TOP koreańskie dramy 2014!

Najlepsze koreańskie dramy minionego roku. Podsumowanie Aiko.

Gdzie poznać japończyka?

Najlepszym sposobem jest internet. Naszego nowego azjatyckiego przyjaciela możemy ponać na...

Zielona herbata - Czy zdrowa?

Zielona herbata jest znana z wielu dobrych właściwości - wspomaga odchudzanie, oczyszcza organizm, ale czy też szkodzi?

Za co kochamy dramy?

Czyli dlaczego warto je oglądać.

Blondynka na Językach - Język japoński

Recenzja podręcznika do nauki języka japońskiego Beaty Pawlikowskiej

Jak komunikują się Azjaci?

LINE - jeden z najpopularniejszych komunikatorów azjatyckich, podobnie jak Skype, ma możliwość przeprowadzenia rozmowy głosowej czy też video rozmowy, a także standardowo rozmowy pisanej.

Krótko o dredach

W pigółce fakty i mity dotyczące dredów. Czym są dredy, jak się je robi, jak pielęgnuje. Co to są dredloki i czy każdy może nosić dredy?

Nama Chocolate

Nama choco to japońskie czekoladki walentynkowe, robione domowym sposobem i wręczane mężczyznom w dniu zakochanych.

Zrób swoją Pande!

Tutorial od Aiko, jak zrobić własną Pande brelok.

Przystanek Woodstock

Relacja z jednego największego festiwalu muzycznego. Niezapomniane chwile Aiko z pierwszego wypadu na Przystank Woodstock!

12 października 2016

[120] Around the World: England, London (cz.2)

Na zwiedzanie Londynu potrzeba minimum 7 dni. My byliśmy tam stanowczo za krótko, brakło nam czasu na wszystkie atrakcje, lecz to na moje szczęście. Będę mogła tam wrócić i nie pluć sobie w twarz, że wszystko widziałam, a chcę tam pojechać po raz drugi (motywuje mnie też fakt, że mieszka tam moja przyjaciółka).

Już jakiś czas temu zaopatrzyłam się w przewodnik „Londyn Step by Step” w cenie ok. 20zł. Jest to całkiem fajna opcja dla osób zwiedzających intensywnie. Przewodni zawiera mapkę metra oraz całego centrum Londynu. Oferuje 20 tras opracowanych przez miejskich przewodników, gdzie określony jest: czas zwiedzania, długość, proponowane restauracje (zarówna tanie jak i drogie) oraz szczegółowo opisuje obiekty turystyczne, przyczyn zaznacza, które są odpłatne bądź nie (ceny nie są podane). W oparciu o ten przewodnik sama wytyczyłam sobie trasy najbardziej mnie interesujące. W rezultacie zwiedziłam większość głównych atrakcji.

Musicie wiedzieć, że niektóre bilety warto zakupić wcześniej internetowo. Są dużo tańsze niżeli na miejscu. Tak postanowiliśmy zrobić z London Eye (okiem Londynu). Zamówiliśmy bilet łączony wraz z rejsem po Tamizie, co kosztowało nas około 60 funtów na dwie osoby. Rejs po Tamizie trwał około 45 min, przewodnik przezabawnie opowiadał historie różnych budowli, mostów... uważny słuchacz na pewno nie będzie się nudził. To bardzo dobra propozycja dla turystów, można podziwiać Londyn zarówno z góry jak i z dołu. Bilety łączone dotyczą też innych atrakcji, np. London Eye i Aquarium, czy London Eye i the London Dungeron. Szczegóły znajdziecie TUTAJ
Widok z London Eye na Big Bena
Widok na London Eye 
Będąc w okolicy London Eye (a więc samiutkim centrum miasta) możemy sobie zrobić zdjęcie z Big Benem. Musicie pamiętać, że Big Ben to nazwa dzwonu / wieży zegarowej, która należy do Pałacu Westministerskiego. Zaś niedaleko znajduje się wspaniała restauracja, gdzie warto kupić smakowite Fish and Chips - w St Stephen's Tavern. Jako, że jestem dość wybredną osobą, to wolała tą klasyczną Londyńską potrawę zjeść w dobrej restauracji, a nie w "szybkim żarciu". Bazując na własnym doświadczeniu nie polecam (raz trafiłam na wyjątkowo niedobre danie - o raz za dużo).
Podczas naszego pobytu Westministerstwo było remontowane.
W drodze do Tower of London, czyli: Bus nr 15, ściana z mapkami i klasyczna czerwona budka telefoniczna (cuchną niesamowicie, nie wchodźcie do środka!)
Tower of London znajduje się w dzielnicy The City. Aby się tam dostać najlepiej dojść do centrum i pojechać linią nr 15. Ciekawostką jest, że ta linia posiada stare czerwone autobusy. Nie widziałam takich w innych liniach, więc widok takowego był dla mnie niemałą atrakcją. Do The City nie idźcie pieszo, choć na mapie wydaje się niedaleko w rzeczywistości jest to około 1,5-2h drogi. Tower of London to Pałac i Twierdza dawnych monarchów angielskich, ale także jak mówi historia  -więzieniem. Została wzniesiona blisko tysiąc lat temu, a swych władców gościła do 17 wieku. Miejsce te jest naprawdę okazałe. Na zwiedzanie trzeba sobie zostawić cały dzień i nieco miejsca w głowie, bo dawka wiedzy historycznej jest tam spora. W twierdzy zobaczymy kilka pięter przechowywanych zbroi, broni, ale również cudowne insygnia królewskie jak choćby nieziemsko zdobione berła, korony czy pierścienie. 
Tak własnie wygląda Twierdza, zdjęcie robione podczas rejsu na Tamizie.
Mówiłam, że mam dar do rozmowy z ptakami? I nie tylko z własnym Papugiem ale również z innymi. Jak widzę jakiegoś pierzastego dwunoga, od razu z nimi konwersuje (ćwierkam i gwiżdżę) te zaś mi odpowiadają. W Tower of London były dwa piękne czarne kruki. Były zaobrączkowane, tak więc wychodzę z założenia, że to swojskie ptaszyska.
Na zdjęciu Aiko idąca na "rozmowę"
Kolejną ciekawą atrakcją i jakże znaną nam wszystkim jest Tower Bridge. Wiele Londyńczyków upomina przyjezdnych, bo ci mylą nazwy z London Bridge (który jest nieco wcześniej). Nam też się one myliły, dlatego jednym ze sposobów, by się nie pomylić, jest powiązanie tego mostu z nazwą Tower of London, bo przecież jest w jej pobliżu i został zbudowany jako element należący i współgrający z twierdzą. Most na środku otwiera się gdy płynął po Tamizie wielkie żaglowce (z tego co zrozumiałam przewodnika, mechanizm otwiera się dwa razy dziennie).
Tower Bridge.
Ponownie wracając do centrum Londynu czas na Pałac Buckingham i na Jej Wysoką Mość. Oczywiście Królowej nie mogliśmy zobaczyć. Wejść do Pałacu także nie chcieliśmy, bo zarówno jak i czas zwiedzania i cena były dla nas na chwilę obecną za wysokie (ok. 35 funtów). Aczkolwiek wybraliśmy się na zmianę wart. Uroczystość ta rozpoczęła się o 11:15 (gdzie wszędzie pisało, że powinna się zacząć o 11:30, nie wiem czemu tak było) i byliśmy na niej około 30 minut, ale nie zostaliśmy do końca, bo pogoda za dobrze nas obdarzyła - okropny skwar i jakieś 30 stopni.


Uciekając już z centrum miasta opisze to, co ujęło mnie totalnie w Londynie i jestem ich ogromną fantą. Mianowicie parki, zieleń, skwerki są to miejsca, które kocham. Pisałam o tym w poprzedniej notce, zazdroszczę Londyńczykom, ale będę bardziej rzeczowa i opowiem Wam krótko o dwóch wartych uwagi "spacerniakach".
Hyde Park sąsiaduje z Green Parkiem, co oznacza niedaleką lokalizacje od Buckinham i kompletną igraszką z naturą. Dla mnie osobiście największą atrakcją w Hyde Parku była woda. Można było pływać po jeziorku na rowerach wodnych, kąpać się w oddzielonej części, ale również moczyć po prostu nogi w Pomniku Księżnej Diany. Poza tym karmić kaczki i łabędzie z ręki. Dla mnie istny raj. Na zwiedzanie tego obiektu trzeba poświęcić sporo czasu, gdyż licz on sobie około 140ha. Miejsce te to nie tylko trawa i woda, ale również pomniki, gdzie mnie szczególnie zachwycił Albert Memorial. Jest też pomnik Piotrusia Pana. 
1. Pomnik Alberta
2.Sielankowa zieleń w Hyde Parku
Pomnik lub inaczej nazywana Fontanna Księżnej Diany, a więc kamienne zaokrąglone koryto ze strumieniem chłodnej wody. Jest to miejsce głównie zabaw rodzinnych. Przychodzi tu masę dzieci i  moczy swe nogi w fontannie. 
Na końcu jeziora The Long Water z kolei znajdują się Włoskie Ogrody. Piękne, zaś cuchnące i zaniedbane. Liczą około 150 lat, składają się z  czterech basenów przedzielonych marmurowym chodnikiem, a wokoło otaczają je liczne białe kamienne posągi.
Dla nas miejscem krótkich spacerów był natomiast inny z królewskich Parków - Regent's Park, niedaleko którego mieliśmy hotel. Ten deptak z kolei zachwycał mnie swoją 'fauną'. Braliśmy w kieszenie masę orzechów i biegliśmy dokarmiać rude kity. Zaś nie tylko wiewiórki tam były.  Na końcu parku znajdowało się londyńskie zoo, którego nie mogliśmy sobie odpuścić.
W zoo znajduje się blisko 700 gatunków zwierząt w tym około 100 mających status zagrożonych. Jest to jeden z trzech najstarszych ogrodów świata i choć pozornie wydaje się być niewielki i kameralny, czas zwiedzania to dobre pół dnia. Zoo podzielono na różne sekcje m.in.: królestwo goryli, dział Afryki, akwarium, pawilon ze zwierzętami nocnymi czy lasu deszczowego. Co ciekawe w wielu miejscach, w jakich się przechadzamy zwierzęta nie są zamknięte w osobnych klatkach, ale na wolności np. lemury albo leniwce. 
A teraz czas na jednego z bohaterów Zoo, Hipcio którego hobby jest malarstwo. Odkryto jego wielki talent i dano mu kawałek materiału, wkrótce okazało się, że stworzył swój autoportret, rozcierając swoją kupę ogonem. (to historia prawdziwa!) 

Wartymi uwagi miejscami są także liczne muzea, jak chociażby Narodowe czy Brytyjskie, gdzie powinny zachwycić swych odbiorców odpowiednimi wystawami. Ja osobiście wybrałam się do Brytyjskiego Muzeum na pewien występ o czym napisze w kolejnej notce, bo jest to powiązanie z tematyką azjatycką. :)

Co z cenami podróży? Opisywałam w części 1 jak cenowo wyglądała nasza podróż i moje wnioski są proste: ci co chcą spędzić wakacje "na bogato" dostaną to czego chcą, jednak dla tych oszczędnych znajdzie się również dobra alternatywa. Osobiście staram się nie oszczędzać na podróżach w innych krajach, chcę zwiedzać jak najwięcej, choć oczywiście także rezygnuje z rzeczy, które mi nie odpowiadają cenowo (tu za przykład posłuży mi Buckingham). Warto wiedzieć, że w Londynie obowiązuje przy kupowaniu biletów taki "dodatek" pieniężny na dany obiekt. Czyli np. jeśli bilet kosztuje 30 funtów pan/i może nas zapytać czy chcemy także dopłacić ze 3 funty "na coś tam" (nie pamiętam jak to się fachowo nazywało! Jak sobie przypomnę to uzupełnię, chyba że Wy wiecie?) i jeśli chcemy możemy to zapłacić, jeśli nie to odmawiamy. 

Opinia Aiko: Jak już wspominałam, jestem Londynem zauroczona. Myślę, że na pewno tam jeszcze wrócę, może na kolejną planowaną przygodę albo spontanicznie. Choć wielu mówi, że Londyn to nie cała Anglia, bo różni się zupełnie od pozostałych miast Wielkiej Brytanii, to mimo wszystko moje wyidealizowane wyobrażenie przetrwało i pewnie nie zniknie dopóki, ktoś go nie zniszczy. Chcę zapamiętać te miasto jako piękno architektoniczne, cudownie pomocnych ludzi i bogatą tradycję. 

CZĘŚĆ 1 WPISU O LONDYNIE

Trochę selfiaków z Londynu na koniec.
1. Hyde Park - zdjęcie robione przez pewną panią, która zostawiła gdzieś daleko wózek z dzieckiem, przyszła do nas i koniecznie chciała by na zdjęciu widać było London Eye, ale niestety - nie wyszło.
2. Podróże autobusami w Londynie są długie, męczące i nużące... Więc Aiko poudawała grubaska.
3. Pierwszy dzień w Londynie, pełni energii i chęci na nowości.
Coś z życia Aiko

Notka powstała późno, bo cały wrzesień miałam przesadnie zajęty. Szukałam pracy (znalazłam -  pracuję w KinderPlanecie), walczyłam w OKE o to by przyznano mi większą ilość punktów z egzaminu zawodowego. Kiedy zobaczyłam swój wynik o mało się nie poryczałam, brakło mi zaledwie 3%. Egzaminy zawodowe (informacja dla osób ich niezdających) mają zupełnie inne kryteria niż matura. Aby zdać teorię trzeba mieć co najmniej 50%, z kolei aby zdać praktykę aż 75% -  ja z praktyki miałam 72%. Jeżeli kryterium oceniania mówi, że masz zrobić zadanie X, to nie możesz go zrobić połowicznie, mimo np. 2/4 pkt jest ono po prostu niezaliczone. U nas w szkole moją kwalifikację zdały 3 osoby. Odwoływałam się ja, wraz z koleżanką. Na szczęście mi przyznano dodatkowo 4% i z trzech, zrobiła się czwórka szkolnych "geniuszów". :) 
Teraz muszę przygotowywać się do kolejnego egzaminu, który mam w styczniu, a potem zajmę się maturą. Ja ne! (W końcu wszystko zaczyna się układać.)

P.s. Miałam taki śliczny rudy kolor włosów. Chciałam dofarbować odrosty. Jak wskazywała etykieta na farbie kolor był zbliżony do mojego. Zafarbowałam. Wyszła purpura! Borykam się teraz z wypłukiwaniem farby, Zmyłam ją do koloru kasztanowego domowymi sposobami. Teraz czas na coś radykalnego. Trzymajcie kciuki za mój rudy!




Z dnia: 12.10.2016

22 września 2016

[119] Around the World: England, London (cz.1)

Miasto moich marzeń. Zatłoczone ulice ludźmi pędzącymi w cztery strony świata. Wieczne korki i trąbienia klaksonów samochodowych. Sielankowe parki – dla mnie po prostu oaza spokoju, a także dobra kultury: zabytki, zachowania i tradycje. To wszystko jest dla mnie definicją cudownego miasta jakim jest Londyn. Welcome to England
Widok na Londyn z góry (Moja Panda fotografem <3)
Londyn był moim tegorocznym celem podróży. Całe wakacje ciężko pracowałam, aby móc w ciągu zaledwie sześciu dni wydać te pieniądze „ot tak”. Choć dostępnych środków miałam wiele, za budżet obrałam sobie kwotę 3 tysięcy złotych (za lot, na hotel, zwiedzanie, wyżywienie oraz komunikacje miejską). Wydaje się to być abstrakcyjne, ale z lekkim przymrużeniem oka udało mi się zmieścić w budżecie. Z racji, że to był mój pierwszy taki wypad wyłącznie z Pandą, sumiennie obliczyłam wszystkie koszta oraz przygotowałam trasę zwiedzania.
To był mój pierwszy lot od 10 lat. Ostatni raz podróżowałam samolotem gdy miałam zaledwie 9 lat do Grecji na wyspę Kreta, niewiele z tego zostało wspomnień. Dlatego tegoroczna wycieczka była stresująca ze względu na te wszystkie odprawy, kontrole graniczne etc.. Lot natomiast był dla mnie przyjemnym i mało znaczącym epizodem.


6 dni za 6 tysięcy złotych dla dwóch osób
Jak na standardy londyńskie to względnie tanio. Zarezerwowaliśmy lot z samego rana (o godzinie 7:00) i powrót wieczorem (20:40) do/z Londynu w cenie zaledwie 615zł w dwie strony za jedną osobę (firmy Ryanair) oraz nocleg jedynie 2km od centrum miasta w cenie 835zł (co daje nam już prawie 3 tysiące dla dwóch osób). W hotelu serwowano śniadanie, tak więc musieliśmy zapewnić sobie obiadokolację i przekąski. Ceny restauracyjne nie są niskie. Naszą najdroższą kolacją była bodajże perska knajpa za 40 parę funtów, z tym że podzieliliśmy danie na dwie osoby. Z kolei najtaniej jadało się w fast foodach tzn. KFC czy McDonalds, gdzie obfite zestawy można było skomponować do 5 funtów. Dla każdego coś dobrego, można zjeść dobrze i drogo lub tanio, szybko i niezdrowo. Z kolei jeśli chodzi o ceny żywności w sklepach, na moje oko jest podobnie jak u nas, a nawet taniej. Czego nie mogę powiedzieć o odzieżowych sieciówkach. Porównując je do naszych czy włoskich,  są droższe. 
Zwiedzaliśmy konkretne miejsca i chwytaliśmy się różnorodnych atrakcji. W rezultacie straciliśmy około 200 funtów (na 2 osoby), ale największą zmorą była komunikacja miejska. Jadąc do Londynu macie właściwie dwa wybory. Możecie zakupić kartę oyster (szczegółów możecie dowiedzieć się m.in. stąd → http://www.londyn-online.com/pl/plan-your-trip/198-oyster-card ) lub kupować bilety jednorazowe. Choć pierwsza opcja była nadzwyczaj oszczędna to my zdecydowaliśmy się płacić za jednorazowy bilet (dlatego, że mieszkaliśmy około 30-40min od centrum i nie potrzebowaliśmy komunikacji miejskiej). Ważną informacją dla Was może być fakt, że w autobusach można płacić kartą kredytową lub debetową PayPass (czyli zbliżeniowo, wystarczyło jedynie przyłożyć kartę do czytnika) koszt jednego takiego biletu to 1,50 funta. Natomiast na metro kupowaliśmy bilety w automatach za 4,90 funta (jak odmienia się funt?). Ja osobiście nie mam problemu z płatnością za granicą, wszystkie moje działania są darmowe, tak więc u mnie ten system się sprawdzał, ponieważ bank nie pobierał żadnej prowizji. Koniecznie dowiedzcie się czy Wasz bank pobiera prowizję i jak dużą za takie płatności, to ważne będąc za granicą.
Pamiętajcie, by będąc za granicą niczego nie żałować. Nie przeliczajcie pieniędzy, liczcie 1:1 (1zł = 1€/£ etc. choć wiadomo, że nie zawsze będzie się to sprawdzało, np. przy dużych nominałach chociażby na Węgrzech tzn. forintach). 


Wyobrażenia vs prawda
Kraj bogaty w technologię, kulturę i możliwości. Ludzie zabiegani, pijący dużo kawy, schludnie ubrani – od razu widać, że pracują w korporacjach. Parki zielone – są miejscem odpoczynku, czasem lunchu czy też spotkań i randek. Bezdomni śpią u bram budynków, na ulicach czy ławkach, grzebią w śmietnikach, żebrzą o złamany grosz…
To zarówno moje dotychczasowe wyobrażenie, ale teraz i potwierdzony fakt. Londyn tak właśnie będzie mi się kojarzył. Choć wielu minusów, jakimi są koszty utrzymania, koszmarne korki na ulicach czy brak polskich ulotek w miejscach turystycznych (to zabawna uwaga, ale faktycznie to było notoryczne – tak wielu Polaków mieszka i podróżuje do Londynu, a nie było tam żadnych informacji turystycznych w naszym języku, kiedy można było zauważyć japońskie, hiszpańskie, włoskie, rosyjskie, tureckie…), znalazłam masę pozytywów. 
Londyn ma piękną i przede wszystkim prostą architekturę. Czułam się tam swobodnie, otaczające mnie budowle nie przytłaczały mnie, nie były zbyt wielkie, ale wyróżniały się między sobą kolorystycznie i stylistycznie, triumfuje tam minimalizm. Elewacje były zadbane, a fronty wręcz zapraszały do siebie. Znajduje się tam wiele charakterystycznych budowli, ciężko jest się zgubić w mieście podróżując pieszo, wokoło jest masa punktów orientacyjnych, co bardzo pomaga turystom. Ale mimo bogatej historii w Londynie jest miejsce, które nie stało się muzealnym posągiem. City of London / The City / Square Mile to nowoczesna dzielnica, która skupia w sobie w większości działalność handlowo-bankową. Stąd wzbijające się ku górze szklane biurowce, ludzie pod krawatami i ceny z dalszego kosmosu. Mniejszością są tu trzy główne atrakcje – Tower of London, Tower Bridge oraz Katedra św. Pawła.
Czyli jak w Anglii spędza się czas wolny. To lubię. Parki, pikniki, pogaduchy na świeżym powietrzu. Brakuje tego w naszej kulturze.

Polak też człowiek
Nie cierpię tej propagandowej nagonki na Brytyjczyków po przeprowadzeniu Brexitu. Z tego co zrozumiałam rozmawiając z kilkoma Polakami mieszkającymi w Wielkiej Brytanii, nagłaśnianie rasistowskich zachowań wobec naszych rodaków jest zwyczajną propagandą. Podobno takowe poczynania były zawsze, u nas też się to zdarza, lecz rzadko mówi się o tym w mediach. Ciężko mi się do tego obiektywnie ustosunkować, bo tam nie mieszkam, byłam tam jedynie w celach turystycznych i jedno mogę stwierdzić – Anglicy to cudownie pomocny naród.
Porównując moje doświadczenia z interakcją np. z Włochami mam podobne odczucia. Brytyjczycy chętnie pomagają. Czasem mogłabym powiedzieć, że się narzucali. Stojąc przy mapie podchodzili do nas i pytali czy nam pomóc (chętnie tłumaczyli co i jak, proponowali najlepsze rozwiązania). Robiąc sobie zwykłe selfie, zabierali nam aparat i sami pstrykali nam wspólne fotki (to się bardzo często zdarzało). We Włoszech było podobnie, natomiast różni ich temperament i sposób zachowania. Anglicy mają nieco inny humor – lekko ograniczony i zdystansowany, ale w przeciwieństwie do Włochów, są bardziej szczerzy, ale przede wszystkim… zorganizowani! Łączy ich również inna wspólna cecha: szaleni kierowcy samochodowi. To co wyprawiają na ulicach nierzadko wprawiało mnie w osłupienie (uważajcie przechodząc na pasach :P).
1.Piękny widok z samolotu. To definicja bycia nad chmurami. Cudowne wrażenia.
2. Aiko tuż po wylądowaniu w Londynie. Zmęczona, ale szczęśliwa!
W dzisiejszej notce wyłącznie kilka moich spostrzeżeń odnośnie wyjazdu. W kolejnej szczegółowo opisze co zwiedzałam i co Wam polecam bądź nie. Wracam powoli do normalności, prawie końcówka września, a ja dopiero zaczęłam chodzić do szkoły. Mam tragiczne zaległości względem szkoły i wiele ważnych spraw na głowie, dodatkowo szukam pracy po szkole lub na weekendy. Muszę sobie jakoś poukładać grafik, uczyć się i poświęcić czas bliskim. To będzie ciężki rok. 
Pokrótce zapowiadam Wam, że jeszcze tego roku prawdopodobnie po raz drugi w  życiu odwiedzę Węgry. Ostatni raz byłam tam z 6 lat temu na wymianie, mam nadzieję, że moje wspomnienia się odświeżą. Szczegóły już niedługo. Życzę Wam przyjemnego i cieplutkiego końca lata (to już jutro jesień!). Ja ne!

Z dnia: 22.09.2016

9 września 2016

[118] wROCK for Freedom // Wrocław 29.08.16

Ostatnio trochę się wszystko pokomplikowało. Szczególnie mój sposób myślenia – jest inny. Pragnę zmienić swoje życie (spokojnie tylko na jakiś czas). Aiko imprezowiczka musi zacząć myśleć o przyszłości nieco trzeźwiej. Ten koncert był ostatni jaki planuje w najbliższych miesiącach.


Do tej pory jarałam się każdym ulubionym zespołem, który grał w zasięgu moich możliwości. Jednak na chwilę obecną planuje kończyć ze wszelakimi eventami i zająć się głównie nauką w klasie maturalnej, aby dostać się na wymarzone studia. Równocześnie chcę zbierać pieniądze na kolejną podróż, by móc zrealizować następne w kolejności po Londynie turystyczne marzenie. Tym razem może Japonia? Jeśli nie Azja, to trip autostopem po Norwegii będzie zadowalający?

wROCK for Freedom – Legendy Rock’a we Wrocławiu

Ta impreza stała się zapowiedzą moich oszczędności oraz tymczasowym postojem w koncertowaniu. Choć wielu przeciwności i mimo że los z dnia na dzień mówił mi: „nigdzie nie jedziesz!”, to w ostatniej chwili udało się wsiąść do pociągu i ruszyć ku wrocławskiej przygodzie. 

Wałbrzych Miasto → Wrocław Grabiszyn

„Idźmy za tłumem” - te hasło zawsze się sprawdza, kiedy nieznane jest Ci dokładne miejsce eventu, a chcesz się na niego dostać. Przepis? Podążaj za dziwnie ubranymi ludźmi, resztę zrobi intuicja.
Ostatki koncertu Hantera.
wROCK for Freedom odbył się na wrocławskiej Zajezdni MPK – w miejscu, gdzie niegdyś rodziła się wrocławska Solidarność. Bilety były do nabycia w cenie od 50 do 90 złotych, a na imprezie występowały Legendy Rock’a, a więc Illusion, Hunter i gwiazda wieczoru – Sabaton. Moim koncertowym marzeniem od wielu lat był występ Sabatonu. Jednak los nigdy nie pozwolił mi ich zobaczyć. Tym razem, kiedy tylko pokazała się informacja, że mój ulubiony zespół zagra, zakupiłam bilet i tym samym nakazałam sobie jechać na koncert.
1.Piwerko.
2.TAK! To Joakim... no dobra jego sobowtór. :P
Sabaton – jest to jeden z najpopularniejszych heavy metalowych zespołów poruszających w utworach tematykę wojenną, którzy zyskali miłość polskiej publiki, ale dziki temu, że sami ją nam okazali! Miłośnicy historii (ale chyba nie tylko) doskonale wiedzą dlaczego. Panowie tym razem promowali swoją dwuletnią płytę „Heroses”, ale prócz kawałków z wspomnianego krążka zagrali popularne utwory jak „Primo Victoria” czy „Uprising”. Oprócz tego grali kilka wspaniałych nowości z tegorocznej płyty „The Last Stand” - dla mnie osobiści prym wiedzie „Sparta”! Co ciekawe zespół postanowił zagrać w Polsce po raz pierwszy na żywo piosenkę „Winget Hussars”. 
Koncert Sabatonu był naprawdę bardzo dobry. Joakim (wokalista) potrafi porwać tłumy i sprawić by bawiły się lepiej niż przewidywały. Dla mnie niezwykle ważna jest interakcja z zespołu z publicznością, jeśli to nie występuje, zdecydowanie impreza traci na jakości. No… oczywiście my także dokazywaliśmy. Głośno śpiewaliśmy, namawialiśmy chłopaków do picia (próby upicia) piwa i porywaliśmy się w dobre pogo (prawie bym straciła zęba!).
Co ważniejsze, organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Czułam się bezpiecznie, punkty gastronomiczne były świetnie rozlokowane, a (o dziwo, co raczej wynikało z kultury ludzi) ‘ToiToi-e’ względnie czyste. Wszelkich informacji można było dowiedzieć się od ochroniarzy i organizatorów. Podsumowując: bardzo na plus.
Podczas koncertu Sabatonu.
Karłowata Aiko przerosła tłumy! (Zmieniłam fryzurkę i mam grzywkę!)
Ale ktoś zapyta: skoro był to festival, to dlaczego Aiko opisuje jedynie występ Sabatonu? Ano już prostuję. Bawiłam się jedynie na ich koncercie. Przyszłam na wROCK for Freedom pod koniec gry Hantera, aczkolwiek potem grał Illusion, za którym nie przepadam i w tym czasie zajęłam się poszukiwaniami znajomych i piciem piwa.

Coś z życia Aiko
W niedzielę z samego rana wylatuję z Wrocławia do Londynu. Po dwóch i pół miesiącach pracy mam tydzień odpoczynku, a kolejno ostro zabieram się do nauki do egzaminów, a następnie do matury. Relacja z Anglii będzie szczegółowa, mamy z Pandą wiele punktów podróży. Trzymajcie kciuki za bezstresowy lot i miły pobyt. Pamiętajcie! Na niektóre marzenia można zarobić! Ja ne!

P.s.
Oglądajcie mojego snapa, będą liczne fotorelacje z pobytu w Londynie dodawane na bieżąco.
Z dnia: 09.09.2016

12 sierpnia 2016

[117] "Love me if you dare"

Rok produkcji: 2015/16; Liczba odcinków: 24; Gatunek: Thriller, Kryminał, Romans


Młoda dziewczyna, świeżo upieczona absolwentka studiów - Jian Yao (Ma Si Chun) -  poszukuje pracy. Jedyną ofertą którą otrzymała, jest propozycja zostania tłumaczem dla profesora Bo Jin Han (Wallace Huo). Przyjeżdżając pod wskazany adres jest znacznie zaniepokojona. Miejsce wydaje się być nadzwyczaj ciche, tajemnicze, a nawet straszne… Sam zaś pracodawca jest dość abstrakcyjny – przystojny, wysoki i chudy mężczyzna, introwertyk - unika kontaktu  z ludźmi, małomówny i zagadkowy. Jian Yao otrzymuje pracę. Stara się pomagać profesorowi na miarę wszystkich swoich możliwości. Ze względu na jego ulubione jedzenia – ryby, postanawia składać zamówienia na codzienne dostawy ze sklepu swojego wuja, prosto do domu mężczyzny. Wkrótce okazuje się, że dostawca, którym jest nastoletni kuzyn dziewczyny, zaginął. Wuj Jian Yoa oskarża profesora o uprowadzenia, a nawet o morderstwo chłopca. Czy ma ku temu powody?

Koreańskie romanse i komedie stały się dla mnie zbyt oczywiste (a żeby nie powiedzieć, że zwyczajnie nudne). Mając przerwę w oglądaniu, a przy tym szukając nowej wciągającej dramy, ktoś polecił mi „Love me if you dare”. Patrząc na pochodzenie serialu z góry skazała bym go na odrzucenie, ze względów oczywistych – produkcja chińska. Coś mnie jednak tchnęło i zanurzyłam swe ślepia w pierwszym odcinku, a potem kolejnym i kolejnym….


„Love me if you dare”  to niecodzienna produkcja. Pełna tajemniczości i zagadkowości, przy drobnym sarkastycznym humorze i ciągnącym się wątku miłosnym. Bohaterzy to nie puste lalki i ich pobratymcy, lecz świetnie wykreowane osobowości, mające równie dużo zalet, jak i drobnych, niedrażniących nas wad. Główny bohater to ideał każdej kobiety, choć nieśmiały w uczuciach, to bardzo bezpośredni oraz pewny siebie i swoich umiejętności w życiu zawodowym mężczyzna. Myśli logicznie, a nawet można by rzec, że za logicznie, bo jego IQ wynosi 180 (czym lubi się chwalić). Narcystyczny i nieco arogancji, lekko odpychający tych, którzy nie zdołali poznać go bliżej. Zaś postać  Jian Yao jest przeciwnością Bo Jin Han’a. Wesoła, towarzyska kobieta, ale przede wszystkim mądra, inteligenta i spostrzegawcza, co więcej natura obdarzyła ją ponadprzeciętną urodą. Choć bardzo uczuciowa i niekiedy strachliwa, wykazuje się wielką odwagą współpracując z profesorem Bo. Stara się rozwiązać zagadki, a jedną z nich, prawdopodobnie największą, jest sam jej pracodawca.

Drugoplanowe postacie są równie interesujące: Zhang Xun Ran (Wang Kai) - przyjaciel Jian Yao, potajemnie w niej zakochany. Policjant zajmujący się sprawami kryminalnymi, zwykle bardzo podejrzliwy i skrupulatny. Inny barwny bohater to jedyny przyjaciel profesora Bo -  Fu Zi Yu (Yin Zhen), który pilnuje uczuć Jin Han’a i go w nich uświadamia, zna go bardzo dobrze i na co dzień jest jego kierowcą. Wesoły i rozrywkowy, uwielbia żartować, ale w sytuacjach krytycznych wykazuje się powagą i odpowiedzialnością. 

Drama ma wiele plusów, a głównym jest niecodzienna fabuła. Przez większość odcinków podtrzymywana jest atmosfera zagadkowości i przez bardzo długi czas odkrywamy osobowość głównego bohatera, która pod wpływem znajomości z Jian Yao się powoli zmienia. Dodatkową zaletą są wątki kryminalne, które jak się okazuje w dalszej części, są ze sobą ściśle powiązane. W dramie nie brakuje brutalnych scen śmierci (i nie są to sceny strzelanin, lecz bardziej wyszukane i skomplikowane) oraz krwi. Tajemniczość momentami sprawia, że wrażliwcy mogą czuć strach, który w późniejszych minutach jest rozładowany zabawnymi, paradoksalnymi scenami.


Dla mnie ogromnym plusem są także role aktorów pochodzenia amerykańskiego - to nadaje zawsze dramom takiej... "globalności"(?). Jednak równocześnie jestem bardzo zawiedziona, ponieważ w rozmowach chińsko-amerykańskich język w jakim mówią jest mieszany. To mnie bardzo zdziwiło. W żadnych dotychczas dramach się z tym nie spotkałam. Tu jednak biali aktorzy mówili po angielsku, a skośni dopowiadali im po chińsku. Dialogi te były dla mnie śmieszne i nienaturalne. Stąd pod tym względem to ogromny minus dla produkcji. 

Ostatecznie mogę stwierdzić, że gra aktorska była na wysokim poziomie, aktorzy znakomicie wcielili się w swoje role. Fabuła jest doskonała i na pewno widz nie będzie się nudził oglądając „Love me if you dare”. Przejścia z historii w nową historię są łagodne, ale całość akcji bardzo dynamiczna i rozwijająca się do samego końca serialu. Lecz przez wtopę z mieszanką języków, moja ocena końcowa będzie nieco niższa niż poniektórzy oczekują: 
9/10



Coś z życia Aiko

Witam Was serdecznie po powrocie z sezonowego obozu pracy nad morzem. Ponad 6 tygodni tyrani po 14h dziennie z 1-2 godzinną przerwą. Nieregularne posiłki złożone z fast foodów, kawy i słodyczy, a mimo wszystko jest Ciebie mniej niż więcej. Chwilowe i niewiążące przyjaźnie. Po pracy relaksacyjne picie alkoholu w knajpie lub na plaży o zachodzie słońca i opalanie się w świetle księżyca. Zarobki poniżej średniej krajowej z nienormowanym czasem pracy, ale za to ogromnym doświadczeniem! Tak, od dziś już wiem, żeby nie kupować NIGDY ręczników nad morzem. 
To moje krótkie podsumowanie sezonowej pracy. Aczkolwiek nie zniechęciłam się. Nawet mi się podobało, na pewno zdobyłam doświadczenie, praca choć męcząca, to całkiem satysfakcjonująca, ale nie równała się wynagrodzeniu. Grunt to zarobić co się da zarobić i  spier*alać.
Jeden plus jest taki: zarobiłam na wyjazd do Londynu.  Już mam zabukowany lot i zarezerwowany hotel w centrum miasta. Dopracowałam także więcej szczegółów podróży, o czym dowiecie się, ale dopiero za miesiąc. Dokładnie 11 września wylatuje do Anglii!

P.s. Zastanówcie się dlaczego dnia 11 września bilety lotnicze były tańsze (ja wiem).



Z dnia: 12.08.2016r.

24 czerwca 2016

[116] Around the world: Italy (northwest)

O moich podróżach do Italii czytaliście wielokrotnie i czytać pewnie jeszcze będziecie, bo Włochy północne to nie jedyny mój cel. Jeszcze wrócę do słonecznej Italii, ale na ciepłe południe. Welcome to Italy!

Włochy to bardzo ciekawy kraj, z bogata architekturą – szczególnie kościelną, licznymi muzeami, wąskimi uliczkami, zadbanym budownictwie. Bolonia to zupełnie inne miasto niż te, w których dotychczas bywałam. Szerokie drogi, wysokie budynki, masę arkad wijących się wzdłuż kamiennych chodników, freski ścienne i dwie wieże jako symbol tego miasta. 
Widok na miasto z wieży Asinelli.
Bolonia słynie z kilku zabytków, a w tym z najstarszego uniwersytetu na świecie założonego w 1088 roku, na którym studiował nasz wielki polski uczony Mikołaj Kopernik. Via Zambni to ulica dziwactw, kolorów, tętniąca życiem studenckim. Znajduje się tam kilka muzeów, ale nie to jest w niej ciekawe. Wieczorami i weekendami można trafić na koncerty uczniów z uniwersytetu, czy oglądać artystyczne murale na budynkach (patrz zdjęcie w TYM poście). Z kolei punktem orientacyjnym w Bolonii są dwie wieżeAsinelli licząca prawie 100 metrów i mająca blisko 500 schodów (bilet: 3 euro) oraz Garisenda, która jest o połowę niższa. Głównym placem w Bolonii jest Piazza Maggiore. Ogromne skupisko wycieczek lgnie tam do Bazyliki San Petronio, która miała być jednym z największych kościołów na świecie. Znajduje się tam także ratusz i pomnik Neptuna, a także niedaleko stara biblioteka i muzeum archeologiczne. Choć jednym z najciekawszych dla mnie zabytków była Bazylika Santo Stefano. W porównaniu z San Petronio (strzelisty, bogaty w przepych, masa ozdób, rzeźb, obrazów, złocistości i jasności...) to skromny kościół. Byłam tam aż dwa razy. Jak na takiego bezbożnika jak ja, to rzecz prawie niemożliwa, a jednak... Z wierzchu niewielkie niepozorne budownictwo, w środku ciężkie masywne mury, gołe ściany i ołtarze, ciemność. Jest to o tyle ciekawe miejsce, że wewnątrz jednego kościoła znajduje się 7 innych. Przechodząc z pomieszczenia do pomieszczenia, idziemy przez nie, widzimy dwa małe dworki ze studniami i zielenią. Tak moim zdaniem powinny wyglądać kościoły – uczyć pokory, skromności, nie pokazywać swej wyższości, być cichym azylem dla modlitw. Niewiele takich kościołów spotkałam, a Włochy to kraj obfity w sakralne miejsca, większość jednak szczyci się bogactwem, a nie czystością. Smutne. 
Inną atrakcja jest droga pod arkadami do Sanktuarium Madonny di San Luca. Spacer na górę trwa około godzinki, ale można tam również wjechać kolejką za około 10 euro (ale satysfakcji nie będzie). Ciekawostką jest, że do sanktuarium prowadzi szatańska ilość arkad, bo jest ich aż 666.
Droga i Sanktuarium San Luca.
1. Wieża Asinelli.
2. Mówiące ściany - ciekawostka, kiedy będziecie na 
Piazza Maggiore, obok Neptuna, odszukajcie je koniecznie! Stojąc twarzą i mówić do ścian osoba stojąca po ukosie w taki sam sposób usłyszy co mówicie. Zabawa jest Przednia!
Kolejnym miastem, niezwykle znanym każdemu podróżnikowi, ale też graczom Assassinów i fanom historii, a szczególnie renesansowej architektury to stolica Toskanii – piękna, wręcz bajeczna Florencja – ciasne uliczki, stare budownictwo, bogactwa sakralne i mosty… Urokliwe, w sam raz na romantyczną przechadzkę z drugą połówką.
Most na rzecze Arno

Zabytków Florencja ma wiele. Pionierskie miejsce zajmuje katedra Santa Maria del Fiore. Budowana ponad 150 lat swoją potęgą zapiera dech w piersi, a ku jej szczytu wznosi się największa ceglana kopuła na świecie, z której można podziwiać panoramę miasta. Zaś tuż obok jest dzwonnica Campanile di Giotto, która służy również oglądaniu krajobrazu wokoło (ponad 400 schodów do pokonania, więc jeśli wybierzecie się do Bolonii i zdobędziecie Asinelli, z dzwonnicą także trudno nie będzie). 
Zaś zwolennicy literatury mogą podziwiać Dom Dantego wielkiego i najbardziej znanego pisarza włoskiego, autora „Boskiej Komedii”. We Florencji się urodził, tam też poświęcono jego życiu i twórczości muzeum. Ciekawostka jest, że tuż przed średniowiecznym budynkiem na bruku wyrzeźbiona jest twarz artysty, którą (UWAGA) można zobaczyć dopiero wtedy, gdy poleje się odpowiednią cześć chodnika wodą. 
Symbolem miasta jest przede wszystkim most na rzecze Arno – Ponte Vecchio. Zatłoczony i otoczony wieloma drogimi „sklepikami”.
Punktem centralnym miasta stało się miejsce – Piazza della Signoria, gdzie znajduje się fontanna Neptuna oraz rzeźba Michała Anioła – Dawid (której oryginał został przeniesiony Muzeum – Galeria dell'Academia).
Twarz Dantego wyrzeźbiona w bruku i... polana wodą. 

Katedra Santa Maria del Fiore
Kolejnym miastem, które odwiedziłam podczas pobytu we Włoszech była Rawenna, znana jako miasto sakralne, ale przede wszystkim rozpoznawalne dzięki bizantyńskiej architekturze i mozaikom. Moje pierwsze wrażenie? Skromne, ciche, przyjazne miasteczko, ale opływające w zachodnich turystach (szczególnie Niemcach i Brytyjczykach). Można było przechadzać się po cichu uliczkami nie gubiąc się w tłumach.
San Vitale
Rawenne trzeba wiedzieć jak zwiedzać. Pierwsza rzecz to zakup biletów upoważniających nas do wejścia do 5 głównych obiektów (jedyne 11 euro), dostajemy wówczas też mapkę i podążamy za wskazanymi znakami. Pierwsza na celowniku jest bazylika San Vitale, którą spotkacie na każdej jednej widokówce. Prezentuje się nadzwyczaj okazale, świątynia znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Wnętrze jest bogato dekorowane mozaikami, ale ja zauważyłam tak także w pewnym sensie pokorę, co mi się bardzo podobało. Kościół budowany jest na planie ośmioboku, A tuż obok znajduje się Mauzoleum Galli Placydii o pięknych zdobieniach - dla mnie - cud artystyczny!
Mauzoleum Galli Placydii
Z kolei bazylika Sant’Apollinare Nuovo choć z wierzchu nie pozorna, wewnątrz bogato zdobiona (nie zaskoczę Was) mozaikami. Po obu stronach ściany składają się z trzech pasów - Nowy Testament, Apostołowie i Prorocy, Orszaki dworne wraz z królem Teodynem i męczennikami.
W Rawennie znajdziecie wiele innych okazałych zabytków jak Baptysterium Ortodoksów, ariański czy Basilica Ursiana. Ale znajdziecie tam także grób wcześniej wspomnianego Dantego.
W tym miasteczku także spotkały nas miłe niespodzianki. Największym zaskoczeniem było, gdy weszliśmy do restauracji, chcąc coś przekąsić i pytając kelnerkę czy mówi po angielsku, odpowiedziała nam: "Po angielsku nie mówię, ale mogę rozmawiać po włosku i polsku." - w naszym rodzimym języku. Potem okazało się, że niegdyś nawet mieszkała w naszych okolicach. A żeby tego nie było mało, zwiedzając kościółki i kościoły zawędrowaliśmy do jednego z mało nam znanych i pospolitych. Trafiliśmy akurat na msze. Coś było nie tak.  Albo my totalni bezbożnicy zostaliśmy oświeceni, albo msza faktycznie była prowadzona w języku polskim. Ot zaskoczenia w tym niepozornym i cichym miasteczku.
Restauracja w której pracowała ta przemiła Pani z Polski - jedzonko pierwsza klasa!
Byłam także po raz drugi w Wenecji będąc tego roku we Włoszech, jednak miałam bardzo mało czasu na zwiedzanie (więc możecie przeczytać więcej szczegółów TUTAJ) i tak naprawdę zdążyłam tylko pooglądać widoki z wieży na Placu św. Marka, co widzicie niżej.


Co z cenami podróży? Zawsze to twierdzę i twierdzić będę, bo dwa lata temu i w ubiegłym roku, i teraz ceny dla nas Polaków są w sam raz. Bilety nie są drogie, ceny w restauracjach i kawiarniach całkiem przystępne, jedynie sklepy z pamiątkami szarżują - szczególnie we Florencji. Uwaga! Uważajcie. Masa sprzedawców w tamtym mieście oszukuje na tzw. "przecenach", co mnie bardzo zdziwiło. Włochy słyną z pięknych skórzanych torebek czy butów. Florencja to nie miejsce w którym powinniście je kupić. Jeśli planujecie to zrobić w jakimś znanym mieście, kupcie takowe wyroby prędzej w Wenecji różnica w cenie to nawet 10 euro o czym sama się przekonałam (kupiłam skórzaną torebkę za 35 euro w Wenecji, identyczną widziałam we Florencji za 44).

Opinia Aiko: Choć nigdy nie ciągnęło mnie do Włoch, udało mi się je zwiedzić trzeci rok pod rząd. Nie żałuję. Te państwo jest bliskie mojemu sercu, bliscy mi są tamtejsi ludzie i kwestią czasu będzie, gdy bliski stanie się też język. Ciesze się, że mogę mieć do czynienia z ichniejszą kulturą i tradycją, bo są dla mnie czymś niesamowitym.



Coś z życia Aiko
Dzisiaj w nocy wyjeżdżam nad morze do pracy. Czuję się trochę osamotniona, bo Panda wyjeżdża do Niemiec, a najlepsza przyjaciółka już mieszka w Anglii. Choć nie planowałam ani nie chciałam specjalnie opuszczać domu na wakacje za pracą, to marzenia i chęć podróżowania staje się dla mnie priorytetem. W te wakacje MUSZĘ zarobić na wyjazd do Londynu. Powoli planuję już podróż, wiem czego chcę i co osiągnę.
Trzecią klasę technikum bodajże kończyłam ze średnią 4.0 swojego świadectwa jednak nie zobaczę, bo zakończenie roku jest w piątek, a tego dnia będę już w Kołobrzegu. Jeżeli będziecie w okolicy Pobierowa, a może w samum Łukęcinie dajcie znać. Wiedzcie, że Wasza Aiko-chan tam będzie pracować! Trzymajcie się cieplutko i spędźcie miło i niezapomnienie te wakacje. Ja ne kochani! <3

Z dnia: 25.06.2016

12 czerwca 2016

[115] ONE OK ROCK // Warszawa 1.06.16

Tej nocy spalam zaledwie dwie godziny. Wraz z Pandą wstaliśmy prężnie tuż po godzinie 4 rano (a może bliżej 5?). Spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy do plecaków i ruszyliśmy na pobliską stację kolejową. W okolicach godziny 5:30 miał przyjechać pociąg. Podróż czas start! Wrocław -> Łódź -> Warszawa!

Te wydarzenie było jednym z koncertowych marzeń Aiko-chan. 1 czerwca w Warszawie odbył się występ jednego z przez nią uwielbianych zespołów. Ale to także dzień wyczekiwany przez innych wielbicieli j-rocku. Polskie granice przekroczyło ONE OK. ROCK. Ci japońscy artyści przyjechali w końcu do nas – polskiej publiczności.
Widok z Pałacu Kultury. :) Kocham oglądać krajobrazy.
Bilety na koncert trafiły do sprzedaży 4 marca. Tego też dnia (dokładnie wciągu dwóch godzin) zostały wyprzedane. Na całe szczęście Panda zdążył kupić i podarował je w prezencie urodzinowym Aiko. Oczywiście wkrótce potem wznowiono sprzedaż, ale w niewielkiej ilości. Czekałam 3 miesiące aby móc „otworzyć” swój prezent. Jechałam do Warszawy 9h aby móc posłuchać ulubionego zespołu przez jedyne 1,5h – to jest miłość.
W Warszawie byłam po raz drugi, tak więc chcąc skorzystać z okazji musiałam wejść na Pałac Kultury i obejrzeć panoramę. Porównując ją do ostatnich, jakie widywałam we Włoszech, to nic ciekawego. Te miasto zdecydowanie nigdy nie będzie dla mnie. Z polskich miast póki co chwalę sobie tylko Gdańsk i Kraków. Opcjonalnie Wrocław, który jest dla mnie synonimem miasta kulturowego, imprezowego i koncertowego.
Po nasyceniu się widokiem nadszedł czas na żarełko w meksykańskim fast foodzie i podróż do Progresji. Kombinacji było wiele. Wraz z Pandą śmialiśmy się, że łatwiej było nam się poruszać we Włoszech niżeli w Polsce. Generalnie ciężko było mi się „przestawić” na nasz język, komunikację miejską, na polskie realia. Po Warszawie chodziłam w kocich uszach, ku mojemu zdziwieniu wiele ludzi się na mnie zwyczajnie gapiło. Co było bardziej śmieszne niż krępujące, bo sądziłam że nasze miasta, w szczególności duże, są bardziej przyzwyczajone do takich widoków.
1. Pałac Kultury; 2. Aiko w kocich uszkach *meow, meow*; 3.Początek kolejki, która była dobre...10x dłuższa.
Pod Progresja byliśmy koło godziny 19. Zobaczyliśmy tłumy ludzi, nie… replay. Zobaczyliśmy ciągnącą się kolejkę ludzi, liczyła chyba dobre 150 metrów. Niektórzy stali tam już od rana. Zdecydowanie nie sądziliśmy, że kolejka na koncert może być porównywalna do konwentowych! Ale w końcu to ONE OK ROCK.
Czekaliśmy na wejście jakieś 50 minut. W tym czasie organizatorzy przedstawiali „krótki regulamin” co oznaczało: zakaz wnoszenia jakiegokolwiek jedzenia, aparatów fotograficznych, napoi większych niż półlitrowe butelki, oczywiście wnoszone bez zakrętek. (?!)  Bawiło mnie to nieco, bo wszystkie te rzeczy znajdowały się w plecakach, a plecaki i tak mieliśmy obowiązek oddać do szatni (która kosztowała 5 zł – drogo!), stąd pytanie, poco taki rygor? Ano po to by zarobić jak najwięcej na sprzedaży wodopoju i żarła. 


Kiedy weszliśmy do clubu zostało 10 minut do rozpoczęcia koncertu. Wewnątrz była masa ludzi, malutka Aiko próbowała stanąć w miejscu gdzie cokolwiek było widać. W ostateczności stanęliśmy z Pandą po prawej stronie sceny. Przez większość koncertu skakałam jak kuzka by móc zobaczyć idoli. 
Występ trwał około 1,5h, a to było 1,5h szczęścia, moment spełnienia koncertowego marzenia. Chłopaki na wejściu zagrali krótkie intro, następnie „Take Me to the Top”, „Memories”, „Deeper Deeper” , pojawiły się także przebije: „Clock Strickes”, „Cry Out”, „The Beginning”, a na koniec wzruszające „Wherever you are” i „No secred”. Publiczność polska musiała zadziwić chłopaków, nie było piosenki której byśmy nie znali i chcieli z nimi śpiewać. Podczas koncertu Taka potrafił także i nas zaskoczyć. W pewnym momencie powiedział nam: „dziękuję” oraz „cześć, kocham was” po polsku, a kiedy wyszedł na bis, śpiewał z naszą flagą na plecach. 


Koncert skończył się około godziny 21,40. O 23:00 wraz z Panda mieliśmy autobus powrotny do Wrocławia, gdzie byliśmy o 4 nad ranem. Niecałą godzinę potem przesiedliśmy się do pociągu, a potem znów Aiko do autobusu. Ostatecznie o 8 rano padłam na łóżko jak kłoda, a gdy się obudziłam miałam wrażenie, że całe te wydarzenie było snem. Jedynymi pamiątkami były bilety i wspomnienia. Czekam na kolejny koncert OOR w Polsce!


Podrzucam Wam filmik z YT, który znalazłam. Na szczęście sa ludzie, którzy dzielą się szczęściem z innymi. Ja niestety mam jedynie krótkie filmiki ze snapa, które oczywiście podczas koncertu dodawałam i mogliście oglądać na bieżąco.

Coś z życia Aiko
Relację dopiero teraz publikuję, bo od dłuższego czasu mam poważny problem z laptopem. Chyba czas na nowy sprzęt. Acz wydatków w te wakacje będę miała wiele. Zbliżają się urodziny Pandy (Jaki prezent mogę mu kupić? Macie jakieś pomysły?), planuję tego roku wyjazd do Londynu, najlepiej w sierpniu lub wrześniu. Koszty lotu, zwiedzania, ale szczególnie noclegu będą spore i tu poszukuję jak najlepszej i tańszej opcji. Jednak nic nie osiągnę, jeśli nie znajdę pracy dorywczej na wakacje. Oczywiście liczę, że wszystko pójdzie po mojej myśli. :)
Jutro zaś i w piątek czekają mnie egzaminy zawodowe. Trzymajcie mocno kciuki, warto by było zdobyć w przyszłości ten tytuł technika. Ja ne!

Z dnia: 12.06.2016

31 maja 2016

[114] Around the World: Life in Italy

Bolonia to synonim mieszanki kulturowej, językowej, wyznaniowej. Muzułmanie, Katolicy, Ukraińcy, Pakistańczycy, Czarnoskórzy czy Azjaci – pochodzenie żyjących tu ludzi nie ma znaczenia, tak samo jak ich wiara lub ubarwienie skóry. Bolonia to nie miasto które trzeba zwiedzać, lecz miasto w którym powinno się żyć.

Wiecznie spóźniające się autobusy, przeładowane, śmierdzące, w zimne dni z działająca klimatyzacją, w ciepłe wręcz przeciwnie. Gwarne ulice pełne ludzi z reguły nieśpieszących się na nic, masa rowerzystów i motocyklistów – i słusznie, gdyż ten środek lokomocji jest najpewniejszy i najszybszy w godzinach szczytu.
We Włoszech jestem już 3 rok z rzędu. Tym razem najdłużej, bo aż miesiąc. Żyję i pracuję. Obserwuję, słucham i czuję te miasto. Zwiedzam, kupuję, rozmawiam z tubylcami. Krótko mówiąc staram się wtopić w tłum, zaczerpnąć włoskich smaków, kultur i tradycji.

Obserwacja terenu
Italia to naprawdę ciekawy kraj. Wiele nauczyłam się o ich kulturze i obyczajach. Powtarzam to i powtarzać będę – Włosi to ludzie pełni energii, żywiołowi, przepełnieni radością. Ale także otwarci i szczerzy. Pracując z nimi mogę zdecydowanie określić ich stosunek do pracy jako wolny, lecz komplementarny. Do większości rzeczy podchodzą na spokojnie, nie śpieszą się z codziennymi obowiązkami, wykonują je rutynowo, wolno, z przerwami na rozmowę, kawę, żarty. Klientów przyjmują z uśmiechem i kulturą. Starają się pomagać na miarę swoich możliwości, a nawet i więcej. Nas stażystów traktowano nieco egzotycznie. Wypytywano o szkołę, język, porównywano Polskę do Włoch, nie wymagano od nas zbyt wiele. 

Jak już wspomniałam Bolonia to istna mieszanka kulturowa, masa obcokrajowców, nieprzyjemnych/przyjemnych sytuacji, nieporozumień. Fala uchodźców zalała tamte regiony. Szczerze powiedziawszy podczas samotnych wędrówek po mieście czułam się nieswojo, a nawet niekiedy bałam się. Ludzie patrzyli się na jasnoskórą, bladą karnację Aiko i jej rude włosy. Ciężko było znaleźć tam rudowłosego człowieka! Może ich nie lubią? Chodziliśmy po mieście minimum parami, mimo wszystko zaczepiano nas, mówiono „bella”, cmokano (znak, że ktoś się komuś podoba) czy nawet chciano umówić się na randkę. Starsi ludzie zaś patrzyli się spode łba. Mamrotali coś pod nosem kiedy podczas 25-30 stopniowych upałach chodziliśmy w krótkich spodenkach czy sukienkach. Sami jednak byli ubrani w czasie tak wysokiej temperatury nawet w grube kurtki! Dziwna sytuacja. Typowi Włosi jednakże wyróżniali się na tle przyjezdnych. Mieli więcej kultury i byli mniej opryskliwi podczas takich sytuacji – które były bardziej zabawne niż strachliwe.


Fakt, o tym się (nie) mówi
  • Przede wszystkim do autobusów wchodzi się przednimi lub tylnimi drzwiami, a wychodzi zawsze środkowymi. Zwykle podróżujący nie upominają się, nie krzyczą i nie wyzywają kiedy nie ustąpicie im miejsc. Autobusy są bardzo przeładowane, ludzie przeciskają się dwa przystanki przed wysiadaniem do drzwi, ciągle pytając czy ktoś wysiada, bo sami nie zdążą wysiąść - prawda, autobusy stoją na przystankach bardzo krótko. 
  • Włosi nie znają angielskiego. Młodzi ludzie uczą się go. Znają typowo szkolny język, bardzo wyraźnie mówią, najprostszymi zdaniami. Starsi zaś nie znają go w ogóle (nie mówię o miejscach typowo turystycznych jak Florencja czy Wenecja, gdzie niejeden sprzedawca może zagiąć polskiego anglistę…). Zabawie jest gdy stoisz na ulicy lub w autobusie, zaczyna do Ciebie ktoś mówić po włosku, a ty odpowiadasz mu „Non parlo Italiano.” co oznacza: „nie mówię po włosku.”. Ta osoba wnet się reflektuje i powtarza to samo co mówiła wcześniej, lecz głośniej, wolniej, ale nadal po włosku. 
  • Ceny ubrań w sieciówkach są dużo tańsze niż w Polsce. To jest dla mnie niepodważalny fakt. We Włoszech kupiłam masę ciuchów – spodnie, katany, koszule, bluzki… wydałam zdecydowanie mniej pieniędzy niż płaciłabym za te same towary w Polsce. 
  • Wina i espresso to dwa rodzaje napoi, które najczęściej są spożywane we Włoszech. W Italii można wsiąść za kierownice mając 0.5 promila alkoholu we krwi, co oznacza, że na spokojnie można wypić jedną lampkę wina do obiadu i pojechać na zakupu. Espresso jednak pija się szybko i dostaje się w malutkich filiżankach na jednego łyka, potem zapija wodą. 
  • Sjesta to po prostu „lunch time”. Za każdym razem będąc w pracy przychodził do nas pracodawca i krzyczał ucieszony „It’s lunch time!”, chodziło mu zwyczajnie o przerwę obiadową. Niestety u mnie w pracy trwała ona aż 3h. Lecz większość marketów, sklepów czy kawiarni funkcjonowała normalnie. Zdziwiłam się jednak gdy na kościołach widniał napis: „od 12:00 do 15:00 zamknięte”. 


Do Polski przyjechałam dwa dni temu. Podróż minęła mi całkiem komfortowo jak na 15h siedzenia w autokarze. Jestem już rozpakowana i zaczynam przyzwyczajać się z powrotem do polskich realiów. Bolonia podobała mi się bardzo. Na pewno chciałabym wrócić w to miejsce i spotkać ponownie tamtejszych ludzi – bo warto! 

W tej chwili pakuję znów manatki i wyjeżdżam do Warszawy. Już jutro w godzinach wieczornych zacznie się najważniejsze w tym roku wydarzenie dla fanów j-rocka. Mianowicie na w clubie Progresja Music Zone zagra zespół ONE OK. ROCK. Na pewno na snapchacie będę na bieżąco relacjonować te wydarzenie. Tych którzy nie mogą tam być, ale chcą zobaczyć co się będzie działo zapraszam do obserwacji My Story na snapie.


Ukaże się na blogu oczywiście relacja z wydarzenia w Warszawie, a wkrótce potem notka (nadal) z wyjazdu i zwiedzania Italii. Ja ne kochani!

Z dnia: 31.05.2016

13 maja 2016

[113] Around the world: Work in Italy

Italia to cudowny kraj. Już trzeci rok z rzędu przyjeżdżam do Włoch, jednak tym razem nie w celach wycieczkowych, ale na praktyki zawodowe. Przez miesiąc pracuję z prawdziwymi Włochami w prawdziwym sklepie włoskim, szkoląc się w zawodzie jakim jest reklama.
W Bolonii jestem już 2 tygodnie. Zwiedziłam już troszkę miasta, byłam po raz drugi w Wenecji, jutro będę zwiedzać Florencję (o czym oczywiście napisze w osobnych notkach).

Praca
Pracuję w sklepie sportowym wraz z trójką przyjaciół na dwie zmiany – rano i popołudniu po 4h. Sjesta trwa 3h – jest to naprawdę długo! Większość praktykantów ich nie ma wcale lub ma przez 1-2h. Dodatkowo pracujemy bardzo daleko od zakwaterowania. W godzinach szczytu jedziemy do pracy około 1,5h, a poza nimi średnio godzinę. 
Pracujemy z typową włoską rodziną. Na całe szczęście dwójka z nich mówi płynnie po angielsku (ale bardzo prostym szkolnym językiem). Na praktykach się nie przepracowujemy. Naszym zadaniem jest fotografowanie asortymentu sklepu (sprzęt narciarski, do tenisa, buty, ubrania) i wstawianie na stronę internetową, a także projektowanie kolaży promocyjnych oraz zwykłe pomaganie w sklepie przy sprzedaży. 
Takie praktyki to na pewno nie jest mój szczyt marzeń. Są zwyczajnie nudne i nie możemy nauczyć się na nich niczego nowego. Ba! To nas się pytają co chcemy robić i jeżeli czegoś nie chcemy robić, to tego nie robimy (a robimy wszystko, bo nasi pracodawcy są mało kreatywni i wymyślają nam zadania nawet przez parę godzin). 
Włosi pracują wolno. To nie stereotyp, to szczera prawda. Każda wykonana praca (według nas) w normalnym czasie, jest dla Włochów wykonana zbyt szybko, a ich zdumienie jest dla nas bardzo zabawne. W dodatku wszystkie nasze prace są przez nich komentowane: „bello” co oznacza „piękne”. W szkole z trudnością byśmy otrzymali za nie ocenę mierną.

Zakwaterowanie
Mieszkamy w trzygwiazdkowym hostelu. Mamy 30-sto metrowy apartament z łazienką, kuchnią z wyposażeniem i telewizorem na dwie osoby. Pokoje wyglądają szpitalnie. Co tydzień przychodzi do nas dwóch Pakistańczyków aby go posprzątać, zmienić pościel i ręczniki. Warunki (nie) są wspaniałe, nie mamy na co narzekać. Nocami jest bardzo zimno. Początkowo nie było wody w kranie, a kiedy już został zreperowany, nie przestaje z niego kapać. W łazience nie ma kabin prysznicowych, a na domiar tego są one przystosowane dla osób niepełnosprawnych, więc są nie przystosowane dla nas – pełnosprawnych. 


Życie akademickie
Co prawda jeszcze studentką nie jestem, ale zaczerpnęłam troszkę życia akademickiego. Nocne biesiadowanie przy włoskim winie/piwie, codzienne gotowanie makaronów, latanie po sklepach odzieżowych (mało studenckie, ale tu naprawdę jest tanio!), spacerowanie po mieście, wczesne wstawianie do pracy, ciągłe zaopatrywanie lodówki…
Przez pierwsze dni miło było siedzieć do późnych wieczorów z przyjaciółmi, żartować, a przy czym pić różnorodne trunki alkoholowe. Ale ostatecznie wydaje mi się, że nie nadaje się do życia w takim społeczeństwie. Mieszkanie z kimś w jednym pomieszczeniu jest dla mnie nadzwyczaj męczące. Brak własnego miejsca, chwili spokoju, ciągłe chichoty zza ściany, dzwonki do drzwi i pytania: „pożycz to…”, „gdzie jest…”, „co robisz…”, „idziesz na miasto?”. Nie mam czasu dla siebie, denerwuje mnie patrzenie na twarze tych samych ludzi dzień w dzień, to że nie mogę spokojnie usiąść i obejrzeć dramy, wyspać się na tyle by mieć dobry humor, porozmawiać z papugiem czy pogłaskać kochanego psa. Słowem – tęsknie, za domem i świętym spokojem, który dotychczas miałam. Praca przy tym wszystkim jest oazą spokoju, jaką mogłabym sobie wymarzyć, gdzie mogę mało myśleć i powoli odliczać czas do wyjścia. Bo do końca wyjazdu jeszcze troszkę czasu mi zostało…


Zostało mi jeszcze dwa tygodnie pobytu. Pogoda nam nie dopisuje, jest zimno, od kilku dni pada deszcz. Póki co nie zapowiada się na poprawę pogody, ale mam nadzieję, że jutro we Florencji będzie w miarę przyjemnie. Trzymajcie kciuki, za słonko i moje dobre samopoczucie. Ja ne kochani!
Kto chce kartkę z Włoch? Jeśli chcecie, to piszcie do mnie w e-mailu lub prywatnej wiadomości na twitterze, że jesteście zainteresowani pocztówką od Aiko-chan (wyślijcie adres, ale podpiszcie się również nickiem jaki używacie komentując notki i wklejcie linka do swojego blogaska – chcę w ramach odwdzięczenia się za pocztówkę, widzieć kartkę w Waszej notce na blogu, jeśli zaś nie macie bloga to oczywiście nie macie takiej możliwości, ale kartkę dostaniecie). NIEAKTUALNE.

P.S. Jak tam Wasze matury?
Z dnia: 13.05.2016