ONE OK ROCK in Poland!

Relacja z warszawskiego koncertu ONE OK ROCK 2016!

NiuCon 2015

Relacja z wrocławskiego konwentu NiuCon!

Kosmopolitka

Aiko - obywatelka świata opowiada o swoich podróżach!

Japończyk w moim domu!

Jak przyjąć gościa z drugiej części świata?

TOP koreańskie dramy 2015!

Najlepsze koreańskie dramy minionego roku. Podsumowanie Aiko.

Gdzie poznać japończyka?

Szukasz przyjaciela, korespondenta lub partnera językowego? Zajrzyj tutaj!

Zielona herbata - Czy zdrowa?

Zielona herbata jest znana z wielu dobrych właściwości - wspomaga odchudzanie, oczyszcza organizm, ale czy też szkodzi?

Za co kochamy dramy?

Zalety i wady - okiem Aiko.

Blondynka na Językach - Język japoński

Recenzja podręcznika do nauki języka japońskiego Beaty Pawlikowskiej

Jak komunikują się Azjaci?

Azjatycki odpowiednik naszego Skype? Czy może coś znacznie lepszego?

Krótko o dredach

W pigółce fakty i mity dotyczące dredów. Aiko chwali sie transmutacją!

Nama Chocolate

Japońskie czekoladki walentynkowe. Przepis dla zakochanej pary.

Przystanek Woodstock 2014

Relacja z jednego największego i najpiękniejszego festiwalu muzycznego.

22 września 2016

[119] Around the World: England, London (cz.1)

Miasto moich marzeń. Zatłoczone ulice ludźmi pędzącymi w cztery strony świata. Wieczne korki i trąbienia klaksonów samochodowych. Sielankowe parki – dla mnie po prostu oaza spokoju, a także dobra kultury: zabytki, zachowania i tradycje. To wszystko jest dla mnie definicją cudownego miasta jakim jest Londyn. Welcome to England
Widok na Londyn z góry (Moja Panda fotografem <3)
Londyn był moim tegorocznym celem podróży. Całe wakacje ciężko pracowałam, aby móc w ciągu zaledwie sześciu dni wydać te pieniądze „ot tak”. Choć dostępnych środków miałam wiele, za budżet obrałam sobie kwotę 3 tysięcy złotych (za lot, na hotel, zwiedzanie, wyżywienie oraz komunikacje miejską). Wydaje się to być abstrakcyjne, ale z lekkim przymrużeniem oka udało mi się zmieścić w budżecie. Z racji, że to był mój pierwszy taki wypad wyłącznie z Pandą, sumiennie obliczyłam wszystkie koszta oraz przygotowałam trasę zwiedzania.
To był mój pierwszy lot od 10 lat. Ostatni raz podróżowałam samolotem gdy miałam zaledwie 9 lat do Grecji na wyspę Kreta, niewiele z tego zostało wspomnień. Dlatego tegoroczna wycieczka była stresująca ze względu na te wszystkie odprawy, kontrole graniczne etc.. Lot natomiast był dla mnie przyjemnym i mało znaczącym epizodem.


6 dni za 6 tysięcy złotych dla dwóch osób
Jak na standardy londyńskie to względnie tanio. Zarezerwowaliśmy lot z samego rana (o godzinie 7:00) i powrót wieczorem (20:40) do/z Londynu w cenie zaledwie 615zł w dwie strony za jedną osobę (firmy Ryanair) oraz nocleg jedynie 2km od centrum miasta w cenie 835zł (co daje nam już prawie 3 tysiące dla dwóch osób). W hotelu serwowano śniadanie, tak więc musieliśmy zapewnić sobie obiadokolację i przekąski. Ceny restauracyjne nie są niskie. Naszą najdroższą kolacją była bodajże perska knajpa za 40 parę funtów, z tym że podzieliliśmy danie na dwie osoby. Z kolei najtaniej jadało się w fast foodach tzn. KFC czy McDonalds, gdzie obfite zestawy można było skomponować do 5 funtów. Dla każdego coś dobrego, można zjeść dobrze i drogo lub tanio, szybko i niezdrowo. Z kolei jeśli chodzi o ceny żywności w sklepach, na moje oko jest podobnie jak u nas, a nawet taniej. Czego nie mogę powiedzieć o odzieżowych sieciówkach. Porównując je do naszych czy włoskich,  są droższe. 
Zwiedzaliśmy konkretne miejsca i chwytaliśmy się różnorodnych atrakcji. W rezultacie straciliśmy około 200 funtów (na 2 osoby), ale największą zmorą była komunikacja miejska. Jadąc do Londynu macie właściwie dwa wybory. Możecie zakupić kartę oyster (szczegółów możecie dowiedzieć się m.in. stąd → http://www.londyn-online.com/pl/plan-your-trip/198-oyster-card ) lub kupować bilety jednorazowe. Choć pierwsza opcja była nadzwyczaj oszczędna to my zdecydowaliśmy się płacić za jednorazowy bilet (dlatego, że mieszkaliśmy około 30-40min od centrum i nie potrzebowaliśmy komunikacji miejskiej). Ważną informacją dla Was może być fakt, że w autobusach można płacić kartą kredytową lub debetową PayPass (czyli zbliżeniowo, wystarczyło jedynie przyłożyć kartę do czytnika) koszt jednego takiego biletu to 1,50 funta. Natomiast na metro kupowaliśmy bilety w automatach za 4,90 funta (jak odmienia się funt?). Ja osobiście nie mam problemu z płatnością za granicą, wszystkie moje działania są darmowe, tak więc u mnie ten system się sprawdzał, ponieważ bank nie pobierał żadnej prowizji. Koniecznie dowiedzcie się czy Wasz bank pobiera prowizję i jak dużą za takie płatności, to ważne będąc za granicą.
Pamiętajcie, by będąc za granicą niczego nie żałować. Nie przeliczajcie pieniędzy, liczcie 1:1 (1zł = 1€/£ etc. choć wiadomo, że nie zawsze będzie się to sprawdzało, np. przy dużych nominałach chociażby na Węgrzech tzn. forintach). 


Wyobrażenia vs prawda
Kraj bogaty w technologię, kulturę i możliwości. Ludzie zabiegani, pijący dużo kawy, schludnie ubrani – od razu widać, że pracują w korporacjach. Parki zielone – są miejscem odpoczynku, czasem lunchu czy też spotkań i randek. Bezdomni śpią u bram budynków, na ulicach czy ławkach, grzebią w śmietnikach, żebrzą o złamany grosz…
To zarówno moje dotychczasowe wyobrażenie, ale teraz i potwierdzony fakt. Londyn tak właśnie będzie mi się kojarzył. Choć wielu minusów, jakimi są koszty utrzymania, koszmarne korki na ulicach czy brak polskich ulotek w miejscach turystycznych (to zabawna uwaga, ale faktycznie to było notoryczne – tak wielu Polaków mieszka i podróżuje do Londynu, a nie było tam żadnych informacji turystycznych w naszym języku, kiedy można było zauważyć japońskie, hiszpańskie, włoskie, rosyjskie, tureckie…), znalazłam masę pozytywów. 
Londyn ma piękną i przede wszystkim prostą architekturę. Czułam się tam swobodnie, otaczające mnie budowle nie przytłaczały mnie, nie były zbyt wielkie, ale wyróżniały się między sobą kolorystycznie i stylistycznie, triumfuje tam minimalizm. Elewacje były zadbane, a fronty wręcz zapraszały do siebie. Znajduje się tam wiele charakterystycznych budowli, ciężko jest się zgubić w mieście podróżując pieszo, wokoło jest masa punktów orientacyjnych, co bardzo pomaga turystom. Ale mimo bogatej historii w Londynie jest miejsce, które nie stało się muzealnym posągiem. City of London / The City / Square Mile to nowoczesna dzielnica, która skupia w sobie w większości działalność handlowo-bankową. Stąd wzbijające się ku górze szklane biurowce, ludzie pod krawatami i ceny z dalszego kosmosu. Mniejszością są tu trzy główne atrakcje – Tower of London, Tower Bridge oraz Katedra św. Pawła.
Czyli jak w Anglii spędza się czas wolny. To lubię. Parki, pikniki, pogaduchy na świeżym powietrzu. Brakuje tego w naszej kulturze.

Polak też człowiek
Nie cierpię tej propagandowej nagonki na Brytyjczyków po przeprowadzeniu Brexitu. Z tego co zrozumiałam rozmawiając z kilkoma Polakami mieszkającymi w Wielkiej Brytanii, nagłaśnianie rasistowskich zachowań wobec naszych rodaków jest zwyczajną propagandą. Podobno takowe poczynania były zawsze, u nas też się to zdarza, lecz rzadko mówi się o tym w mediach. Ciężko mi się do tego obiektywnie ustosunkować, bo tam nie mieszkam, byłam tam jedynie w celach turystycznych i jedno mogę stwierdzić – Anglicy to cudownie pomocny naród.
Porównując moje doświadczenia z interakcją np. z Włochami mam podobne odczucia. Brytyjczycy chętnie pomagają. Czasem mogłabym powiedzieć, że się narzucali. Stojąc przy mapie podchodzili do nas i pytali czy nam pomóc (chętnie tłumaczyli co i jak, proponowali najlepsze rozwiązania). Robiąc sobie zwykłe selfie, zabierali nam aparat i sami pstrykali nam wspólne fotki (to się bardzo często zdarzało). We Włoszech było podobnie, natomiast różni ich temperament i sposób zachowania. Anglicy mają nieco inny humor – lekko ograniczony i zdystansowany, ale w przeciwieństwie do Włochów, są bardziej szczerzy, ale przede wszystkim… zorganizowani! Łączy ich również inna wspólna cecha: szaleni kierowcy samochodowi. To co wyprawiają na ulicach nierzadko wprawiało mnie w osłupienie (uważajcie przechodząc na pasach :P).
1.Piękny widok z samolotu. To definicja bycia nad chmurami. Cudowne wrażenia.
2. Aiko tuż po wylądowaniu w Londynie. Zmęczona, ale szczęśliwa!
W dzisiejszej notce wyłącznie kilka moich spostrzeżeń odnośnie wyjazdu. W kolejnej szczegółowo opisze co zwiedzałam i co Wam polecam bądź nie. Wracam powoli do normalności, prawie końcówka września, a ja dopiero zaczęłam chodzić do szkoły. Mam tragiczne zaległości względem szkoły i wiele ważnych spraw na głowie, dodatkowo szukam pracy po szkole lub na weekendy. Muszę sobie jakoś poukładać grafik, uczyć się i poświęcić czas bliskim. To będzie ciężki rok. 
Pokrótce zapowiadam Wam, że jeszcze tego roku prawdopodobnie po raz drugi w  życiu odwiedzę Węgry. Ostatni raz byłam tam z 6 lat temu na wymianie, mam nadzieję, że moje wspomnienia się odświeżą. Szczegóły już niedługo. Życzę Wam przyjemnego i cieplutkiego końca lata (to już jutro jesień!). Ja ne!

Z dnia: 22.09.2016

9 września 2016

[118] wROCK for Freedom // Wrocław 29.08.16

Ostatnio trochę się wszystko pokomplikowało. Szczególnie mój sposób myślenia – jest inny. Pragnę zmienić swoje życie (spokojnie tylko na jakiś czas). Aiko imprezowiczka musi zacząć myśleć o przyszłości nieco trzeźwiej. Ten koncert był ostatni jaki planuje w najbliższych miesiącach.


Do tej pory jarałam się każdym ulubionym zespołem, który grał w zasięgu moich możliwości. Jednak na chwilę obecną planuje kończyć ze wszelakimi eventami i zająć się głównie nauką w klasie maturalnej, aby dostać się na wymarzone studia. Równocześnie chcę zbierać pieniądze na kolejną podróż, by móc zrealizować następne w kolejności po Londynie turystyczne marzenie. Tym razem może Japonia? Jeśli nie Azja, to trip autostopem po Norwegii będzie zadowalający?

wROCK for Freedom – Legendy Rock’a we Wrocławiu

Ta impreza stała się zapowiedzą moich oszczędności oraz tymczasowym postojem w koncertowaniu. Choć wielu przeciwności i mimo że los z dnia na dzień mówił mi: „nigdzie nie jedziesz!”, to w ostatniej chwili udało się wsiąść do pociągu i ruszyć ku wrocławskiej przygodzie. 

Wałbrzych Miasto → Wrocław Grabiszyn

„Idźmy za tłumem” - te hasło zawsze się sprawdza, kiedy nieznane jest Ci dokładne miejsce eventu, a chcesz się na niego dostać. Przepis? Podążaj za dziwnie ubranymi ludźmi, resztę zrobi intuicja.
Ostatki koncertu Hantera.
wROCK for Freedom odbył się na wrocławskiej Zajezdni MPK – w miejscu, gdzie niegdyś rodziła się wrocławska Solidarność. Bilety były do nabycia w cenie od 50 do 90 złotych, a na imprezie występowały Legendy Rock’a, a więc Illusion, Hunter i gwiazda wieczoru – Sabaton. Moim koncertowym marzeniem od wielu lat był występ Sabatonu. Jednak los nigdy nie pozwolił mi ich zobaczyć. Tym razem, kiedy tylko pokazała się informacja, że mój ulubiony zespół zagra, zakupiłam bilet i tym samym nakazałam sobie jechać na koncert.
1.Piwerko.
2.TAK! To Joakim... no dobra jego sobowtór. :P
Sabaton – jest to jeden z najpopularniejszych heavy metalowych zespołów poruszających w utworach tematykę wojenną, którzy zyskali miłość polskiej publiki, ale dziki temu, że sami ją nam okazali! Miłośnicy historii (ale chyba nie tylko) doskonale wiedzą dlaczego. Panowie tym razem promowali swoją dwuletnią płytę „Heroses”, ale prócz kawałków z wspomnianego krążka zagrali popularne utwory jak „Primo Victoria” czy „Uprising”. Oprócz tego grali kilka wspaniałych nowości z tegorocznej płyty „The Last Stand” - dla mnie osobiści prym wiedzie „Sparta”! Co ciekawe zespół postanowił zagrać w Polsce po raz pierwszy na żywo piosenkę „Winget Hussars”. 
Koncert Sabatonu był naprawdę bardzo dobry. Joakim (wokalista) potrafi porwać tłumy i sprawić by bawiły się lepiej niż przewidywały. Dla mnie niezwykle ważna jest interakcja z zespołu z publicznością, jeśli to nie występuje, zdecydowanie impreza traci na jakości. No… oczywiście my także dokazywaliśmy. Głośno śpiewaliśmy, namawialiśmy chłopaków do picia (próby upicia) piwa i porywaliśmy się w dobre pogo (prawie bym straciła zęba!).
Co ważniejsze, organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Czułam się bezpiecznie, punkty gastronomiczne były świetnie rozlokowane, a (o dziwo, co raczej wynikało z kultury ludzi) ‘ToiToi-e’ względnie czyste. Wszelkich informacji można było dowiedzieć się od ochroniarzy i organizatorów. Podsumowując: bardzo na plus.
Podczas koncertu Sabatonu.
Karłowata Aiko przerosła tłumy! (Zmieniłam fryzurkę i mam grzywkę!)
Ale ktoś zapyta: skoro był to festival, to dlaczego Aiko opisuje jedynie występ Sabatonu? Ano już prostuję. Bawiłam się jedynie na ich koncercie. Przyszłam na wROCK for Freedom pod koniec gry Hantera, aczkolwiek potem grał Illusion, za którym nie przepadam i w tym czasie zajęłam się poszukiwaniami znajomych i piciem piwa.

Coś z życia Aiko
W niedzielę z samego rana wylatuję z Wrocławia do Londynu. Po dwóch i pół miesiącach pracy mam tydzień odpoczynku, a kolejno ostro zabieram się do nauki do egzaminów, a następnie do matury. Relacja z Anglii będzie szczegółowa, mamy z Pandą wiele punktów podróży. Trzymajcie kciuki za bezstresowy lot i miły pobyt. Pamiętajcie! Na niektóre marzenia można zarobić! Ja ne!

P.s.
Oglądajcie mojego snapa, będą liczne fotorelacje z pobytu w Londynie dodawane na bieżąco.
Z dnia: 09.09.2016

12 sierpnia 2016

[117] "Love me if you dare"

Rok produkcji: 2015/16; Liczba odcinków: 24; Gatunek: Thriller, Kryminał, Romans


Młoda dziewczyna, świeżo upieczona absolwentka studiów - Jian Yao (Ma Si Chun) -  poszukuje pracy. Jedyną ofertą którą otrzymała, jest propozycja zostania tłumaczem dla profesora Bo Jin Han (Wallace Huo). Przyjeżdżając pod wskazany adres jest znacznie zaniepokojona. Miejsce wydaje się być nadzwyczaj ciche, tajemnicze, a nawet straszne… Sam zaś pracodawca jest dość abstrakcyjny – przystojny, wysoki i chudy mężczyzna, introwertyk - unika kontaktu  z ludźmi, małomówny i zagadkowy. Jian Yao otrzymuje pracę. Stara się pomagać profesorowi na miarę wszystkich swoich możliwości. Ze względu na jego ulubione jedzenia – ryby, postanawia składać zamówienia na codzienne dostawy ze sklepu swojego wuja, prosto do domu mężczyzny. Wkrótce okazuje się, że dostawca, którym jest nastoletni kuzyn dziewczyny, zaginął. Wuj Jian Yoa oskarża profesora o uprowadzenia, a nawet o morderstwo chłopca. Czy ma ku temu powody?

Koreańskie romanse i komedie stały się dla mnie zbyt oczywiste (a żeby nie powiedzieć, że zwyczajnie nudne). Mając przerwę w oglądaniu, a przy tym szukając nowej wciągającej dramy, ktoś polecił mi „Love me if you dare”. Patrząc na pochodzenie serialu z góry skazała bym go na odrzucenie, ze względów oczywistych – produkcja chińska. Coś mnie jednak tchnęło i zanurzyłam swe ślepia w pierwszym odcinku, a potem kolejnym i kolejnym….


„Love me if you dare”  to niecodzienna produkcja. Pełna tajemniczości i zagadkowości, przy drobnym sarkastycznym humorze i ciągnącym się wątku miłosnym. Bohaterzy to nie puste lalki i ich pobratymcy, lecz świetnie wykreowane osobowości, mające równie dużo zalet, jak i drobnych, niedrażniących nas wad. Główny bohater to ideał każdej kobiety, choć nieśmiały w uczuciach, to bardzo bezpośredni oraz pewny siebie i swoich umiejętności w życiu zawodowym mężczyzna. Myśli logicznie, a nawet można by rzec, że za logicznie, bo jego IQ wynosi 180 (czym lubi się chwalić). Narcystyczny i nieco arogancji, lekko odpychający tych, którzy nie zdołali poznać go bliżej. Zaś postać  Jian Yao jest przeciwnością Bo Jin Han’a. Wesoła, towarzyska kobieta, ale przede wszystkim mądra, inteligenta i spostrzegawcza, co więcej natura obdarzyła ją ponadprzeciętną urodą. Choć bardzo uczuciowa i niekiedy strachliwa, wykazuje się wielką odwagą współpracując z profesorem Bo. Stara się rozwiązać zagadki, a jedną z nich, prawdopodobnie największą, jest sam jej pracodawca.

Drugoplanowe postacie są równie interesujące: Zhang Xun Ran (Wang Kai) - przyjaciel Jian Yao, potajemnie w niej zakochany. Policjant zajmujący się sprawami kryminalnymi, zwykle bardzo podejrzliwy i skrupulatny. Inny barwny bohater to jedyny przyjaciel profesora Bo -  Fu Zi Yu (Yin Zhen), który pilnuje uczuć Jin Han’a i go w nich uświadamia, zna go bardzo dobrze i na co dzień jest jego kierowcą. Wesoły i rozrywkowy, uwielbia żartować, ale w sytuacjach krytycznych wykazuje się powagą i odpowiedzialnością. 

Drama ma wiele plusów, a głównym jest niecodzienna fabuła. Przez większość odcinków podtrzymywana jest atmosfera zagadkowości i przez bardzo długi czas odkrywamy osobowość głównego bohatera, która pod wpływem znajomości z Jian Yao się powoli zmienia. Dodatkową zaletą są wątki kryminalne, które jak się okazuje w dalszej części, są ze sobą ściśle powiązane. W dramie nie brakuje brutalnych scen śmierci (i nie są to sceny strzelanin, lecz bardziej wyszukane i skomplikowane) oraz krwi. Tajemniczość momentami sprawia, że wrażliwcy mogą czuć strach, który w późniejszych minutach jest rozładowany zabawnymi, paradoksalnymi scenami.


Dla mnie ogromnym plusem są także role aktorów pochodzenia amerykańskiego - to nadaje zawsze dramom takiej... "globalności"(?). Jednak równocześnie jestem bardzo zawiedziona, ponieważ w rozmowach chińsko-amerykańskich język w jakim mówią jest mieszany. To mnie bardzo zdziwiło. W żadnych dotychczas dramach się z tym nie spotkałam. Tu jednak biali aktorzy mówili po angielsku, a skośni dopowiadali im po chińsku. Dialogi te były dla mnie śmieszne i nienaturalne. Stąd pod tym względem to ogromny minus dla produkcji. 

Ostatecznie mogę stwierdzić, że gra aktorska była na wysokim poziomie, aktorzy znakomicie wcielili się w swoje role. Fabuła jest doskonała i na pewno widz nie będzie się nudził oglądając „Love me if you dare”. Przejścia z historii w nową historię są łagodne, ale całość akcji bardzo dynamiczna i rozwijająca się do samego końca serialu. Lecz przez wtopę z mieszanką języków, moja ocena końcowa będzie nieco niższa niż poniektórzy oczekują: 
9/10



Coś z życia Aiko

Witam Was serdecznie po powrocie z sezonowego obozu pracy nad morzem. Ponad 6 tygodni tyrani po 14h dziennie z 1-2 godzinną przerwą. Nieregularne posiłki złożone z fast foodów, kawy i słodyczy, a mimo wszystko jest Ciebie mniej niż więcej. Chwilowe i niewiążące przyjaźnie. Po pracy relaksacyjne picie alkoholu w knajpie lub na plaży o zachodzie słońca i opalanie się w świetle księżyca. Zarobki poniżej średniej krajowej z nienormowanym czasem pracy, ale za to ogromnym doświadczeniem! Tak, od dziś już wiem, żeby nie kupować NIGDY ręczników nad morzem. 
To moje krótkie podsumowanie sezonowej pracy. Aczkolwiek nie zniechęciłam się. Nawet mi się podobało, na pewno zdobyłam doświadczenie, praca choć męcząca, to całkiem satysfakcjonująca, ale nie równała się wynagrodzeniu. Grunt to zarobić co się da zarobić i  spier*alać.
Jeden plus jest taki: zarobiłam na wyjazd do Londynu.  Już mam zabukowany lot i zarezerwowany hotel w centrum miasta. Dopracowałam także więcej szczegółów podróży, o czym dowiecie się, ale dopiero za miesiąc. Dokładnie 11 września wylatuje do Anglii!

P.s. Zastanówcie się dlaczego dnia 11 września bilety lotnicze były tańsze (ja wiem).



Z dnia: 12.08.2016r.

24 czerwca 2016

[116] Around the world: Italy (northwest)

O moich podróżach do Italii czytaliście wielokrotnie i czytać pewnie jeszcze będziecie, bo Włochy północne to nie jedyny mój cel. Jeszcze wrócę do słonecznej Italii, ale na ciepłe południe. Welcome to Italy!

Włochy to bardzo ciekawy kraj, z bogata architekturą – szczególnie kościelną, licznymi muzeami, wąskimi uliczkami, zadbanym budownictwie. Bolonia to zupełnie inne miasto niż te, w których dotychczas bywałam. Szerokie drogi, wysokie budynki, masę arkad wijących się wzdłuż kamiennych chodników, freski ścienne i dwie wieże jako symbol tego miasta. 
Widok na miasto z wieży Asinelli.
Bolonia słynie z kilku zabytków, a w tym z najstarszego uniwersytetu na świecie założonego w 1088 roku, na którym studiował nasz wielki polski uczony Mikołaj Kopernik. Via Zambni to ulica dziwactw, kolorów, tętniąca życiem studenckim. Znajduje się tam kilka muzeów, ale nie to jest w niej ciekawe. Wieczorami i weekendami można trafić na koncerty uczniów z uniwersytetu, czy oglądać artystyczne murale na budynkach (patrz zdjęcie w TYM poście). Z kolei punktem orientacyjnym w Bolonii są dwie wieżeAsinelli licząca prawie 100 metrów i mająca blisko 500 schodów (bilet: 3 euro) oraz Garisenda, która jest o połowę niższa. Głównym placem w Bolonii jest Piazza Maggiore. Ogromne skupisko wycieczek lgnie tam do Bazyliki San Petronio, która miała być jednym z największych kościołów na świecie. Znajduje się tam także ratusz i pomnik Neptuna, a także niedaleko stara biblioteka i muzeum archeologiczne. Choć jednym z najciekawszych dla mnie zabytków była Bazylika Santo Stefano. W porównaniu z San Petronio (strzelisty, bogaty w przepych, masa ozdób, rzeźb, obrazów, złocistości i jasności...) to skromny kościół. Byłam tam aż dwa razy. Jak na takiego bezbożnika jak ja, to rzecz prawie niemożliwa, a jednak... Z wierzchu niewielkie niepozorne budownictwo, w środku ciężkie masywne mury, gołe ściany i ołtarze, ciemność. Jest to o tyle ciekawe miejsce, że wewnątrz jednego kościoła znajduje się 7 innych. Przechodząc z pomieszczenia do pomieszczenia, idziemy przez nie, widzimy dwa małe dworki ze studniami i zielenią. Tak moim zdaniem powinny wyglądać kościoły – uczyć pokory, skromności, nie pokazywać swej wyższości, być cichym azylem dla modlitw. Niewiele takich kościołów spotkałam, a Włochy to kraj obfity w sakralne miejsca, większość jednak szczyci się bogactwem, a nie czystością. Smutne. 
Inną atrakcja jest droga pod arkadami do Sanktuarium Madonny di San Luca. Spacer na górę trwa około godzinki, ale można tam również wjechać kolejką za około 10 euro (ale satysfakcji nie będzie). Ciekawostką jest, że do sanktuarium prowadzi szatańska ilość arkad, bo jest ich aż 666.
Droga i Sanktuarium San Luca.
1. Wieża Asinelli.
2. Mówiące ściany - ciekawostka, kiedy będziecie na 
Piazza Maggiore, obok Neptuna, odszukajcie je koniecznie! Stojąc twarzą i mówić do ścian osoba stojąca po ukosie w taki sam sposób usłyszy co mówicie. Zabawa jest Przednia!
Kolejnym miastem, niezwykle znanym każdemu podróżnikowi, ale też graczom Assassinów i fanom historii, a szczególnie renesansowej architektury to stolica Toskanii – piękna, wręcz bajeczna Florencja – ciasne uliczki, stare budownictwo, bogactwa sakralne i mosty… Urokliwe, w sam raz na romantyczną przechadzkę z drugą połówką.
Most na rzecze Arno

Zabytków Florencja ma wiele. Pionierskie miejsce zajmuje katedra Santa Maria del Fiore. Budowana ponad 150 lat swoją potęgą zapiera dech w piersi, a ku jej szczytu wznosi się największa ceglana kopuła na świecie, z której można podziwiać panoramę miasta. Zaś tuż obok jest dzwonnica Campanile di Giotto, która służy również oglądaniu krajobrazu wokoło (ponad 400 schodów do pokonania, więc jeśli wybierzecie się do Bolonii i zdobędziecie Asinelli, z dzwonnicą także trudno nie będzie). 
Zaś zwolennicy literatury mogą podziwiać Dom Dantego wielkiego i najbardziej znanego pisarza włoskiego, autora „Boskiej Komedii”. We Florencji się urodził, tam też poświęcono jego życiu i twórczości muzeum. Ciekawostka jest, że tuż przed średniowiecznym budynkiem na bruku wyrzeźbiona jest twarz artysty, którą (UWAGA) można zobaczyć dopiero wtedy, gdy poleje się odpowiednią cześć chodnika wodą. 
Symbolem miasta jest przede wszystkim most na rzecze Arno – Ponte Vecchio. Zatłoczony i otoczony wieloma drogimi „sklepikami”.
Punktem centralnym miasta stało się miejsce – Piazza della Signoria, gdzie znajduje się fontanna Neptuna oraz rzeźba Michała Anioła – Dawid (której oryginał został przeniesiony Muzeum – Galeria dell'Academia).
Twarz Dantego wyrzeźbiona w bruku i... polana wodą. 

Katedra Santa Maria del Fiore
Kolejnym miastem, które odwiedziłam podczas pobytu we Włoszech była Rawenna, znana jako miasto sakralne, ale przede wszystkim rozpoznawalne dzięki bizantyńskiej architekturze i mozaikom. Moje pierwsze wrażenie? Skromne, ciche, przyjazne miasteczko, ale opływające w zachodnich turystach (szczególnie Niemcach i Brytyjczykach). Można było przechadzać się po cichu uliczkami nie gubiąc się w tłumach.
San Vitale
Rawenne trzeba wiedzieć jak zwiedzać. Pierwsza rzecz to zakup biletów upoważniających nas do wejścia do 5 głównych obiektów (jedyne 11 euro), dostajemy wówczas też mapkę i podążamy za wskazanymi znakami. Pierwsza na celowniku jest bazylika San Vitale, którą spotkacie na każdej jednej widokówce. Prezentuje się nadzwyczaj okazale, świątynia znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Wnętrze jest bogato dekorowane mozaikami, ale ja zauważyłam tak także w pewnym sensie pokorę, co mi się bardzo podobało. Kościół budowany jest na planie ośmioboku, A tuż obok znajduje się Mauzoleum Galli Placydii o pięknych zdobieniach - dla mnie - cud artystyczny!
Mauzoleum Galli Placydii
Z kolei bazylika Sant’Apollinare Nuovo choć z wierzchu nie pozorna, wewnątrz bogato zdobiona (nie zaskoczę Was) mozaikami. Po obu stronach ściany składają się z trzech pasów - Nowy Testament, Apostołowie i Prorocy, Orszaki dworne wraz z królem Teodynem i męczennikami.
W Rawennie znajdziecie wiele innych okazałych zabytków jak Baptysterium Ortodoksów, ariański czy Basilica Ursiana. Ale znajdziecie tam także grób wcześniej wspomnianego Dantego.
W tym miasteczku także spotkały nas miłe niespodzianki. Największym zaskoczeniem było, gdy weszliśmy do restauracji, chcąc coś przekąsić i pytając kelnerkę czy mówi po angielsku, odpowiedziała nam: "Po angielsku nie mówię, ale mogę rozmawiać po włosku i polsku." - w naszym rodzimym języku. Potem okazało się, że niegdyś nawet mieszkała w naszych okolicach. A żeby tego nie było mało, zwiedzając kościółki i kościoły zawędrowaliśmy do jednego z mało nam znanych i pospolitych. Trafiliśmy akurat na msze. Coś było nie tak.  Albo my totalni bezbożnicy zostaliśmy oświeceni, albo msza faktycznie była prowadzona w języku polskim. Ot zaskoczenia w tym niepozornym i cichym miasteczku.
Restauracja w której pracowała ta przemiła Pani z Polski - jedzonko pierwsza klasa!
Byłam także po raz drugi w Wenecji będąc tego roku we Włoszech, jednak miałam bardzo mało czasu na zwiedzanie (więc możecie przeczytać więcej szczegółów TUTAJ) i tak naprawdę zdążyłam tylko pooglądać widoki z wieży na Placu św. Marka, co widzicie niżej.


Co z cenami podróży? Zawsze to twierdzę i twierdzić będę, bo dwa lata temu i w ubiegłym roku, i teraz ceny dla nas Polaków są w sam raz. Bilety nie są drogie, ceny w restauracjach i kawiarniach całkiem przystępne, jedynie sklepy z pamiątkami szarżują - szczególnie we Florencji. Uwaga! Uważajcie. Masa sprzedawców w tamtym mieście oszukuje na tzw. "przecenach", co mnie bardzo zdziwiło. Włochy słyną z pięknych skórzanych torebek czy butów. Florencja to nie miejsce w którym powinniście je kupić. Jeśli planujecie to zrobić w jakimś znanym mieście, kupcie takowe wyroby prędzej w Wenecji różnica w cenie to nawet 10 euro o czym sama się przekonałam (kupiłam skórzaną torebkę za 35 euro w Wenecji, identyczną widziałam we Florencji za 44).

Opinia Aiko: Choć nigdy nie ciągnęło mnie do Włoch, udało mi się je zwiedzić trzeci rok pod rząd. Nie żałuję. Te państwo jest bliskie mojemu sercu, bliscy mi są tamtejsi ludzie i kwestią czasu będzie, gdy bliski stanie się też język. Ciesze się, że mogę mieć do czynienia z ichniejszą kulturą i tradycją, bo są dla mnie czymś niesamowitym.



Coś z życia Aiko
Dzisiaj w nocy wyjeżdżam nad morze do pracy. Czuję się trochę osamotniona, bo Panda wyjeżdża do Niemiec, a najlepsza przyjaciółka już mieszka w Anglii. Choć nie planowałam ani nie chciałam specjalnie opuszczać domu na wakacje za pracą, to marzenia i chęć podróżowania staje się dla mnie priorytetem. W te wakacje MUSZĘ zarobić na wyjazd do Londynu. Powoli planuję już podróż, wiem czego chcę i co osiągnę.
Trzecią klasę technikum bodajże kończyłam ze średnią 4.0 swojego świadectwa jednak nie zobaczę, bo zakończenie roku jest w piątek, a tego dnia będę już w Kołobrzegu. Jeżeli będziecie w okolicy Pobierowa, a może w samum Łukęcinie dajcie znać. Wiedzcie, że Wasza Aiko-chan tam będzie pracować! Trzymajcie się cieplutko i spędźcie miło i niezapomnienie te wakacje. Ja ne kochani! <3

Z dnia: 25.06.2016

12 czerwca 2016

[115] ONE OK ROCK // Warszawa 1.06.16

Tej nocy spalam zaledwie dwie godziny. Wraz z Pandą wstaliśmy prężnie tuż po godzinie 4 rano (a może bliżej 5?). Spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy do plecaków i ruszyliśmy na pobliską stację kolejową. W okolicach godziny 5:30 miał przyjechać pociąg. Podróż czas start! Wrocław -> Łódź -> Warszawa!

Te wydarzenie było jednym z koncertowych marzeń Aiko-chan. 1 czerwca w Warszawie odbył się występ jednego z przez nią uwielbianych zespołów. Ale to także dzień wyczekiwany przez innych wielbicieli j-rocku. Polskie granice przekroczyło ONE OK. ROCK. Ci japońscy artyści przyjechali w końcu do nas – polskiej publiczności.
Widok z Pałacu Kultury. :) Kocham oglądać krajobrazy.
Bilety na koncert trafiły do sprzedaży 4 marca. Tego też dnia (dokładnie wciągu dwóch godzin) zostały wyprzedane. Na całe szczęście Panda zdążył kupić i podarował je w prezencie urodzinowym Aiko. Oczywiście wkrótce potem wznowiono sprzedaż, ale w niewielkiej ilości. Czekałam 3 miesiące aby móc „otworzyć” swój prezent. Jechałam do Warszawy 9h aby móc posłuchać ulubionego zespołu przez jedyne 1,5h – to jest miłość.
W Warszawie byłam po raz drugi, tak więc chcąc skorzystać z okazji musiałam wejść na Pałac Kultury i obejrzeć panoramę. Porównując ją do ostatnich, jakie widywałam we Włoszech, to nic ciekawego. Te miasto zdecydowanie nigdy nie będzie dla mnie. Z polskich miast póki co chwalę sobie tylko Gdańsk i Kraków. Opcjonalnie Wrocław, który jest dla mnie synonimem miasta kulturowego, imprezowego i koncertowego.
Po nasyceniu się widokiem nadszedł czas na żarełko w meksykańskim fast foodzie i podróż do Progresji. Kombinacji było wiele. Wraz z Pandą śmialiśmy się, że łatwiej było nam się poruszać we Włoszech niżeli w Polsce. Generalnie ciężko było mi się „przestawić” na nasz język, komunikację miejską, na polskie realia. Po Warszawie chodziłam w kocich uszach, ku mojemu zdziwieniu wiele ludzi się na mnie zwyczajnie gapiło. Co było bardziej śmieszne niż krępujące, bo sądziłam że nasze miasta, w szczególności duże, są bardziej przyzwyczajone do takich widoków.
1. Pałac Kultury; 2. Aiko w kocich uszkach *meow, meow*; 3.Początek kolejki, która była dobre...10x dłuższa.
Pod Progresja byliśmy koło godziny 19. Zobaczyliśmy tłumy ludzi, nie… replay. Zobaczyliśmy ciągnącą się kolejkę ludzi, liczyła chyba dobre 150 metrów. Niektórzy stali tam już od rana. Zdecydowanie nie sądziliśmy, że kolejka na koncert może być porównywalna do konwentowych! Ale w końcu to ONE OK ROCK.
Czekaliśmy na wejście jakieś 50 minut. W tym czasie organizatorzy przedstawiali „krótki regulamin” co oznaczało: zakaz wnoszenia jakiegokolwiek jedzenia, aparatów fotograficznych, napoi większych niż półlitrowe butelki, oczywiście wnoszone bez zakrętek. (?!)  Bawiło mnie to nieco, bo wszystkie te rzeczy znajdowały się w plecakach, a plecaki i tak mieliśmy obowiązek oddać do szatni (która kosztowała 5 zł – drogo!), stąd pytanie, poco taki rygor? Ano po to by zarobić jak najwięcej na sprzedaży wodopoju i żarła. 


Kiedy weszliśmy do clubu zostało 10 minut do rozpoczęcia koncertu. Wewnątrz była masa ludzi, malutka Aiko próbowała stanąć w miejscu gdzie cokolwiek było widać. W ostateczności stanęliśmy z Pandą po prawej stronie sceny. Przez większość koncertu skakałam jak kuzka by móc zobaczyć idoli. 
Występ trwał około 1,5h, a to było 1,5h szczęścia, moment spełnienia koncertowego marzenia. Chłopaki na wejściu zagrali krótkie intro, następnie „Take Me to the Top”, „Memories”, „Deeper Deeper” , pojawiły się także przebije: „Clock Strickes”, „Cry Out”, „The Beginning”, a na koniec wzruszające „Wherever you are” i „No secred”. Publiczność polska musiała zadziwić chłopaków, nie było piosenki której byśmy nie znali i chcieli z nimi śpiewać. Podczas koncertu Taka potrafił także i nas zaskoczyć. W pewnym momencie powiedział nam: „dziękuję” oraz „cześć, kocham was” po polsku, a kiedy wyszedł na bis, śpiewał z naszą flagą na plecach. 


Koncert skończył się około godziny 21,40. O 23:00 wraz z Panda mieliśmy autobus powrotny do Wrocławia, gdzie byliśmy o 4 nad ranem. Niecałą godzinę potem przesiedliśmy się do pociągu, a potem znów Aiko do autobusu. Ostatecznie o 8 rano padłam na łóżko jak kłoda, a gdy się obudziłam miałam wrażenie, że całe te wydarzenie było snem. Jedynymi pamiątkami były bilety i wspomnienia. Czekam na kolejny koncert OOR w Polsce!


Podrzucam Wam filmik z YT, który znalazłam. Na szczęście sa ludzie, którzy dzielą się szczęściem z innymi. Ja niestety mam jedynie krótkie filmiki ze snapa, które oczywiście podczas koncertu dodawałam i mogliście oglądać na bieżąco.

Coś z życia Aiko
Relację dopiero teraz publikuję, bo od dłuższego czasu mam poważny problem z laptopem. Chyba czas na nowy sprzęt. Acz wydatków w te wakacje będę miała wiele. Zbliżają się urodziny Pandy (Jaki prezent mogę mu kupić? Macie jakieś pomysły?), planuję tego roku wyjazd do Londynu, najlepiej w sierpniu lub wrześniu. Koszty lotu, zwiedzania, ale szczególnie noclegu będą spore i tu poszukuję jak najlepszej i tańszej opcji. Jednak nic nie osiągnę, jeśli nie znajdę pracy dorywczej na wakacje. Oczywiście liczę, że wszystko pójdzie po mojej myśli. :)
Jutro zaś i w piątek czekają mnie egzaminy zawodowe. Trzymajcie mocno kciuki, warto by było zdobyć w przyszłości ten tytuł technika. Ja ne!

Z dnia: 12.06.2016

31 maja 2016

[114] Around the World: Life in Italy

Bolonia to synonim mieszanki kulturowej, językowej, wyznaniowej. Muzułmanie, Katolicy, Ukraińcy, Pakistańczycy, Czarnoskórzy czy Azjaci – pochodzenie żyjących tu ludzi nie ma znaczenia, tak samo jak ich wiara lub ubarwienie skóry. Bolonia to nie miasto które trzeba zwiedzać, lecz miasto w którym powinno się żyć.

Wiecznie spóźniające się autobusy, przeładowane, śmierdzące, w zimne dni z działająca klimatyzacją, w ciepłe wręcz przeciwnie. Gwarne ulice pełne ludzi z reguły nieśpieszących się na nic, masa rowerzystów i motocyklistów – i słusznie, gdyż ten środek lokomocji jest najpewniejszy i najszybszy w godzinach szczytu.
We Włoszech jestem już 3 rok z rzędu. Tym razem najdłużej, bo aż miesiąc. Żyję i pracuję. Obserwuję, słucham i czuję te miasto. Zwiedzam, kupuję, rozmawiam z tubylcami. Krótko mówiąc staram się wtopić w tłum, zaczerpnąć włoskich smaków, kultur i tradycji.

Obserwacja terenu
Italia to naprawdę ciekawy kraj. Wiele nauczyłam się o ich kulturze i obyczajach. Powtarzam to i powtarzać będę – Włosi to ludzie pełni energii, żywiołowi, przepełnieni radością. Ale także otwarci i szczerzy. Pracując z nimi mogę zdecydowanie określić ich stosunek do pracy jako wolny, lecz komplementarny. Do większości rzeczy podchodzą na spokojnie, nie śpieszą się z codziennymi obowiązkami, wykonują je rutynowo, wolno, z przerwami na rozmowę, kawę, żarty. Klientów przyjmują z uśmiechem i kulturą. Starają się pomagać na miarę swoich możliwości, a nawet i więcej. Nas stażystów traktowano nieco egzotycznie. Wypytywano o szkołę, język, porównywano Polskę do Włoch, nie wymagano od nas zbyt wiele. 

Jak już wspomniałam Bolonia to istna mieszanka kulturowa, masa obcokrajowców, nieprzyjemnych/przyjemnych sytuacji, nieporozumień. Fala uchodźców zalała tamte regiony. Szczerze powiedziawszy podczas samotnych wędrówek po mieście czułam się nieswojo, a nawet niekiedy bałam się. Ludzie patrzyli się na jasnoskórą, bladą karnację Aiko i jej rude włosy. Ciężko było znaleźć tam rudowłosego człowieka! Może ich nie lubią? Chodziliśmy po mieście minimum parami, mimo wszystko zaczepiano nas, mówiono „bella”, cmokano (znak, że ktoś się komuś podoba) czy nawet chciano umówić się na randkę. Starsi ludzie zaś patrzyli się spode łba. Mamrotali coś pod nosem kiedy podczas 25-30 stopniowych upałach chodziliśmy w krótkich spodenkach czy sukienkach. Sami jednak byli ubrani w czasie tak wysokiej temperatury nawet w grube kurtki! Dziwna sytuacja. Typowi Włosi jednakże wyróżniali się na tle przyjezdnych. Mieli więcej kultury i byli mniej opryskliwi podczas takich sytuacji – które były bardziej zabawne niż strachliwe.


Fakt, o tym się (nie) mówi
  • Przede wszystkim do autobusów wchodzi się przednimi lub tylnimi drzwiami, a wychodzi zawsze środkowymi. Zwykle podróżujący nie upominają się, nie krzyczą i nie wyzywają kiedy nie ustąpicie im miejsc. Autobusy są bardzo przeładowane, ludzie przeciskają się dwa przystanki przed wysiadaniem do drzwi, ciągle pytając czy ktoś wysiada, bo sami nie zdążą wysiąść - prawda, autobusy stoją na przystankach bardzo krótko. 
  • Włosi nie znają angielskiego. Młodzi ludzie uczą się go. Znają typowo szkolny język, bardzo wyraźnie mówią, najprostszymi zdaniami. Starsi zaś nie znają go w ogóle (nie mówię o miejscach typowo turystycznych jak Florencja czy Wenecja, gdzie niejeden sprzedawca może zagiąć polskiego anglistę…). Zabawie jest gdy stoisz na ulicy lub w autobusie, zaczyna do Ciebie ktoś mówić po włosku, a ty odpowiadasz mu „Non parlo Italiano.” co oznacza: „nie mówię po włosku.”. Ta osoba wnet się reflektuje i powtarza to samo co mówiła wcześniej, lecz głośniej, wolniej, ale nadal po włosku. 
  • Ceny ubrań w sieciówkach są dużo tańsze niż w Polsce. To jest dla mnie niepodważalny fakt. We Włoszech kupiłam masę ciuchów – spodnie, katany, koszule, bluzki… wydałam zdecydowanie mniej pieniędzy niż płaciłabym za te same towary w Polsce. 
  • Wina i espresso to dwa rodzaje napoi, które najczęściej są spożywane we Włoszech. W Italii można wsiąść za kierownice mając 0.5 promila alkoholu we krwi, co oznacza, że na spokojnie można wypić jedną lampkę wina do obiadu i pojechać na zakupu. Espresso jednak pija się szybko i dostaje się w malutkich filiżankach na jednego łyka, potem zapija wodą. 
  • Sjesta to po prostu „lunch time”. Za każdym razem będąc w pracy przychodził do nas pracodawca i krzyczał ucieszony „It’s lunch time!”, chodziło mu zwyczajnie o przerwę obiadową. Niestety u mnie w pracy trwała ona aż 3h. Lecz większość marketów, sklepów czy kawiarni funkcjonowała normalnie. Zdziwiłam się jednak gdy na kościołach widniał napis: „od 12:00 do 15:00 zamknięte”. 


Do Polski przyjechałam dwa dni temu. Podróż minęła mi całkiem komfortowo jak na 15h siedzenia w autokarze. Jestem już rozpakowana i zaczynam przyzwyczajać się z powrotem do polskich realiów. Bolonia podobała mi się bardzo. Na pewno chciałabym wrócić w to miejsce i spotkać ponownie tamtejszych ludzi – bo warto! 

W tej chwili pakuję znów manatki i wyjeżdżam do Warszawy. Już jutro w godzinach wieczornych zacznie się najważniejsze w tym roku wydarzenie dla fanów j-rocka. Mianowicie na w clubie Progresja Music Zone zagra zespół ONE OK. ROCK. Na pewno na snapchacie będę na bieżąco relacjonować te wydarzenie. Tych którzy nie mogą tam być, ale chcą zobaczyć co się będzie działo zapraszam do obserwacji My Story na snapie.


Ukaże się na blogu oczywiście relacja z wydarzenia w Warszawie, a wkrótce potem notka (nadal) z wyjazdu i zwiedzania Italii. Ja ne kochani!

Z dnia: 31.05.2016

13 maja 2016

[113] Around the world: Work in Italy

Italia to cudowny kraj. Już trzeci rok z rzędu przyjeżdżam do Włoch, jednak tym razem nie w celach wycieczkowych, ale na praktyki zawodowe. Przez miesiąc pracuję z prawdziwymi Włochami w prawdziwym sklepie włoskim, szkoląc się w zawodzie jakim jest reklama.
W Bolonii jestem już 2 tygodnie. Zwiedziłam już troszkę miasta, byłam po raz drugi w Wenecji, jutro będę zwiedzać Florencję (o czym oczywiście napisze w osobnych notkach).

Praca
Pracuję w sklepie sportowym wraz z trójką przyjaciół na dwie zmiany – rano i popołudniu po 4h. Sjesta trwa 3h – jest to naprawdę długo! Większość praktykantów ich nie ma wcale lub ma przez 1-2h. Dodatkowo pracujemy bardzo daleko od zakwaterowania. W godzinach szczytu jedziemy do pracy około 1,5h, a poza nimi średnio godzinę. 
Pracujemy z typową włoską rodziną. Na całe szczęście dwójka z nich mówi płynnie po angielsku (ale bardzo prostym szkolnym językiem). Na praktykach się nie przepracowujemy. Naszym zadaniem jest fotografowanie asortymentu sklepu (sprzęt narciarski, do tenisa, buty, ubrania) i wstawianie na stronę internetową, a także projektowanie kolaży promocyjnych oraz zwykłe pomaganie w sklepie przy sprzedaży. 
Takie praktyki to na pewno nie jest mój szczyt marzeń. Są zwyczajnie nudne i nie możemy nauczyć się na nich niczego nowego. Ba! To nas się pytają co chcemy robić i jeżeli czegoś nie chcemy robić, to tego nie robimy (a robimy wszystko, bo nasi pracodawcy są mało kreatywni i wymyślają nam zadania nawet przez parę godzin). 
Włosi pracują wolno. To nie stereotyp, to szczera prawda. Każda wykonana praca (według nas) w normalnym czasie, jest dla Włochów wykonana zbyt szybko, a ich zdumienie jest dla nas bardzo zabawne. W dodatku wszystkie nasze prace są przez nich komentowane: „bello” co oznacza „piękne”. W szkole z trudnością byśmy otrzymali za nie ocenę mierną.

Zakwaterowanie
Mieszkamy w trzygwiazdkowym hostelu. Mamy 30-sto metrowy apartament z łazienką, kuchnią z wyposażeniem i telewizorem na dwie osoby. Pokoje wyglądają szpitalnie. Co tydzień przychodzi do nas dwóch Pakistańczyków aby go posprzątać, zmienić pościel i ręczniki. Warunki (nie) są wspaniałe, nie mamy na co narzekać. Nocami jest bardzo zimno. Początkowo nie było wody w kranie, a kiedy już został zreperowany, nie przestaje z niego kapać. W łazience nie ma kabin prysznicowych, a na domiar tego są one przystosowane dla osób niepełnosprawnych, więc są nie przystosowane dla nas – pełnosprawnych. 


Życie akademickie
Co prawda jeszcze studentką nie jestem, ale zaczerpnęłam troszkę życia akademickiego. Nocne biesiadowanie przy włoskim winie/piwie, codzienne gotowanie makaronów, latanie po sklepach odzieżowych (mało studenckie, ale tu naprawdę jest tanio!), spacerowanie po mieście, wczesne wstawianie do pracy, ciągłe zaopatrywanie lodówki…
Przez pierwsze dni miło było siedzieć do późnych wieczorów z przyjaciółmi, żartować, a przy czym pić różnorodne trunki alkoholowe. Ale ostatecznie wydaje mi się, że nie nadaje się do życia w takim społeczeństwie. Mieszkanie z kimś w jednym pomieszczeniu jest dla mnie nadzwyczaj męczące. Brak własnego miejsca, chwili spokoju, ciągłe chichoty zza ściany, dzwonki do drzwi i pytania: „pożycz to…”, „gdzie jest…”, „co robisz…”, „idziesz na miasto?”. Nie mam czasu dla siebie, denerwuje mnie patrzenie na twarze tych samych ludzi dzień w dzień, to że nie mogę spokojnie usiąść i obejrzeć dramy, wyspać się na tyle by mieć dobry humor, porozmawiać z papugiem czy pogłaskać kochanego psa. Słowem – tęsknie, za domem i świętym spokojem, który dotychczas miałam. Praca przy tym wszystkim jest oazą spokoju, jaką mogłabym sobie wymarzyć, gdzie mogę mało myśleć i powoli odliczać czas do wyjścia. Bo do końca wyjazdu jeszcze troszkę czasu mi zostało…


Zostało mi jeszcze dwa tygodnie pobytu. Pogoda nam nie dopisuje, jest zimno, od kilku dni pada deszcz. Póki co nie zapowiada się na poprawę pogody, ale mam nadzieję, że jutro we Florencji będzie w miarę przyjemnie. Trzymajcie kciuki, za słonko i moje dobre samopoczucie. Ja ne kochani!
Kto chce kartkę z Włoch? Jeśli chcecie, to piszcie do mnie w e-mailu lub prywatnej wiadomości na twitterze, że jesteście zainteresowani pocztówką od Aiko-chan (wyślijcie adres, ale podpiszcie się również nickiem jaki używacie komentując notki i wklejcie linka do swojego blogaska – chcę w ramach odwdzięczenia się za pocztówkę, widzieć kartkę w Waszej notce na blogu, jeśli zaś nie macie bloga to oczywiście nie macie takiej możliwości, ale kartkę dostaniecie). NIEAKTUALNE.

P.S. Jak tam Wasze matury?
Z dnia: 13.05.2016

30 kwietnia 2016

[112] Italia!

Już czas się pożegnać z Polską. Za chwilę wyjeżdżam do słonecznej Italii. Jestem spakowana w dwie walizki, ale to wciąż mało, musiałam wygrzebać kolejną torbę. Pakowanie się na cały miesiąc to istne okropieństwo!

Musiałam kupić wszystkie potrzebne rzeczy do Włoch typu:
1. Przejściówka do  gniazdka, bo mają inne, do tej pory nie miałam z tym problemu będąc w 2 razy we Włoszech, ale okazało się w mieszkając w hostelu będzie to konieczny zakup
2. Filtr przeciwsłoneczny, koniecznie 50, bo jak wiecie nie lubię się opalać
3. Rozmówki włoskie, gdyż zgubiłam z ostatniego roku

Oczywiście musiałam spakować masę swojego jedzonka, choć będę zajadać się tamtejsza kuchnią, to oprócz tego będę gotować sobie sama. Kilka par butów i ubrania czy kosmetyki… Całe szczęście wyjeżdżamy autobusem i mamy nieograniczoną ilość bagaży do wzięcia, bo samolot byłby poważnym problemem. Jednak jeden wielki minus tej podróży to czas. Aż 15h jazdy! Toż to będzie katorga dla naszych tyłków, nóg, kręgosłupów i w ogóle całego ciała.

Jakie mam oczekiwania względem tego wyjazdu? Przede wszystkim cieszę się, że kolejny raz zaczerpnę trochę włoskiej kultury. Ludzie tam mieszkający są nadzwyczaj mili, pomocni, uczynni i weseli. Praca z nimi i częstsze przebywanie w ich towarzystwie na pewno będzie ciekawym eksperymentem o czym na pewno tu napiszę. Mam nadzieję, że praca będzie satysfakcjonująca i nie będę musiała wyłącznie parzyć kawy i skanować papierki, ale będzie to coś nieco bardziej ambitnego. Oprócz tego chcę trochę pozwiedzać, na 100% po raz drugi odwiedzę Wenecję. Czy moje odczucia będą takie same jak za pierwszym razem (notka o podróży doWenecji KLIK)? Florencja również stoi przede mną otworem. W zależności na ile będę miała oszczędności tyle zobaczę. Bolonię planuję poznać od każdej możliwej strony, w końcu te miasto będzie moim domem przez kolejny miesiąc.

Na 90% będę miała na miejscu dostęp do Internetu, a co za tym idzie: możecie spodziewać się relacjonowania na blogu, ale i bieżącej foto-relacji na snapchacie.

Kto chce kartkę z Włoch? Jeśli chcecie, to piszcie do mnie w e-mailu lub prywatnej wiadomości na twitterze, że jesteście zainteresowani pocztówką od Aiko-chan (wyślijcie adres, ale podpiszcie się również nickiem jaki używacie komentując notki  i wklejcie linka do swojego blogaska – chcę w ramach odwdzięczenia się za pocztówkę, widzieć kartkę w Waszej notce na blogu, jeśli zaś nie macie bloga to oczywiście nie macie takiej możliwości, ale kartkę dostaniecie).


Kolejna notkę już napiszę (mam nadzieję) ze słonecznej Italii i będzie ona na pewno o moich pierwszych wrażeniach. Trzymajcie się cieplutko kochani! Ja ne!

P.s. Powodzenia wszystkim maturzystom!

Z dnia: 30.04.2016

20 kwietnia 2016

[111] Rock Fest Świebodzice 2016

16 kwietnia w Świebodzicach odbyła się już 4 z kolei edycja Rock Fest w Hali Widowiskowo – Sportowej w Świebodzicach. Gośćmi na imprezie byli: KRUK, LIPALI, ORGANEK, LAO CHE oraz gwiazdy wieczora: KULT.
KULT 

Moją skromną opinię zacznę od organizacji imprezy, gdyż to zdecydowanie u mnie minusowało. Organizatorzy nie przewidzieli dla uczestników wyjścia i ponownego wejścia na teren Rock Festu, co jest dla mnie totalną głupotą. Koncerty trwają dokładnie 9h (od 14,30 do 23,30), a my musieliśmy gnieść się na malutkim ogródki z garmażerką, piwiarniami i czteroma stolikami zamiast iść do okolicznej pizzeri. Ilekroć podczas koncertów można było spokojnie wypić piwo bez przeciskania się przez tłumy, o tyle podczas przerw w ogóle nie można było stanąć spokojnie i nie dało się nie wylać nic na drugą osobę. Ale ogródek to nie jeden problem. Dlaczego mężczyźni mieli dwa razy więcej toalet niż kobiety? Korzystanie z męskich jest mało wygodne dla nas – pań. Natomiast o bezpieczeństwo koncertowiczów dbano bardzo dobrze. Ochrona reagowała na każdą nieprzyjemną sytuację, medycy bacznie obserwowali tłumy i stali w gotowości. Od strony technicznej mogę tylko napomnieć, iż z mojej subiektywnej oceny akustyka na hali nie była wspaniała, a nawet drażliwa momentami, do domu wróciłam półgłucha, ale czego można wymagać od hali sportowej…

LAO CHE
Co Wam mogę powiedzieć o zagranych koncertach? Jak na pospolitą koncertowiczkę to było bardzo słabo. Wydane pieniądze nie równały się przeżytym emocjom, bo takowych prawie nie było. Tak naprawdę koncerty były według mnie poukładane od najlepszego do najgorszego, co niestety jest smutne. Kiedy przyszłam na Rock Fest trwał występ LIPALI, tłumów wówczas nie było, a i sami artyści czadu także nie dawali. W związku z tym postanowiłyśmy z Dredziarą iść do ogródka napić się piwa (z wodą). Kiedy tylko zaczęło przybywać więcej ludzi, popędziłyśmy na sale koncertową, zając sobie miejsce z samego przodu przy bramkach. Udało nam się. Na scenę wyszedł Organek. Tak właściwie na Rock Fest przyjechałam z trzech powodów – ORGANEK, LAO CHE i KULT. W dokładnie takiej kolejności grali. Organek dał świetny koncert, bawiłam się wspaniale, tłumy porwały się do śpiewu i tańca. Po występie chłopaków na scenę wyszło LAO CHE. Generalnie nie jestem ich wielką fanką, ale faktycznie dali popis i sala także dobrze się bawiła. Najbardziej jednak zawiódł mnie KULT. Kazik przez ponad godzinę grał kawałki w większości nie znane, nie popularne, nudne. Tylko niektórzy znali piosenki i pośpiewywali pod nosem. Poza tym tłum się „przefiltrował” nieco i wynikały dość nieprzyjemne sytuacje. Ludzie z samego przodu byli opryskliwi i niemili, nawet agresywni. Ścisk był okropny. Od 6h stałyśmy pod sceną. W pewnym momencie zrobiło mi się zwyczajnie słabo i musiałam wyjść z koncertu. W tym samym czasie (dopiero) zaczęli grac nieco lepsze repertuary i kiedy tylko chwyciłam trochę lepszego powietrza wróciłam do tłumu.
ORGANEK

Koncert skończył się około 23:30. Ostatecznie zaliczam go do jednego z gorszych imprez. Jeżeli miałabym się wybrać za rok na Rock Fest to musiałyby przyjechać naprawdę dobre zespoły, ale przede wszystkim organizatorzy musieliby popracować nad zasadami i regulaminem dotyczącym tego wydarzenia. W tej chwili u mnie bardzo minusują.

Coś z życia Aiko


Zostało mi dokładnie 10 dni do wyjazdu. Czekają mnie duże zakupy, rozmowa z przyszłymi pracodawcami przez skype po angielsku (już wiem, że sobie nie poradzę!), pakowanie i szykowanie. Oprócz tego nauka, bo 10 dni do wyjazdu oznacza 10 dni wszelakich zaliczeń sprawdzianów, kartkówek etc. Jedyną rzeczą którą się teraz obawiam to praca. Chciałabym móc pracować na własnym laptopie, ale również bez przeszkód komunikować się z pracodawcami (jeżeli ci będą również słabo znać angielski, to nie będzie wielkiego problemu, a nawet to lepiej, bo wówczas będą mniej wymagający). Włochy już czekają! Ja ne!

A wy na jakim koncercie byliście ostatnio? Już niedługo zbliża się koncert ONE OK ROCK!

Komu udało się zdobyć bilety? Z kim się mogę zobaczyć w Warszawie 1 czerwca?

Pamiętajcie, że każde wydarzenie, na którym jestem jest w tym samym czasie relacjonowane na snapchacie. Jeżeli jesteście ciekawi tego co się u mnie dzieje, zapraszam do obserwowania My Story.
Z dnia: 20.04.2016

9 kwietnia 2016

[110] Jak nie wydać miliona i zwiedzać świat

Już kwiecień. Myślę, że to dobry czas na krótki poradnik wakacyjny: „Jak planować podróż, żeby nie wydać milionów?”. Uważam, że to wspaniały temat, bo naprawdę wiele osób zadaje mi pytania: „ile pieniędzy trzeba mieć, aby podróżować po europie?”. Opowiedz moja jest zawsze prosta i treściwa: „A ile ich masz?”. Sęk często w tym, że ludzie uważają, że na podróże trzeba grubych tysięcy, aby opłacić bilety lotnicze i luksusowe apartamenty, ale gdyby tak zamienić samolot na samochód, a drogie hotele na campingi?


Wybierz samochód
Dlaczego jestem tak wielką zwolenniczką samochodów? Przecież można wyszukiwać tanie linie lotnicze i podróżować od punktu do punktu niskimi kosztami. Jednak gdyby odkładać tę kwotę biletów na paliwo, wyliczyć średnią spalania naszego auta i przejrzeć ceny paliw za granicą to możliwe, że koszt ten był by dużo niższy w stosunku do cen samolotów oraz zwiedzanych przez nas miejsc, bo przecież dodatkowym plusem jest fakt, że jadąc samochodem możemy się zatrzymać w każdym miejscu, zwiedzać obiekty turystyczne na trasie, poznawać kulturę i obserwować krajobrazy.


 Punkt docelowy
Określenie sobie miejsca, do którego chce się pojechać to coś oczywistego. Choć moje podróże są dość spontaniczne i mało sprecyzowane, to zwykle zaznaczam punkty na mapie, które mnie interesują – jest to dane miasto, region czy nawet sam obiekt (np. koloseum, pomnik, muzeum, zamek). Ogólnikowo jednak stwierdzam, iż chcę zwiedzić (przykładowo) lazurowe wybrzeże czy północną część Włoch.



Zaopatrz się w książki i mapy
Najważniejsze aby wiedzieć coś o krajach i kulturach, z którymi się zetkniemy. Obowiązkowo kupcie przewodnik wybranego kraju, bo tam znajdują się opisy miejsc turystycznych wartych uwagi, noclegów, polecanych restauracji, cen oraz informacje kulturalne i najbardziej przydatne zwroty językowe. Ja zwykle zaopatrzam się w przewodniki turystyczne PASCAL o przystępnej cenie i w miarę odświeżonymi informacjami (pamiętajcie, aby kupować jak najnowsze wydania!).
Rzeczą oczywistą jest także mapa. Najlepiej konkretnego kraju lub szczegółowa europy. Polecam taką, w której są „ogwiazdkowane” miejsca turystyczne i wiadomo, który region będzie dla nas atrakcyjny.


Język (to nie przymus)
Znajomość języka obcego NIE JEST OBOWIĄZKOWA! To dość zabawne, bo wiele osób sądzi, że skoro wyjeżdżam za granicę nie korzystając z biura podróży to oznacza, że znam dobrze język angielski. Nie, zdecydowanie wszyscy się wówczas mylą. Wystarczy nam podstawa angielskiego i umiejętność dogadania się na temat noclegów, jedzenia, co warto zobaczyć, jak gdzieś dojechać, etc.. Dodatkowo wspaniałym pomysłem jest posiadanie notesu i długopisu zawsze przy sobie. Łatwiej jest nieraz coś narysować niżeli powiedzieć, oprócz tego język gestów, który także musimy poznać. Pamiętajcie, że nie każdy gest używany w naszej kulturze oznacza to samo w innej!



Noclegi (nie)luksusowe
Dla mnie oszczędność na noclegach oznacza poznanie więcej świata. Zamiast drogich hoteli wybieram campingi, dzięki czemu oszczędzone pieniądze można wydać na bilety czy lokalne dobre jedzonko. Warto jednak pamiętać, że niekiedy campingi potrafią być bardziej luksusowe od pozornie wygodniejszych hosteli, a ich cena jest niższa. Wiele z nich oprócz pól namiotowych, wynajmuje domki lub przyczepy campingowe. Standardem jest już teraz darmowe WiFi, sklepy czy podłączenie do prądu. Niestety wciąż można znaleźć te „wyjątki”, które próbują zarabiać na wszystkim i pościć z torbami turystę. Przy wyborze dobrego campingu trzeba zapoznać się z jego cennikiem i dobrami, które mamy w cenie. Przyznawane gwiazdki campingom to często mylny dla nas drogowskaz, bo te obejmują m.in. położenie campingu (czy blisko morza, jeziora etc.), sklep na terenie placówki (a przecież obok możemy mieć market z niższymi cenami), restauracje, ogólny wygląd łazienek czy pryszniców. 
Jednak z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, (nie wiem czy istnieje jakaś zależność ale…) wiele campingów o mniejszej ilości gwiazdek chętniej nam udostępnia swoje dobra nieodpłatnie – tu właśnie przykład darmowego WiFi, dostępu do prądu czy nawet nieograniczonej ilości zużywania wody (bywało, że trzeba było kupować żetony do pryszniców np. 50 centów za  2-3 min w czterogwiazdkowym campingu!). Są to rzeczy dla nas turystów znaczące, jak to się mówi grosz do grosza… A różnica 20 euro czy 30 na osobę jest dla nas istotna, tu chodzi także o komfort i nieporozumienia jakie mogą nas spotkać za granicą.
Inną kwestią dotyczącą podróży jest spanie w trasie. Wszystkie stacje benzynowe znajdujące się przy autostradach posiadają, duże parkingi, prysznice (płatne), toalety (płatne), miejsce odpoczynku typu: zielona trawka i stolik, a także często hotele i restauracje. To ważna wiadomość dla kierowców, którzy zmęczyli się podróżą, a potrzebują chwili wytchnienia i regeneracji. 


Pociągi
Pociągi to wspaniały środek komunikacji między miastowej jak i wewnątrz miastowej. To tani zamiennik lokomocji szczególnie jeśli chodzi o Włochy. Zwykle można zakupić tam bilety rodzinne, kilkudniowe i jest to bardziej opłacalne niż jeżdżenie samochodem wewnątrz dużego miasta. Po za tym warto pamiętać, że nieraz podróż nawet samochodem nie jest opłacalna. Jeśli zatrzymaliśmy się w mieście X i planujemy jednodniową podróż do miasta Y, podróż pociągiem może mieć dla nas więcej plusów:


  • Przygoda i zetknięcie się bezpośrednio z kulturą
  • Oszczędność czasu – pociągi są szybkie, nie stoją w korkach ani nie muszą błądzić po skrzyżowaniach
  • Oszczędność pieniędzy – ceny przejazdu pociągiem będą pewnie zbliżone do ceny zużytego paliwa, ale dodatkowym plusem jest brak opłaty za miejsce parkingowe, a te niekiedy jest bardzo kosztowne w zależności o miejsca.
Autostrady
Kontynuując temat autostrad niezwykle ważne jest zapoznanie się z cenami. Wiele krajów stosuje takie rozwiązanie jak my w Polsce (bramki), przykładem są Włochy bądź Francja, na mapach powinny być zaznaczone odcinki płatne oraz bezpłatne. Inne kraje zaś stosują opłatę w formie tzw. winiety, którą możemy kupić na granicach państw i na każdej stacji, jest to naklejka przyklejana na przednich szybach w odpowiednim miejscu i skanowana na różnych odcinkach dróg szybkiego ruchu czy autostradach, przykładem są Czechy, Słowenia czy Austria (jednak tu z uwagi na przejazdy podziemne, kierowcy muszą się liczyć z dodatkowymi kosztami na bramkach, przy dłuższych odcinkach, jest ich niewiele ale są dla nas dość kosztowne, cena około 10 euro). Są też kraje, w których nie musimy, martwić się opłatami np. Niemcy.

Myślę, że w tym temacie mam tyle póki co do powiedzenia. Jeśli macie jakieś pytania, śmiało zadawajcie je, postaram się udzielić odpowiedzi. Może jesteście zainteresowani planowaniem podróży do konkretnego kraju i chcielibyście więcej informacji, albo ciekawią Was szczegóły moich wyjazdów, dziwnych sytuacji czy nie porozumień kulturowych? 

Wspomnienia z Wenecji.
Dokładnie za 3 tygodnie wyjeżdżam do Włoch. Przez cały maj będę mieszkać w Bolonii, a w planach mam zwiedzenie Wenecji (po raz drugi), Florencji oraz Rimini. Oprócz tego bardzo chciałabym pojechać do Parmy, Pizy, San Marino czy nawet Rzymu. Zobaczymy na ile pozwoli mi kieszonkowe i czas. Na szczęście będę mogła na bieżąco zdawać relację z podróży, bo prawdopodobnie będę miała dojście do internetu. :)

Wydaje mi się, że marzenie o wyjeździe do Anglii tego roku jest nieco oddalone. Ciężko będzie zdobyć odpowiednią ilość pieniędzy na podróż (w tym samolot!). Natomiast namawiana jestem na samochodową objazdówkę po Norwegii, cena jest bardzo kusząca (jedyne 1000zł!), a i ekipa podróżujących przemiła.

Jak wyglądają Wasze plany wakacyjne? Wiecie gdzie wyjeżdżacie? 
Gdzie chcielibyście pojechać? Jakie macie marzenia?

Z dnia: 09.04.2016

21 marca 2016

[109] Naturalne farbowanie włosów - cebula

Witam Was serdecznie. Dzisiaj kolejna urodowa notka. Nie tak dawno, dokładnie w TEJ notce opisywałam sposób na rozjaśnienie swoich włosów, nadawanie im jasnych refleksów, ale przede wszystkim odżywiania ich.

Wkrótce po moich „naturalnych eksperymentach” z rozjaśnianiem włosów, po raz kolejny całkowicie przefarbowałam się na blond. Minęło jakoś 3 miesiące i chciałam ponownie zmienić kolor. Tym razem na miedziany blond (jasny rudy). Niestety farba, którą kupiłam w ogóle nie zadziałała. Tak naprawdę ani nie rozjaśniłam odrostów, ani nawet nie nadałam JASNYM włosom lekkiego rudego połysku (dla ciekawskich była to farba z Garniera, Olia – nie polecam). Po dwóch tygodniach, kiedy moje włosy odżyły, ponownie kupiłam farbę z Garniera, lecz z palety Color Naturals, bo z tej serii kupowałam wcześniejsze farby i mi odpowiadały. Farba faktycznie moje okropne odrosty złapała, ale na dobrą sprawę nie jest to kolor rudy acz naturalny blond, a mi zależało na nieco bardziej ciemniejszym, z połyskami rudości.

Ostatecznie przygody z farbami chemicznymi zakończyłam i znów poddawałam się zabiegom naturalnego farbowania. Tym razem, zaś chciałam nadać im rudych refleksów i nieco przyciemnić.

1. Mój naturalny kolor włosów - ciemny brąz
2. Po farbowaniu na blond
 

Cebulowa płukanka do włosów


Przepis:
*dwie gęste garście łupin cebuli
*3 szklanki zimnej wody
Zalać łupiny wodą i gotować na małym ogniu przez około 30 min. Pozostawić wywar na noc. Drugiego dnia przed płukaniem wymyć normalnie włosy, a potem płukać wywarem je przez minimum 30 min. (można płukać krócej  nie wyciskać włosów i zawinąć w folię, a potem ręcznikiem). Na koniec nie spłukiwać wodą, tylko delikatnie wytrzeć ręcznikiem (uwaga mogą lekko barwić!)

*Można dodać do wywaru łyżkę miodu, włosy powinny się potem lekko błyszczeć i nie przesuszać. :)

*Płuczcie włosy w rękawiczkach foliowych! Cebula może Wam zafarbować dłonie.

Efekty:
Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu efekt był piorunujący! Moje włosy naprawdę zmieniły odcień. Z naturalnego blondu (gdzie pasemka miałam jaśniejsze i ciemniejsze) wnet miałam złociste włosy (a pasemka zniknęły i kolor się ujednolicił), nawet można dopatrzeć się rudawego odcienia. Oprócz tego wywar niesamowicie dobrze wpłynął na moje włosy. Tak naprawdę za każdym razem gdy go stosowałam włosy myłam dzień wcześniej i mimo że zwykłam codziennie je myć, to nie musiałam tego robić, bo wyglądały bardzo świeżo. Oprócz tego na co dzień mam problem z rozczesywaniem swoich kudłów, o dziwo cebula mi z tym pomogła.

Podsumowując: polecam i myślę, że na dłuższą metę ta propozycja może sporo zadziałać, ale na pewno wspomóc Panie, które mają już swój miedziany kolor włosów i chcą go utrzymać w dobrej kondycji. 

Musicie jednak pamiętać! Jeśli chcecie utrzymać swój kolor korzystając z tej metody, musicie tą czynność powtarzać. Szczególnie po pierwszym myciu odcień się wypłukuje, ale nie martwcie się, jeśli zrobicie płukankę 1-2 razy w tygodniu przez miesiąc, kolor powinien się utrzymać na dłużej. Ja płuczę włosy co tydzień i jestem bardzo zadowolona z rezultatów.


1. Efekt po pierwszej płukance. Złocisty blond z rudymi refleksami.
2. To jak wyglądam obecnie - znacznie ciemniejszy odcień wpadający w lekki brąz z rudymi refleksami. 

To już kolejny sposób przeze mnie stosowany na "naturalne farbowanie", jestem naprawdę pod wrażeniem i myślę, że nie zaprzestanę na tym eksperymencie. Będę się cieszyć póki co nowym kolorkiem i myśleć o całkowitym przyciemnieniu włosów - bo właśnie do tego dążę, chcę wrócić do naturalnego koloru, a może nawet ciemniejszego. 

Co myślicie o takich sposobach na farbowanie?
Wierzycie w to, że taki kolor może utrzymać się na dłużej? 
Myślicie, że dam radę stopniowo znów stać się brunetką, bez użycia farb chemicznych?


z dnia: 21.03.16