzę do wniosku, że za mało lubię ludzkość. Wolę obcować z naturą.

Mam nadzieję, że troszkę Wam rozjaśniłam, jak to jest z tą turystyką od drugiej strony. Nie każdy ma okazję zrozumieć gospodarza (lub pracownika) miejsca w którym mieszkacie podczas wakacji. Stąd taka moja mała apelacja, zostawcie po sobie dobre wrażenie (a przynajmniej porządek)!

Czy ktoś z Was pracuje w hotelu, sklepie czy restauracji?
Jak to jest z Waszej perspektywy? 
Pracujecie z pasją, szanujecie pracę innych, czy jesteście obojętni?

Z dnia: 9.08.2017r.

1 sierpnia 2017

Niezbędnik podróżnika: plecak i wygodne buty

Komu w drogę... ten ma fajne wakacje. 
Dzisiaj wyruszam na 23. Przystanek Woodstock. W związku z tym chcę Wam przekazać taki mój "niezbędnik podróżnika", czyli jak się spakować w jeden plecak na prawie tydzień hardkorowej przygody, niczego nie zapomnieć i wziąć tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
Jestem kobietą, a z reguły mówi się, że kobiety przesadnie się pakują. Zabierają za wiele ciuchów, kilka par butów i masę kosmetyków. Podobno wyjątek potwierdza regułę, a wiec ja chcę się wypowiedzieć jako ten wyjątek. 

O tym nie możesz zapomnieć!
  • namiot
  • karimata (chociaż ja rzadko biorę)
  • śpiwór
  • bilet na drogę
  • dokumenty (przede wszystkim dowód osobisty i legitymację) oraz  pieniądze
  • leki przyjmowane na stałe
O ile o pierwszych trzech pamiętamy zawsze o tyle o kolejnych niekoniecznie. Legitymacja jest ważna dla uczniów i studentów upewnijcie się, że je macie wyruszając w podróż pociągiem inaczej kara może być sroga (chyba, że traficie na łaskawego konduktora), jeśli wykupujecie bilet z ulgą. A propos biletów to uważajcie! Gdy jechałam na Woodstock pierwszy raz, przypadkiem podarłam wydrukowany bilet na samym kodzie i konduktor nie mógł go sczytać, ale na szczęście miałam dostęp do internetu i okazałam go elektronicznie. Było to dla mnie dobrą nauczką i od tamtej pory drukuję bilety w dwóch egzemplarzach i chowam do dwóch różnych miejsc (elektronice na ogół nie wierzę). 
Leki, leki leki! Ja jestem maniaczką w zapominaniu tabletek i problem jest taki, że biorę je na stałe i są one na serce, w związku z tym bardzo ważne jest, żebyście zarówno Wy jak i Wasi przyjaciele/partner/rodzina wiedzieli, że przyjmujecie lekarstwa, niech o nich przypominają do syta!

Ubrania i kosmetyki - bez nadmiaru :)
  • najwygodniejsze buty świata (stare trampki, szpilki, sandały czy klapki, cokolwiek co Wam nie zrobi krzywdy)
  • bielizna na każdy dzień i jeden dzień dłużej (nigdy nic nie wiadomo)
  • ubrania obowiązkowe: sweter, coś przeciwdeszczowego z kapturem, coś na głowę (kapelusz, chustka), koszulki na zmianę, spodnie długie i krótkie, przewiewna bluzka/narzutka/katana
  • pasta do zębów i szczoteczka
  • szampon i mydło
  • (opcjonalne) podstawowe kosmetyki upiększające: dla mnie to jest lekki puder, tusz do rzęs i przede wszystkim coś nawilżającego usta
  • okulary przeciwsłoneczne
  • ręcznik
Weźcie dwie pary butów, ja zwykle biorę trampki i japonki (nie tylko pod prysznic, ale moje nogi w nich najlepiej odpoczywają). Zastanówcie się, czy nie lepiej wziąć o 3 koszulki mniej, a przelać do malutkiego pojemniczka trochę płynu do prania i w wolnym czasie wyprać przepocone/brudne ubranie. Zaoszczędzicie na tym sporo miejsca. Nie bierzcie też zbyt obcisłych ciuchów, nie sprawdzają się podczas upałów, wybierajcie oddychające materiały. Kupujcie kosmetyki w małych tubkach, w kilka dni nie zużyjecie pół litra szamponu, więc po co go tachać? Zabezpieczajcie środki higieny, niech szczoteczka do zębów nie lata po plecaku jak szczotka do butów!


Obowiązkowo na każdy wypad!
  • chusteczki/płyn antybakteryjny
  • tabletki przeciwbólowe i na biegunkę
  • coś na kleszcze i komary
  • krem z filtrem
  • taśma
  • worki na śmieci
  • nożyczki
  • igła i nitka
  • bandaż, plastry i płyn odkażający rany
  • papier toaletowy
  • powerbank/ładowarka do telefonu (jeśli bierzesz telefon)
  • poduszka typu "jasiek"
  • zegarek
  • papier toaletowy
  • nerka/malutki plecak/saszetka (na dokumenty, pieniądze i małe rzeczy wartościowe)
Raz w życiu nie zabrałam ze sobą bandażu i środka odkażającego, oczywiście "zrobiłam sobie kuku", czasem nie ma dostępu do apteki i męczyłam się tydzień z otwartą raną na dłoni. Do momentu aż przyszła do mnie paczka z domu. Zapytacie czemu nikt mi nie pomógł, a ja odpowiem: bo ludzie to świnie i najmniej lubią pomagać w trudnych sytuacjach.
Igła i nitka również nam się bardzo przydaje, może się okazać, że wzięliśmy mało ubrań i któreś z nich nam się przedarło. Moja przezorność kiedyś w ten sposób uratowała sukienkę przyjaciółce pod czas studniówki. Tak, nawet w takie miejsca zabieram ze sobą igłę i nitkę.
Z kolei worki i taśma mogą uratować nasze obuwie, jeśli nie jest odporne na deszcz. Wystarczy, że nałożymy warek na buciki i zataśmujemy. Nie dość, że ochronimy nogi przed przemoczeniem, to nie zniszczymy butów!

Rzeczy dodatkowe
Na woodstosku bardzo dobrym pomysłem są bannery lub chorągiewki, dzięki którym odnajdziemy swój namiot.  Wyobraźcie sobie ogromne pole namiotowe z setkami, jak nie tysiącami namiotów o podobnym kolorze i wielkości. To dramat szukać tego jednego, no chyba, że rozbijecie się w bardzo charakterystycznym miejscu. A tak dzięki chorągwi szybko odnajdziecie swoje siedlisko!
Gry zespołowe. Ja zabieram ze sobą wszędzie karty! Nie zajmują prawie miejsca, a gdy nie ma nic do roboty zawsze można usiąść i pograć dla rozrywki. 
Z kolei jeśli chodzi o jedzonko, bierzcie tylko suchy prowiant. Woodstock ma jeden problem, bo zgodnie z regulaminem nie można używać otwartego ognia, a więc nie zrobimy ogniska. W związku z tym musimy jedzenie kupować w pobliskich sklepach/stoiskach/barach. Zaopatrujcie się np. wafle ryżowe, sucharki, pełnoziarniste pieczywo suche, czy hermetycznie pakowane ciastka. Nie bierzcie żadnych czekolad, puszkowanych pasztetów, a przede wszystkim wędlin!


Nigdy nie bierz!
Nigdy nie bierzcie ze sobą przedmiotów wartościowych. Co prawda telefon ma ze sobą każdy, ale po co Wam aparat fotograficzny, tablet czy laptop na np. festiwalową wyprawę? Ograniczcie swój bagaż do miniaturowych przedmiotów np. zamiast dużej szczotki do włosów wybierzcie taką małą składaną z lustereczkiem. Bierzcie ciuchy, których nie jest Wam szkoda zniszczyć i buty, które możecie zapiaszczyć, zabłocić i się tym nie przejmować. Nie polecam brać bransoletek, łańcuszków, pierścionków, okularów korekcyjnych (chyba, że nic nie widzicie, ale myślę, że lepiej wybrać soczewki). Jeśli złamiecie palec, pierścionek będzie bardzo problematyczny. Z kolei idąc w tłumie ktoś może Was  potrącić, a Wasze okulary w rezultacie spadną i zostaną zdeptane. Szanujmy swoje ciało i przedmioty, unikniemy tragedii i płaczu.

Wszystkim podróżnikom, życzę udanej zabawy. Przed uczniami jeszcze miesiąc wakacji, przed studentami aż dwa miesiące. Podróżujcie bezpiecznie, mam nadzieję, że pomogłam choć niektórym w kłopotliwym pakowaniu. 
Do napisania!

Z dnia: 1.08.2017r.

20 lipca 2017

Jak bez obaw podróżować samochodem po Europie

Jak dobrze Wiecie, podróżuję po Europie głównie autem. Z racji tego nasz samochód musi być bez żadnych skaz, a i my musimy być świadomi pewnego ryzyka, jakie może wystąpić podczas wyjazdu. Dlatego postanowiłam napisać o czymś, co być może jest oczywiste, ale warto jednak przelać to "na papier". Jak bez obaw podróżować samochodem po Europie?

Sprawność fizyczna samochodu
Co roku gdy wyjeżdżamy na wakacje co najmniej 2 miesiące przed wyjazdem za granicę, oddajemy samochód do mechanika. Czasem zwykły standardowy przegląd nie wystarcza, bo wada może być gdzieś głębiej ukryta. Trzeba go bardzo dokładnie sprawdzić, a jeśli coś jest nie tak, to naprawić. Auto musi być na tyle sprawne, by dobrze zachowywało się na wszelkich drogach – nie zależnie czy to morze czy góry, szuter czy asfalt, trawa czy błoto. Nigdy nie wiadomo co przyniesie wyprawa, musimy mieć świadomość tego, że podróżując zwykłymi regionalnymi drogami w obcym kraju, mogą się zmieniać jak rękawiczki, z cienkich w szerokie, z prostych w kręte.


Ubezpieczenie
Zawsze jest tak, że gdy się ubezpieczymy to nic kompletnie nam się nie stanie, ale gdy tego nie zrobimy los nas ukarze. Są ubezpieczenia, które możemy wykupić na dany okres: tydzień, dwa lub miesiąc… Nie zapominajmy, że nasze bezpieczeństwo jest najważniejsze, ubezpieczmy zarówno siebie jak i nasz samochód tak, aby podczas wypadku losowego, choroby czy popsutego silnika w aucie, moglibyśmy bez problemu otrzymać pomoc. Zwykle otrzymujemy nr infolinii od danej ubezpieczalni i tam wszystko możemy zgłaszać, wówczas oni wskazują nam drogę rozwiązania sprawy. 

Nieznajomość przepisów nie zwalnia z odpowiedzialności
Jadąc za granicę koniecznie zapoznajcie się z obowiązującymi przepisami drogowymi. Nie w każdym państwie musimy jeździć w dzień z włączonymi światłami (ale akurat możemy). W wielu krajach nie wolno mieć włączonych „antyradarów” (zwykle nawigacje je mają i ostrzegają, gdzie radary mogą występować) przykładem są Francja czy Szwajcaria, gdzie w wypadku kontroli możemy zapłacić naprawdę surowy mandat, a nawet policja jest upoważniona do zabrania nam urządzenia. We Włoszech z kolei czworonogi, które z nami jadą, muszą być przypięte pasami bezpieczeństwa, ale w Niemczech już nie. W Austrii natomiast policja może „na oko” zmierzyć prędkość i jeśli uzna, że jechaliśmy za szybko wystawi mandat – wszystko zależy od ich kaprysu. Dodatkowo sprawdźcie jakie jest obowiązkowe wyposażenie, które powinniśmy wozić w aucie, mowa między innymi o apteczce, atestowanej gaśnicy, kamizelce odblaskowej etc.


Nawigacja vs. mapa
Wiadomo, że najłatwiej podróżuje się z nawigacją. Kobita będzie nam dokładnie mówić gdzie jechać, ale czy na pewno dobrze? Warto jest się zaopatrzyć w miarę aktualne mapy na papierze. Nawigacje bardzo często się mylą, a w natłoku nasuwających się na siebie drug (np. piętrowo) wariują i już kompletnie nie wiadomo gdzie jechać. Czasem bywa, że gubią zasięg albo się przegrzeją. Trzeba zachować czujność obserwować numery drug i drogowskazy. Oczywiście nawigacje mają swoje plusy, aplikacja google mapy chociażby wskazuje nam roboty drogowe i natężenie ruchu, co jest bardzo przydatne w dużych miastach. Korzystajmy z innowacji z rozsądkiem, ufajmy lepiej znakom, mapom i własnym przeczuciom – nam się to sprawdza!

Nieobowiązkowe, ale potrzebne
Są elementy wyposażenia, którego nie musimy ze sobą brać, ale dobrze by było, gdybyśmy je mieli, m.in. koło zapasowe i komplet kluczy, lewarek, linka holownicza czy (a nawet przede wszystkim) latarka i folie na szyby (by auto się nie nagrzewało za bardzo). Bywały nawet sytuacje, w których musieliśmy wymieniać bezpieczniki w samochodzie, nigdy nie wiadomo, co się może przydać. Oczywiście bierzcie ze sobą rzeczy, które za granicą mogą być drogie, gorzej dostępne i takie, które faktycznie mogą się nam przydać. Inne często możemy zakupić na stacjach benzynowych, a w krytycznych sytuacjach skorzystać z ubezpieczenia, w końcu po coś je wykupiliśmy. :)

Jest to mozolne nawiązanie go mojej planowanej w tym roku podróży. Pod koniec sierpnia chcemy przejechać naprawdę CAŁĄ ZACHODNIĄ EUROPĘ, począwszy od Niemiec, Włochy, Francję, Andorę, Hiszpanię aż do Portugalii. Czasu mamy mało, bo jedynie około 3 tygodni, musimy wrócić maksymalnie 17 września. Co prawda odwiedzę, już miejsca w których byłam, ale to nie zwalnia mnie od tego, żeby móc zobaczyć inne atrakcje. 

A wy jakie macie jeszcze plany na wakacje?
Kto z Was podróżował samochodem? Może macie swoje rady? 


P.S.
Mam w tym roku taki okropny niedosyt. W porównaniu z ubiegłym rokiem, ten marnuję po całości. 
*Wyjeżdżam za granicę na jedynie (maksymalnie) 3 tygodnie - w ubiegłym byłam aż koło półtora miesiąca, w relatywnie równych odstępach wyjazdowych. 
*Nie byłam jeszcze na żadnym koncercie ani imprezie muzycznej (planuję woodstock, ale nie mam ekipy, z która bym się wybrała, może ktoś z Was jedzie i chce przygarnąć Aiko?), w ubiegłym roku nie było miesiąca bez koncertu czy festiwalu! 
*Względnie pewne jest tylko to, że może pojawię się na NiuConie we Wrocławiu - jeśli będzie mnie stać, bo okazało się, że zacznę życie biednego studenta z Uniwersytetu Wrocławskiego. Tak! Byćmoże będę  przyszłością polskiej dyplomacji. 

Do napisania! Ja ne!

Z dnia:  20.07.2017r.

17 lipca 2017

Pomysł na: piwną bransoletkę



Cześć i czołem! Dzisiaj tekst nieco 18+, z racji piwnych akcentów.

Po pierwsze warto wspomnieć, że Aiko jest piwoszem, ale piwoszem który lubi męskie, mocne i gorzkie piwa. Dlatego ceni sobie szczególnie Browar Rebelia, który idealnie wpasował się w jej gust nie tylko smakowo, a także wizualne (piękne i proste etykiety, a i nazwy piw wymyślne: Krzywe z wieży, czy Pijak w dobrym stylu). Z popularnych piw natomiast pije Lecha i to właśnie głownie o nim dzisiejszy wpis, bo jemu zawdzięczam moje rękodzieła.

Jestem typowym zbieraczem wszystkiego co niepotrzebne (podobno). Ale czy zawleczki od puszek faktycznie są tymi niepotrzebnymi? Za każdym razem kiedy piję puszkowane piwo czy napoje urywam zawleczkę i przypinam do swoich ciężkich żelastw przy portfelu (breloków). Potem okazuje się ze jest ich za wiele i trzeba coś z nimi zrobić. Stąd dzisiaj mała inspiracja na piwną bransoletkę.
      Do przygotowania bransoletek potrzebujemy:
  • dużą ilość zawleczek od puszek
  • 1 bądź 2 paski tasiemki/gumki o grubości ok. 0,5cm długości 10-15 cm
  • nożyczki
  • igła i nitka w kolorze tasiemki/gumki




Bransoletka numer 1. Najprostszy motyw i wymagający najmniejszej ilości zawleczek (ja wykorzystałam około 11) i jeden pasek gumki. Kiedy juz przewleczemy przez dziurki materiał na koniec zszywamy nitką dwa końce ze sobą.




Bransoletka numer 2. Tutaj będziemy potrzebował juz dwa razy więcej zawleczek niż przy poprzedniej bransoletce i dwie tasiemki. Przewlekamy je na zmianę, wówczas wychodzi nam "szlaczek".






Bransoletka numer 3. Trzecia bransoletka jest dość często spotykana, ale wymaga trochę więcej nakładu pracy i zawleczek. Aż 4 razy więcej w stosunku do pierwszej. Przypatrzcie się dobrze pierwszemu zdjęciu i wyobraźcie sobie przez które dziurki powinniście przewlec tasiemkę. Podążajcie zgodnie z moimi instrukcjami lub wedle własnej wizualizacji.
Powodzenia!

Który sposób Wam się najbardziej podoba? 
Ja najbardziej lubię nosić pierwszą, ponieważ nie jest zbyt sztywna i układa się idealnie na ręce.
Robiliście już takie bransoletki?
Jesteście piwoszami, tak jak Aiko-chan? ([Pytanie do pełnoletnich)



Coś z życia Aiko

Wierzycie w senniki? Ja tak. Wielokrotnie mi się sprawdzały, niestety. Może to przesądnie zabrzmi, ale głównie wierze w symbolikę pojedynczych rzeczy w śnie. Zęby chociażby zwiastują coś złego (chorobę, wypadek, pech) szczególnie te brzydnie, zniszczone, stracone. Jedyną rzecz którą pamiętam z niedzielnego (9.07.17)  snu, to zakrwawione wypadające z buzi zęby. Było to bardzo nie przyjemne. Z reguły ufam temu, bo wielokrotnie ten sennik mi się sprawdzał, ale tym razem nie miałam kataru i też czułam się wyjątkowo szczęśliwie pobudzona.

Na drugi dzień wspólnie z Pandą planowaliśmy jechać do Wrocławia. Panda dostał się na swój kierunek na Politechnikę i musiał złożyć dokumenty. Mieliśmy dobre humory, jechaliśmy spokojnie i powoli. Przejechaliśmy tak około 40 kilometrów, czyli byliśmy już na półmetku. Ruch na drodze był naprawdę spory, szczególnie na drugim pasie.

Nagle na drodze zauważyliśmy czerwone auto. I wszystko było by dobrze, gdyby nie fakt, że te auto jechało naszym pasem i w naszą stronę. Panda szybko zareagował i zaczął gwałtownie hamować, natomiast pan z naprzeciwka w pierwszej chwili mocno przyśpieszał i próbował „przecisnąć się” między nami, a samochodami (bo wymijał więcej niż jedno auto - na podwójnej ciągłej) które wyprzedzał. W ostatniej chwili jednak się zreflektował i też zaczął szybko zwalniać. Był moment, w którym przeleciała mi myśl: „może zdążymy się zatrzymać i jedynie pocałujemy się zderzakami?”. Nie zdążyliśmy. Jego światła odbijały się od naszej maski samochodu coraz silniej. W ostateczności oboje z Panda poczuliśmy uderzenie i wstrząs.

Pasy zacisnęły mi się na klatce, a z twarzy okulary bezwładnie spadły na kolana. W pierwszej sekundzie spojrzałam na Pandę. Na kierownicy znajdował się biały napompowany balon – poduszka powietrzna. Panda podniósł głowę, czyli ogólnie oceniając stan, wszystko było w porządku. Założyłam okulary i wysiadłam z samochodu z myślą: „czy mama się wkurzy, jak jej to opowiem po powrocie do domu”. W tym samym czasie świadkowie wypadku już stali przed autem i pytali czy wszystko w porządku. My w ciężkim szoku odpowiedzieliśmy, że tak. Jakiś pan tuż po naszej odpowiedzi podszedł do kokpitu samochodu i gorączkowo otwierał maskę. Potem złapał za jakieś kabelki i coś odłączył tłumacząc, że to dla bezpieczeństwa (bo coś tam ciekło spod auta). My byliśmy na tyle zdezorientowani, że nawet to świadkowie zadzwonili po pomoc.

Na miejsce przyjechały wszystkie służby ratownicze. Pan, który spowodował wypadek przyznał się do winy, bardzo przepraszał za wszystko i wielokrotnie pytał czy nic nam nie jest. Jedyne co nas bolało to skasowane auto i pełen w nim bak. Mój siniak, zdarte kolano i boląca ręka Pandy były mniej ważne. 

Może jestem przesądna, ale zębom ufam. Zawsze zwiastują mi coś złego, to nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz. Los zna nasze przeznaczenie. Są rzeczy, których nie powstrzymamy. Zapewne gdyby Pan się tak nie śpieszył, Panda nie stracił by auta. Z innej strony mieliśmy wyjechać wcześniej i mogliśmy wybrać inną drogę. Rozważań: „co by było gdyby...” było wiele. Na szczęście ostatecznie nic nikomu się nie stało - ani nam, ani drugiemu kierowcy. Sytuacja jednak od nas w ogóle nie była zależna i nie mogliśmy nic zrobić. Czasem tak bywa. Życie jest sinusoidą. Karma wróci, więc kolejne wydarzenie będzie naprawę szczęśliwe.

Z dnia: 17.07.2017r. 

3 lipca 2017

"I'm home"


Rok produkcji: 2015; Liczba odcinków: 10; Gatunek: tajemnica, obyczajowa

A gdybyś Twoja ukochana nosiłaby maskę. Jej wyraz twarzy nie miałby żadnych emocji. Nie wiesz czy jest zła, smutna czy szczęśliwa. Nie wiesz o niej nic, nie wiesz nic o samym sobie. Twoje życie stało się zagadką. Może 10 kluczy w Twojej kieszeni pomoże Ci rozwikłać tajemnice? Które drzwi otworzysz? Czy jeden z kluczy otworzy serce Twojej małżonki?

Ieji Hisahi (Kimura Takuya) o niefortunnym czasie wraca z pracy do domu, uczestniczy w wypadku. Wiele ciężkich miesięcy poświęca na rehabilitację. W końcu udało mu się w pełni odzyskać sprawność fizyczną, ale uraz głowy jaki doznał, był zbyt mocny. Ieji nie pamięta swoich ostatnich lat życia. Czy przypomni sobie kim jest i jaka role pełni zarówno w życiu publicznym, jak i rodzinnym? 

Rzadko oglądam produkcje japońskie. Do tej skłoniła mnie głównie okładka. Była dla mnie kontrowersyjna – mężczyzna z rodziną, przy czym jego żona i dziecko mają na twarzach maski. 

Całą sytuację głównego bohatera tłumaczy krótki prolog opisujący zdarzenie wypadku. Nie wiemy kim jest bohater, gdzie pracuje, z kim żyje. Wkrótce potem dowiadujemy się o jego problemach z pamięcią i akcja z biegiem czasu zaczyna się rozwijać. Każdy epizod określony jest numerem klucza, który otwiera bohaterowi drzwi do jego, jak się okazuje, tajemniczego życia. Hisahi bardzo powoli poznaje siebie i ludzi wokół siebie. Jest nieufny, skryty, ale bardzo ciekawski i chętny by dowiedzieć się coraz to więcej o sobie. Czy ostatecznie mu się to uda? 

Co ciekawe życie Iejiego obserwujemy głównie z jego perspektywy. Poznajemy jego przemyślenia i często patrzymy na świat „jego oczami”. Postacie poboczne są nieodkryte i tajemnicze. Odbiorca otrzymuje bardzo mało informacji nawet o bliskich Hisahiego. Megumi - żona głównego bohatera (Ueto Aya,) wcale nie pomaga odnaleźć się mu w obecnej sytuacji. Jest bierna, udaje zrozumienie wobec męża, a wewnętrznie czuje ból i złość. Wzbudza mieszane uczucia u odbiorcy. 

Produkcję ogląda się niezwykle lekko i przyjemnie. Każdy z odcinków ładnie dawkuje nam wiedzę o głównym bohaterze i oczywiście żeby wzbudzić w nas ciekawość odcinki w znacznym stopniu zakańczają się punktem kulminacyjnym, aby w kolejnym nastąpiło rozwiązanie akcji. Bardzo lubię takie schematy, sprawiają że z większa chęcią ogląda się dramę od początku do końca.


Główna postać była dla mnie troszkę irytująca. Nie wiem czy to kwestia mentalności Japończyków i ich skrytości wobec innych, ale Ieji denerwował mnie swoja nieufnością wobec osób mu bliskich. Mało pytał o swoja przeszłość rodziny, a wypytywał o nią osoby mu zupełnie obce. Z innej strony postawa ludzi wobec Hisahuego była dziwna, jakby wymagali od osoby z amnezją doskonałej pamięci i dziwili się, czemu zapomina o tak wielu rzeczach. 

Nie poleciłabym „I’m home” każdemu. Jest to drama japońska, dla mnie dramy japońskie wciąż wypadają najsłabiej względem innych azjatyckich produkcji. Pomimo że akcja jest bardzo zwarta, ciekawa i tajemnicza, bark jej dynamiki, bo schematy akcji powtarzają się bardzo regularnie. Nie możliwe byłoby dla mnie obejrzenie większej ilości odcinków niż 2 dziennie (a bywało, że połykałam całą serię dramy XYZ, składającej się z 20 odcinków, wciągu dwóch-trzech dni). Co więcej kadry według mnie męczą oczy. Nie mają zbyt wiele kontrastów, są szare, ponure i nudzą. 

Podsumowując: mimo że fabula jest naprawdę dobra, produkcja wiele traci na nużącym przekazie. Postacie są tajemnicze i nie do końca odkryte aż do samego końca serialu, co powoduje, że mogą irytować tym odbiorcę – dla mnie był to minus. Moja ocena: 
6/10

Coś z życia Aiko
Czuję się trochę przyparta do ściany. Maturę zdałam, bo jak to mówią, głupi ma szczęście, ale czy głupi dostanie się na studia? Właściwie rekrutuję na Uniwersytety Wrocławski tylko dlatego, że rodzina i bliscy mi każą. Nie mam natomiast żadnego planu: co jeśli się nie dostanę. 
Nie jestem pewna czy mam jakikolwiek cień szansy się dostać z tak żałosnymi wynikami... zobaczymy co przyniesie kolejny tydzień. Ja ne.

Z dnia: 03.07.2017r.

17 czerwca 2017

Naturalne farbowanie włosów: henna

Bardzo długo zastanawiałam się nad farbowaniem włosów henną. Widziałam w tym więcej negatywów niż pozytywów. Wydawało mi się, że przygotowywanie, nakładanie, siedzenie kilka godzin z turbanem na głowie nie jest warte efektu, a ten utrzyma się maksymalnie do dwóch tygodni. 
Jeszcze gorsze od tego było dla mnie zawiedzenie się na tych wszystkich farbach z sieciówek, ale też i u fryzjera. Czego wynikiem było sięgnięcie po mało popularne metody koloryzacji, jak farbowanie cebulą (LINK TUTAJ). Sposób ten był dla mnie wybitnie korzystny, ale tylko do momentu, w którym nie zaczęły się pokazywać ciemne odrosty. Jestem naturalną brunetką, tak więc płukanie brązowych – prawie czarnych włosów rudym odcieniem wody z ekstraktem z cebuli straciło sens.
W tym momencie sięgnęłam po hennę. Obaliłam fakty i mity, które mnie męczyły i zakochałam się. Od około 9 miesięcy farbuję włosy henną i jestem z tej decyzji bardzo zadowolona. Ma ona jednak swoje wady i zalety. 


Czym jest henna? 
Henna jest barwnikiem pozyskiwanym z rośliny Lawsonii Inermis, która występuje na obszarach tropikalnych, bogata m.in. w wapń, magnez potas czy żelazo. Naturalny kolor henny to barwa czerwono-pomarańczowa, czyli ruda. Henny innych kolorów są pozyskiwane dzięki dodaniu innych ziół o odpowiednim zabarwieniu (np. po dodaniu Indygo do naturalnej henny powstają różne odcienie brązu). 


Czy henna to trwały produkt?
Zdecydowanie tak. Jednakże trzeba pamiętać, że przy początkowej aplikacji, kolor może się dość szybko wypłukiwać. Pierwszym etapem działania produktu jest osadzanie się na włosach, ale po czasie wnika on w strukturę i jest bardzo trwały. Działanie te jest w dużej mierze indywidualne. Moje osobiste doświadczenie było takie, że już po pierwszej koloryzacji kolor utrzymywał się długotrwale zupełnie (a nawet lepiej) jak farba. Aczkolwiek wiele zależy od produktu. Ja szczególnie rekomenduję firmę Khadi, rezultaty są zadowalające.


Minusy koloryzacji henną
1. Jednym z największych minusów są oszustwa producentów. W świadomości ludzi utrwaliło się, że henna to po porostu mieszanka ziół, co jest błędnym przekonaniem. Warto zapoznawać się ze składem (głównie poszukujmy barwnika lawsonu, a potem kolejnych innych, które koloryzują i odżywiają nasze włosy). 
2. Henna początkowo daje wrażenie przesuszonych włosów. Jest to efekt nie do końca spłukanej mieszanki, aby tego uniknąć spłukujemy włosy, aż pojawi się całkowicie czysta woda. 
3. Mogą wystąpić powikłania uczuleniowe.
4. Rzeczywisty kolor uzyskujemy po 2-3 dniach (henna wówczas ciemnieje).

Plusy koloryzacji henną
1. Największym plusem jest oczywiście fakt, że henna to 100% naturalnych składników koloryzujących, co w następstwie nie niszczy nam włosów, tylko je odżywia. Henna powinna powodować pogrubienie i odbudowanie włosów, a także nadać im połysk. 
2. Henna wbrew pozorom to trwały produkt.
3. Uzyskanie naturalnego koloru włosów.
4. Dzięki mieszance henny z innymi ziołami możemy uzyskać różne barwy: brąz, miedź, czerń. 


Opinia Aiko: 
Musicie wiedzieć, że barwa, jaką otrzymujemy zależy w dużej mierze od naszego wyjściowego koloru włosów. W związku z tym, żeby utrzymać rudy, a nie kasztanowy kolor (który się tworzy po farbowaniu brązowych włosów czerwona henną), co około 2 miesiące farbuję odrosty zwykłą farbą chemiczną, aby wyrównać kolor i wciąż mieć rudą czuprynę.
Dla mnie największym plusem henny jest fakt, że barwnik, który wniknął w strukturę utrzymuje się na włosach znacznie dłużej i nie matowieje, jak ten ze zwykłych farb (które zwykle wypłukują się po 2 tygodniach i zero z nich pożytku). 
Ostatecznie przekonałam się do naturalnej koloryzacji. Uważam, że moje włosy są ładniejsze, bardziej odżywione, nie przesuszają się, a ponadto są bardziej podatne na stylizacje.



Farbujecie włosy czy stawiacie na naturalność?
Preferujecie farbowanie u fryzjera, farbami z półek sklepowych czy henną?

P.s. Aiko-chan ścięła włosy do ramion i została okularnicą. Do następnego, Ja ne!

Z dnia: 17.06.2017r.

27 kwietnia 2017

Zapowiedź jutra

Minęło wiele czasu odkąd napisałam ostatniego posta. Choć wiele razy chciałam to zrobić za każdym razem uświadamiałam sobie, że to nie ma sensu. Czemu? Zapewne wielu z Was pisze, pisało lub będzie pisać maturę. Jestem tegoroczną maturzystką, obrałam sobie bardzo ciężki do zrealizowania cel – zdać maturę. Nie to stanowi problem. Zdać maturę to pikuś, ale napisać ją na takim poziomie, by dostać się na wymarzone studia, to dopiero wyzwanie! Ilekroć do tej pory byłam pewna swego, miałam siłę mówić głośno i otwarcie, że dam radę, teraz wydaje mi się, że jestem daleka od osiągnięcia celu.

Scenariusz wbrew pozorom jest prosty:
1. Napiszę maturę na dobrym poziomie, dostane się na swój wymarzony kierunek, zamieszkam z ukochanym w dużym mieście, podejmę się pracy, będę żyć szczęśliwie realizując swoje marzenia.
2. Nie zdam matury lub nie dostanę się na ubiegany kierunek, do końca września zostaję w Polsce, potem zamienię się w kota i podorzę którąkolwiek ścieżką w świat – to całkiem kusząca opcja. 
Zbyt późno stanęłam w miejscu i zauważyłam, że wiele zależy od tego momentu. Czuję się w rozsypce. Wiem, że mam jakiś plan, ale nie na tyle stabilny by się go trzymać, czas nie stanie w miejscu, a ja nie nadrobię zaległości w mgnieniu oka.

Co było, jak mnie nie było? Pracowałam. Planowałam początkowo rzucić pracę w styczniu, potem w lutym i marcu. Ostatecznie pracuję do czerwca. Ba! Robię nawet na dwa etaty. Drugą pracę zakańczam w połowie sierpnia. Dodatkowo (do dziś) miałam szkołę. W międzyczasie powinnam się uczyć… spędzić trochę czasu z chłopakiem czy przyjaciółmi. A gdzie tu czas na: blogowanie, muzykę rysunek, dramy, kulturę japońską…? 

Po zakończeniu matur marzy mi się odpoczynek. Ciepłe słońce, szum wody i ciekawa książka. Potem trochę spontaniczności – może jakiś wyjazd? Co prawa wakacje mam już zaplanowane. Główny cel to Portugalia, Hiszpania, Francja. Ale pragnę trochę adrenaliny, chciałabym przeżyć przygodę i pojechać byle gdzie, byle czym! Może autostop? 
Tak bardzo mam dość rutyny i tak nie wiele jej już zostało. Za miesiąc będzie już po wszystkim. Po maturach. Po stresie.

W zamian za tą błogą cisze na blogu, zapowiadam Wam, już niedługo stanie się tu hałas. Mam wiele planów i chcę je realizować! Chcę się nimi dzielić. 


Ogólnie rzecz biorąc zrealizowałam na razie dwa z wielu tegorocznych celów. Pierwszy z nich macie powyżej. Wreszcie silny i cwany lis pojawił się na mojej ręce. Wzór został przeze mnie zaprojektowany, a wykonany przez cudowną artystkę: MISHA Tattoo. (zdjęcie zdecydowanie nie odzwierciedla pracy :( ale jest to wierna kopia projektu).
Drugi cel to zdany egzamin zawodowy. Oficjalnie jestem Technikiem Organizacji Reklamy. Tym pozytywnym akcentem zakończę. Ja ne. :)
p.s.
Czekajcie na mnie cierpliwie, wrócę już niebawem, a tymczasem zapraszam na Twittera i Snapchata, tam jesteście ze mną na bieżąco! :) 
Z dnia: 28.04.2017r.

27 stycznia 2017

Around the world: Hungary, Budapest

Miasto połączone z niegdyś dwóch innych miast - Budy i Pesztu, obecnie jedna z największych metropolii europejskich. Bogate w dzieje historyczne, kulturowe i naukowe. Posiadające niesamowite walory uzdrowiskowe i sprzyjające turystom w każdej porze roku. Welcome in Hungary!
Widok z Góry Gellerta na zarówno pałac jak i parlament w Budapeszcie.
Jakieś 7 lat temu ostatni raz byłam na Węgrzech. Pamiętam, że wówczas było bardzo gorąco, nabawiłam się anginy oraz niefortunnie złamałam palca u nogi na dmuchanej ślizgawce podczas jakiegoś festynu. Wróciłam tu po kilku latach z lekkim niedosytem, bo podczas wcześniejszego pobytu, mimo że mieszkałam niedaleko Budapesztu nie udało mi się go zwiedzić. 
Dziś kolejna podróżnicza notka o zupełnie innym charakterze i nową propozycją dla tych, którzy boją się zwiedzać na własną rękę. 

Pierwszy raz postanowiłam wykupić wycieczkę z biura podróży. Moim celem stał się Budapeszt, a za zachętę stanowił Jarmark Bożonarodzeniowy i przede wszystkim Termy. Ostatecznie postanowiłam przez biuro podróży Traveliada zarezerwować wyjazd, gdzie moim bezpośrednim usługodawcą było Centrum Turystyczne Oskar. Formalności nie było zbyt wiele, to wielkie udogodnienie względem planowania samodzielnego wyjazdu, aczkolwiek ja lubię się angażować i wiedzieć o wszystkim, a jak się okazało konsultanci Traveliady dopiero tuż przed wyjazdem udzielili nam potrzebnych informacji  (np. dokładna godzina i miejsce wyjazdu). Z racji tego spodziewałam się już najgorszego, nie lubię braku komunikacji między klientem a usługodawcą. Tak naprawdę dopiero dwa dni przed wyjazdem dowiedzieliśmy się, że naszym przewoźnikiem będzie własnie Oskar. Centrum Turystyczne okazało się naprawdę dobrą alternatywą dla tych, którzy nie chcą podróżować sami oraz boją się także latać samolotami. Oskar dysponuje nowoczesnymi autokarami z ponad przeciętnymi standardami  (opis tutaj), ale również miłą, wykwalifikowaną i rzeczową obsługą.
Podsumowując sprawy organizacyjne począwszy do działań Traveliady - zadowolenie 4/10 - po Oskara - zadowolenie 8/10.
Wnętrze autokaru.
Przejdźmy teraz do spraw ważniejszych, a więc zwiedzania!

Przechadzając się po Budapeszcie ciągle porównywałam go do Londynu. Oba miasta są dla mnie niezwykle podobne, oczywiście nie historycznie czy kulturowo, ale wizualnie. Oba znajdują się nad rzekami - Budapeszt nad Dunajem, Londyn nad Tamizą. Wbrew pozorom oba mają podobne zabytki - Parlament w Budapeszcie i Pałac Westminsterski choć reprezentują zupełnie inne lata budownicze, to oba są przykładem stylu neogotyckiego w architekturze. Mimo wielu podobieństw widoczne są też różnice. Budapeszt nie znajduje się na zupełnie płaskiej powierzchni, co dodaje mu wiele uroku.

Podróż autokarem stała się o tyle wygodna, że w zatłoczonym przez turystów mieście nie musieliśmy martwić się o parkingi (ich koszty) i względnie szybko mogliśmy się przemieszczać z miejsca A do B. Pierwszym i najważniejszym punktem wycieczki była Góra i Statua Gellerta. Dlaczego? Ponieważ własnie stamtąd możemy zobaczyć całą panoramę miasta i łatwo zlokalizować najważniejsze zabytki Budapesztu. Mówi się że niegdyś na górze harcowały czarownice z diabłami, ale by zapobiec rozprzestrzenianiu się pogańskich wierzeń Książę Vata postanowił pojmać biskupa Gellerta i beczę nabitą gwoździami (oraz biskupem) zrzucić z góry. W taki oto sposób pragnął propagować chrześcijanizm na ziemiach węgierskich.

Prostota i bark jakichkolwiek oznak przepychu oraz władzy. Obok Pałacu Prezydenckiego przeszłabym obojętnie i bez jakiegokolwiek zainteresowania, gdyby nie wiedziała, że znajduje się niedaleko Zamku Królewskiego. Wokoło znajduje się kilka reprezentacyjnych strażników i nic więcej. Jednak tuż obok skromnego budownictwa triumfuje Zamek Królewski, który charakteryzuje się pięknymi barokowymi zdobieniami, licznymi pomnikami i fontannami wokół, niewątpliwie zapisany na listę dziedzictwa UNESCO
Przed Pałacem Prezydenckim podczas zmiany warty.
Widok na Zamek Królewski znad Dunaju.
Baszta Rybacka to dość charakterystyczna budowla znajdująca się nieopodal Zamku budańskiego. Jej nazwa pochodzi od rybaków, którzy w średniowieczu bronili tamtej części murów. 




Po pierwszym zdjęciu Pewnie mało kto poznał, ale po drugim rozpoznać powinni już wszyscy. Oto budynek Parlamentu w Budapeszcie, a więc ikona piękna i bogactwa w stolicy Węgier. Jest jednym z największych gmachów parlamentów na świecie, jak już wspominałam na wstępnie budowany w neogotyckim stylu. Ciekawostką może być, iż podczas budowy zużyto 40 kilogramów złota oraz pół miliona kamieni szlachetnych, ozdabiają owy cud architektury. Fasada budynku jest skierowana do Dunaju, dlatego najbardziej zjawiskowo Parlament wygląda w nocy podczas rejsu po rzecze.


Największym kościołem w stolicy i trzecim co do wielkości budynkiem na Węgrzech jest Bazylika św. Stefana, która była poświęcona pierwszemu królowi Węgier - Stefanowi I. Charakterystyczne dla bazyliki są dwie wieże między którymi widnieje ogromna 96-metrowa kopuła z mozaiką Boga Ojca. Wnętrze jak zwykle bogate, przepchane złotymi elementami i rzeźbami Świętych.


Tak wyglądają termy z góry. Źródło: grafika.google
Kulminacyjnym punktem wycieczki były termy Széchenyi. Po dwóch dniach gonitwy wreszcie mogliśmy zanurzyć się w wodzie i zrelaksować. Kąpielisko jest jednym z największych kompleksów w Europie i liczy aż 21 basenów (sumując zewnętrzne i wewnętrzne). Co ciekawe nie ma podziałów na męskie i damskie oddziały (z wyjątkiem szatni i toalet oczywiście). Wody termalne są dobre dla naszego zdrowia, a co najważniejsze, możemy się w nich pluskać niezależnie od pory roku - My byliśmy tam w zimie.



Jadąc do Budapesztu chciałam bardzo zobaczyć Jarmark Bożonarodzeniowy, wypić grzańca i kupić ciepły szalik. W rezultacie przelecieliśmy przez Jarmark chłepcząc wino i pożerając placek węgierski. W między czasie chwilę popatrzeliśmy na ładne światełka i szopkę, gdzie odbywały się występy. Na nic więcej nie było czasu, bo gonił nas przewodnik. Grafik był napięty, ale przydało by się trochę wytchnienia podczas takiego wyjazdu. Warto nieraz się zatrzymać w tłumie i po prostu stać dla spełnienia własnej idei, na wycieczkach zorganizowanych jest to nie możliwe.

Co z cenami Podróży? Taka wykupiona wycieczka dla dwóch osób to koszt tysiąca złotych w tym jest już wliczona cena: noclegu ze śniadaniem(20 euro/os), rejsu po Dunaju (20 euro/os), termy (około 80 zł) reszta to kasa dla przewoźnika. Podsumowując: Czy się opłaca? Dla mnie stanowczo NIE. Nie dość, że byłam niezadowolona z naszego "maratonu" to na dodatek zapłaciłam drożej niż bym oczekiwała. Samodzielnie zaplanowana podróż byłaby tańsza, ale czy bardziej komfortowa? (komunikacja miejsca vs samochód i parkingi).
Generalnie Węgry to dla nas bardzo tani kraj, ale manewrując ich nominałami można się ostro zagubić i ostatecznie w przeliczaniu "czegoś na nasze" podczas jarmarku może TAM wyjść drożej (ceny dla tych co przyjeżdżają i dla swoich). W wielu miejscach można płacić w euro, lecz ta opcja dla sknerów będzie bardzo bolesna, z kolei przyjemniejsza w liczeniu dla obcokrajowca. Jednak nie ulega wątpliwości, że opłaca nam się tam kupować rozsądnie.

Opinia Aiko: Wydaje mi się, że zbyt wiele oczekiwałam od Budapesztu albo zwyczajnie nie nadaje się do korzystania z wycieczek zorganizowanych. Bardzo przeszkadzało mi, że musiałam się podporządkowywać całej grupie, oprócz tego tak naprawdę nie mogłam zobaczyć tego co chciałam. Inną sprawą jest fakt, że stolica Węgier nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Na dobrą sprawę mamy 5 zabytków wartych zobaczenia. Wielkim plusem są termy i prawdopodobnie (bo nie zaliczam tego jakobym była...) w czasie przedświątecznym Jarmark.
O mentalności ludzi niewiele mogę tym razem powiedzieć, natomiast pamiętam, że podczas poprzedniej podróży do Węgier bardzo miło wspominałam poznanych rówieśników i opiekunów (była to kolonia) tak więc nadal przystanę, iż są to mili i ciepło nastawieni ludzie dla nas.
Czy pojadę tam jeszcze raz? Nie sądzę, wycieczka mnie trochę zniesmaczyła, a przed oczyma wciąż miałam obraz Londynu, który sto razy lepiej wygląda na tle Budapesztu, mimo podobieństw.

Z dnia: 27.01.2017

24 grudnia 2016

Merii Kurisumasu!



Witam serdecznie wszystkich aikowych czytelników, dziś chciałabym Wam życzyć wszystkiego  co najlepsze, wiele ciepła rodzinnego, miłości i radości, abyście wierzyli, że marzenia można spełnić i aby na samej wierze się nie skończyło. Róbcie to na co macie ochotę. Życie tak jak chcecie. Bądźcie szczerzy sami ze sobą i miejcie cel w życiu. Zmieniajcie się tylko na lepsze i dążcie do ideałów. 
Wesołych świąt od Aiko-chan!


Moja miejscowość od kilku tygodni jest pokryta śniegiem. Jest biało, mroźno i pięknie! Wyciągi działają, słoneczko świeci, to będą udane święta.


U mnie obecnie wiele się dzieje: praca, szkoła, nauka... chwila dla Pandy czy rodzinki. Mało mam czasu dla samej siebie, tym bardziej na pisanie notek. Niestety dodatkowo mój komputer jest w naprawie od miesiąca i pracuje na zastępczym (gracie). Mam już w edytorze trzy wpisy, niedługo znajdę czas na ich dokończenie i publikację. Bądźcie cierpliwi, to będą ciekawe posty! Do następnej!Ja ne. ;))
Z dnia: 24.12.2016