TOP koreańskie dramy 2015!

Najlepsze koreańskie dramy minionego roku. Podsumowanie Aiko.

Gdzie poznać japończyka?

Najlepszym sposobem jest internet. Naszego nowego azjatyckiego przyjaciela możemy ponać na...

Japończyk w moim domu

Mix kulturowy. Jak przyjąc Japończyka w polskim domu?

ONE OK ROCK w Polsce!

Relacja z pierwszego dziewiczego koncertu w Polsce. Czy będzie zapowiedź kolejnego?

Kosmopolita

Aiko opowiada o swoich podróżach po Europie, relacjonuje, opiniuje i poleca.

Za co kochamy dramy?

Czyli dlaczego warto je oglądać.

Blondynka na Językach - Język japoński

Recenzja podręcznika do nauki języka japońskiego Beaty Pawlikowskiej

Jak komunikują się Azjaci?

LINE - jeden z najpopularniejszych komunikatorów azjatyckich, podobnie jak Skype, ma możliwość przeprowadzenia rozmowy głosowej czy też video rozmowy, a także standardowo rozmowy pisanej.

Krótko o dredach

W pigółce fakty i mity dotyczące dredów. Czym są dredy, jak się je robi, jak pielęgnuje. Co to są dredloki i czy każdy może nosić dredy?

Nama Chocolate

Nama choco to japońskie czekoladki walentynkowe, robione domowym sposobem i wręczane mężczyznom w dniu zakochanych.

Zrób swoją Pande!

Tutorial od Aiko, jak zrobić własną Pande brelok.

Przystanek Woodstock

Relacja z jednego największego festiwalu muzycznego. Niezapomniane chwile Aiko z pierwszego wypadu na Przystank Woodstock!

27 kwietnia 2017

[123] Zapowiedź jutra

Minęło wiele czasu odkąd napisałam ostatniego posta. Choć wiele razy chciałam to zrobić za każdym razem uświadamiałam sobie, że to nie ma sensu. Czemu? Zapewne wielu z Was pisze, pisało lub będzie pisać maturę. Jestem tegoroczną maturzystką, obrałam sobie bardzo ciężki do zrealizowania cel – zdać maturę. Nie to stanowi problem. Zdać maturę to pikuś, ale napisać ją na takim poziomie, by dostać się na wymarzone studia, to dopiero wyzwanie! Ilekroć do tej pory byłam pewna swego, miałam siłę mówić głośno i otwarcie, że dam radę, teraz wydaje mi się, że jestem daleka od osiągnięcia celu.

Scenariusz wbrew pozorom jest prosty:
1. Napiszę maturę na dobrym poziomie, dostane się na swój wymarzony kierunek, zamieszkam z ukochanym w dużym mieście, podejmę się pracy, będę żyć szczęśliwie realizując swoje marzenia.
2. Nie zdam matury lub nie dostanę się na ubiegany kierunek, do końca września zostaję w Polsce, potem zamienię się w kota i podorzę którąkolwiek ścieżką w świat – to całkiem kusząca opcja. 
Zbyt późno stanęłam w miejscu i zauważyłam, że wiele zależy od tego momentu. Czuję się w rozsypce. Wiem, że mam jakiś plan, ale nie na tyle stabilny by się go trzymać, czas nie stanie w miejscu, a ja nie nadrobię zaległości w mgnieniu oka.

Co było, jak mnie nie było? Pracowałam. Planowałam początkowo rzucić pracę w styczniu, potem w lutym i marcu. Ostatecznie pracuję do czerwca. Ba! Robię nawet na dwa etaty. Drugą pracę zakańczam w połowie sierpnia. Dodatkowo (do dziś) miałam szkołę. W międzyczasie powinnam się uczyć… spędzić trochę czasu z chłopakiem czy przyjaciółmi. A gdzie tu czas na: blogowanie, muzykę rysunek, dramy, kulturę japońską…? 

Po zakończeniu matur marzy mi się odpoczynek. Ciepłe słońce, szum wody i ciekawa książka. Potem trochę spontaniczności – może jakiś wyjazd? Co prawa wakacje mam już zaplanowane. Główny cel to Portugalia, Hiszpania, Francja. Ale pragnę trochę adrenaliny, chciałabym przeżyć przygodę i pojechać byle gdzie, byle czym! Może autostop? 
Tak bardzo mam dość rutyny i tak nie wiele jej już zostało. Za miesiąc będzie już po wszystkim. Po maturach. Po stresie.

W zamian za tą błogą cisze na blogu, zapowiadam Wam, już niedługo stanie się tu hałas. Mam wiele planów i chcę je realizować! Chcę się nimi dzielić. 


Ogólnie rzecz biorąc zrealizowałam na razie dwa z wielu tegorocznych celów. Pierwszy z nich macie powyżej. Wreszcie silny i cwany lis pojawił się na mojej ręce. Wzór został przeze mnie zaprojektowany, a wykonany przez cudowną artystkę: MISHA Tattoo. (zdjęcie zdecydowanie nie odzwierciedla pracy :( ale jest to wierna kopia projektu).
Drugi cel to zdany egzamin zawodowy. Oficjalnie jestem Technikiem Organizacji Reklamy. Tym pozytywnym akcentem zakończę. Ja ne. :)
p.s.
Czekajcie na mnie cierpliwie, wrócę już niebawem, a tymczasem zapraszam na Twittera i Snapchata, tam jesteście ze mną na bieżąco! :) 
Z dnia: 28.04.2017r.

27 stycznia 2017

[122] Around the world: Hungary, Budapest

Miasto połączone z niegdyś dwóch innych miast - Budy i Pesztu, obecnie jedna z największych metropolii europejskich. Bogate w dzieje historyczne, kulturowe i naukowe. Posiadające niesamowite walory uzdrowiskowe i sprzyjające turystom w każdej porze roku. Welcome in Hungary!
Widok z Góry Gellerta na zarówno pałac jak i parlament w Budapeszcie.
Jakieś 7 lat temu ostatni raz byłam na Węgrzech. Pamiętam, że wówczas było bardzo gorąco, nabawiłam się anginy oraz niefortunnie złamałam palca u nogi na dmuchanej ślizgawce podczas jakiegoś festynu. Wróciłam tu po kilku latach z lekkim niedosytem, bo podczas wcześniejszego pobytu, mimo że mieszkałam niedaleko Budapesztu nie udało mi się go zwiedzić. 
Dziś kolejna podróżnicza notka o zupełnie innym charakterze i nową propozycją dla tych, którzy boją się zwiedzać na własną rękę. 

Pierwszy raz postanowiłam wykupić wycieczkę z biura podróży. Moim celem stał się Budapeszt, a za zachętę stanowił Jarmark Bożonarodzeniowy i przede wszystkim Termy. Ostatecznie postanowiłam przez biuro podróży Traveliada zarezerwować wyjazd, gdzie moim bezpośrednim usługodawcą było Centrum Turystyczne Oskar. Formalności nie było zbyt wiele, to wielkie udogodnienie względem planowania samodzielnego wyjazdu, aczkolwiek ja lubię się angażować i wiedzieć o wszystkim, a jak się okazało konsultanci Traveliady dopiero tuż przed wyjazdem udzielili nam potrzebnych informacji  (np. dokładna godzina i miejsce wyjazdu). Z racji tego spodziewałam się już najgorszego, nie lubię braku komunikacji między klientem a usługodawcą. Tak naprawdę dopiero dwa dni przed wyjazdem dowiedzieliśmy się, że naszym przewoźnikiem będzie własnie Oskar. Centrum Turystyczne okazało się naprawdę dobrą alternatywą dla tych, którzy nie chcą podróżować sami oraz boją się także latać samolotami. Oskar dysponuje nowoczesnymi autokarami z ponad przeciętnymi standardami  (opis tutaj), ale również miłą, wykwalifikowaną i rzeczową obsługą.
Podsumowując sprawy organizacyjne począwszy do działań Traveliady - zadowolenie 4/10 - po Oskara - zadowolenie 8/10.
Wnętrze autokaru.
Przejdźmy teraz do spraw ważniejszych, a więc zwiedzania!

Przechadzając się po Budapeszcie ciągle porównywałam go do Londynu. Oba miasta są dla mnie niezwykle podobne, oczywiście nie historycznie czy kulturowo, ale wizualnie. Oba znajdują się nad rzekami - Budapeszt nad Dunajem, Londyn nad Tamizą. Wbrew pozorom oba mają podobne zabytki - Parlament w Budapeszcie i Pałac Westminsterski choć reprezentują zupełnie inne lata budownicze, to oba są przykładem stylu neogotyckiego w architekturze. Mimo wielu podobieństw widoczne są też różnice. Budapeszt nie znajduje się na zupełnie płaskiej powierzchni, co dodaje mu wiele uroku.

Podróż autokarem stała się o tyle wygodna, że w zatłoczonym przez turystów mieście nie musieliśmy martwić się o parkingi (ich koszty) i względnie szybko mogliśmy się przemieszczać z miejsca A do B. Pierwszym i najważniejszym punktem wycieczki była Góra i Statua Gellerta. Dlaczego? Ponieważ własnie stamtąd możemy zobaczyć całą panoramę miasta i łatwo zlokalizować najważniejsze zabytki Budapesztu. Mówi się że niegdyś na górze harcowały czarownice z diabłami, ale by zapobiec rozprzestrzenianiu się pogańskich wierzeń Książę Vata postanowił pojmać biskupa Gellerta i beczę nabitą gwoździami (oraz biskupem) zrzucić z góry. W taki oto sposób pragnął propagować chrześcijanizm na ziemiach węgierskich.

Prostota i bark jakichkolwiek oznak przepychu oraz władzy. Obok Pałacu Prezydenckiego przeszłabym obojętnie i bez jakiegokolwiek zainteresowania, gdyby nie wiedziała, że znajduje się niedaleko Zamku Królewskiego. Wokoło znajduje się kilka reprezentacyjnych strażników i nic więcej. Jednak tuż obok skromnego budownictwa triumfuje Zamek Królewski, który charakteryzuje się pięknymi barokowymi zdobieniami, licznymi pomnikami i fontannami wokół, niewątpliwie zapisany na listę dziedzictwa UNESCO
Przed Pałacem Prezydenckim podczas zmiany warty.
Widok na Zamek Królewski znad Dunaju.
Baszta Rybacka to dość charakterystyczna budowla znajdująca się nieopodal Zamku budańskiego. Jej nazwa pochodzi od rybaków, którzy w średniowieczu bronili tamtej części murów. 




Po pierwszym zdjęciu Pewnie mało kto poznał, ale po drugim rozpoznać powinni już wszyscy. Oto budynek Parlamentu w Budapeszcie, a więc ikona piękna i bogactwa w stolicy Węgier. Jest jednym z największych gmachów parlamentów na świecie, jak już wspominałam na wstępnie budowany w neogotyckim stylu. Ciekawostką może być, iż podczas budowy zużyto 40 kilogramów złota oraz pół miliona kamieni szlachetnych, ozdabiają owy cud architektury. Fasada budynku jest skierowana do Dunaju, dlatego najbardziej zjawiskowo Parlament wygląda w nocy podczas rejsu po rzecze.


Największym kościołem w stolicy i trzecim co do wielkości budynkiem na Węgrzech jest Bazylika św. Stefana, która była poświęcona pierwszemu królowi Węgier - Stefanowi I. Charakterystyczne dla bazyliki są dwie wieże między którymi widnieje ogromna 96-metrowa kopuła z mozaiką Boga Ojca. Wnętrze jak zwykle bogate, przepchane złotymi elementami i rzeźbami Świętych.


Tak wyglądają termy z góry. Źródło: grafika.google
Kulminacyjnym punktem wycieczki były termy Széchenyi. Po dwóch dniach gonitwy wreszcie mogliśmy zanurzyć się w wodzie i zrelaksować. Kąpielisko jest jednym z największych kompleksów w Europie i liczy aż 21 basenów (sumując zewnętrzne i wewnętrzne). Co ciekawe nie ma podziałów na męskie i damskie oddziały (z wyjątkiem szatni i toalet oczywiście). Wody termalne są dobre dla naszego zdrowia, a co najważniejsze, możemy się w nich pluskać niezależnie od pory roku - My byliśmy tam w zimie.



Jadąc do Budapesztu chciałam bardzo zobaczyć Jarmark Bożonarodzeniowy, wypić grzańca i kupić ciepły szalik. W rezultacie przelecieliśmy przez Jarmark chłepcząc wino i pożerając placek węgierski. W między czasie chwilę popatrzeliśmy na ładne światełka i szopkę, gdzie odbywały się występy. Na nic więcej nie było czasu, bo gonił nas przewodnik. Grafik był napięty, ale przydało by się trochę wytchnienia podczas takiego wyjazdu. Warto nieraz się zatrzymać w tłumie i po prostu stać dla spełnienia własnej idei, na wycieczkach zorganizowanych jest to nie możliwe.

Co z cenami Podróży? Taka wykupiona wycieczka dla dwóch osób to koszt tysiąca złotych w tym jest już wliczona cena: noclegu ze śniadaniem(20 euro/os), rejsu po Dunaju (20 euro/os), termy (około 80 zł) reszta to kasa dla przewoźnika. Podsumowując: Czy się opłaca? Dla mnie stanowczo NIE. Nie dość, że byłam niezadowolona z naszego "maratonu" to na dodatek zapłaciłam drożej niż bym oczekiwała. Samodzielnie zaplanowana podróż byłaby tańsza, ale czy bardziej komfortowa? (komunikacja miejsca vs samochód i parkingi).
Generalnie Węgry to dla nas bardzo tani kraj, ale manewrując ich nominałami można się ostro zagubić i ostatecznie w przeliczaniu "czegoś na nasze" podczas jarmarku może TAM wyjść drożej (ceny dla tych co przyjeżdżają i dla swoich). W wielu miejscach można płacić w euro, lecz ta opcja dla sknerów będzie bardzo bolesna, z kolei przyjemniejsza w liczeniu dla obcokrajowca. Jednak nie ulega wątpliwości, że opłaca nam się tam kupować rozsądnie.

Opinia Aiko: Wydaje mi się, że zbyt wiele oczekiwałam od Budapesztu albo zwyczajnie nie nadaje się do korzystania z wycieczek zorganizowanych. Bardzo przeszkadzało mi, że musiałam się podporządkowywać całej grupie, oprócz tego tak naprawdę nie mogłam zobaczyć tego co chciałam. Inną sprawą jest fakt, że stolica Węgier nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Na dobrą sprawę mamy 5 zabytków wartych zobaczenia. Wielkim plusem są termy i prawdopodobnie (bo nie zaliczam tego jakobym była...) w czasie przedświątecznym Jarmark.
O mentalności ludzi niewiele mogę tym razem powiedzieć, natomiast pamiętam, że podczas poprzedniej podróży do Węgier bardzo miło wspominałam poznanych rówieśników i opiekunów (była to kolonia) tak więc nadal przystanę, iż są to mili i ciepło nastawieni ludzie dla nas.
Czy pojadę tam jeszcze raz? Nie sądzę, wycieczka mnie trochę zniesmaczyła, a przed oczyma wciąż miałam obraz Londynu, który sto razy lepiej wygląda na tle Budapesztu, mimo podobieństw.

Z dnia: 27.01.2017

24 grudnia 2016

[121] Merii Kurisumasu!



Witam serdecznie wszystkich aikowych czytelników, dziś chciałabym Wam życzyć wszystkiego  co najlepsze, wiele ciepła rodzinnego, miłości i radości, abyście wierzyli, że marzenia można spełnić i aby na samej wierze się nie skończyło. Róbcie to na co macie ochotę. Życie tak jak chcecie. Bądźcie szczerzy sami ze sobą i miejcie cel w życiu. Zmieniajcie się tylko na lepsze i dążcie do ideałów. 
Wesołych świąt od Aiko-chan!


Moja miejscowość od kilku tygodni jest pokryta śniegiem. Jest biało, mroźno i pięknie! Wyciągi działają, słoneczko świeci, to będą udane święta.


U mnie obecnie wiele się dzieje: praca, szkoła, nauka... chwila dla Pandy czy rodzinki. Mało mam czasu dla samej siebie, tym bardziej na pisanie notek. Niestety dodatkowo mój komputer jest w naprawie od miesiąca i pracuje na zastępczym (gracie). Mam już w edytorze trzy wpisy, niedługo znajdę czas na ich dokończenie i publikację. Bądźcie cierpliwi, to będą ciekawe posty! Do następnej!Ja ne. ;))
Z dnia: 24.12.2016

12 października 2016

[120] Around the World: England, London (cz.2)

Na zwiedzanie Londynu potrzeba minimum 7 dni. My byliśmy tam stanowczo za krótko, brakło nam czasu na wszystkie atrakcje, lecz to na moje szczęście. Będę mogła tam wrócić i nie pluć sobie w twarz, że wszystko widziałam, a chcę tam pojechać po raz drugi (motywuje mnie też fakt, że mieszka tam moja przyjaciółka).

Już jakiś czas temu zaopatrzyłam się w przewodnik „Londyn Step by Step” w cenie ok. 20zł. Jest to całkiem fajna opcja dla osób zwiedzających intensywnie. Przewodni zawiera mapkę metra oraz całego centrum Londynu. Oferuje 20 tras opracowanych przez miejskich przewodników, gdzie określony jest: czas zwiedzania, długość, proponowane restauracje (zarówna tanie jak i drogie) oraz szczegółowo opisuje obiekty turystyczne, przyczyn zaznacza, które są odpłatne bądź nie (ceny nie są podane). W oparciu o ten przewodnik sama wytyczyłam sobie trasy najbardziej mnie interesujące. W rezultacie zwiedziłam większość głównych atrakcji.

Musicie wiedzieć, że niektóre bilety warto zakupić wcześniej internetowo. Są dużo tańsze niżeli na miejscu. Tak postanowiliśmy zrobić z London Eye (okiem Londynu). Zamówiliśmy bilet łączony wraz z rejsem po Tamizie, co kosztowało nas około 60 funtów na dwie osoby. Rejs po Tamizie trwał około 45 min, przewodnik przezabawnie opowiadał historie różnych budowli, mostów... uważny słuchacz na pewno nie będzie się nudził. To bardzo dobra propozycja dla turystów, można podziwiać Londyn zarówno z góry jak i z dołu. Bilety łączone dotyczą też innych atrakcji, np. London Eye i Aquarium, czy London Eye i the London Dungeron. Szczegóły znajdziecie TUTAJ
Widok z London Eye na Big Bena
Widok na London Eye 
Będąc w okolicy London Eye (a więc samiutkim centrum miasta) możemy sobie zrobić zdjęcie z Big Benem. Musicie pamiętać, że Big Ben to nazwa dzwonu / wieży zegarowej, która należy do Pałacu Westministerskiego. Zaś niedaleko znajduje się wspaniała restauracja, gdzie warto kupić smakowite Fish and Chips - w St Stephen's Tavern. Jako, że jestem dość wybredną osobą, to wolała tą klasyczną Londyńską potrawę zjeść w dobrej restauracji, a nie w "szybkim żarciu". Bazując na własnym doświadczeniu nie polecam (raz trafiłam na wyjątkowo niedobre danie - o raz za dużo).
Podczas naszego pobytu Westministerstwo było remontowane.
W drodze do Tower of London, czyli: Bus nr 15, ściana z mapkami i klasyczna czerwona budka telefoniczna (cuchną niesamowicie, nie wchodźcie do środka!)
Tower of London znajduje się w dzielnicy The City. Aby się tam dostać najlepiej dojść do centrum i pojechać linią nr 15. Ciekawostką jest, że ta linia posiada stare czerwone autobusy. Nie widziałam takich w innych liniach, więc widok takowego był dla mnie niemałą atrakcją. Do The City nie idźcie pieszo, choć na mapie wydaje się niedaleko w rzeczywistości jest to około 1,5-2h drogi. Tower of London to Pałac i Twierdza dawnych monarchów angielskich, ale także jak mówi historia  -więzieniem. Została wzniesiona blisko tysiąc lat temu, a swych władców gościła do 17 wieku. Miejsce te jest naprawdę okazałe. Na zwiedzanie trzeba sobie zostawić cały dzień i nieco miejsca w głowie, bo dawka wiedzy historycznej jest tam spora. W twierdzy zobaczymy kilka pięter przechowywanych zbroi, broni, ale również cudowne insygnia królewskie jak choćby nieziemsko zdobione berła, korony czy pierścienie. 
Tak własnie wygląda Twierdza, zdjęcie robione podczas rejsu na Tamizie.
Mówiłam, że mam dar do rozmowy z ptakami? I nie tylko z własnym Papugiem ale również z innymi. Jak widzę jakiegoś pierzastego dwunoga, od razu z nimi konwersuje (ćwierkam i gwiżdżę) te zaś mi odpowiadają. W Tower of London były dwa piękne czarne kruki. Były zaobrączkowane, tak więc wychodzę z założenia, że to swojskie ptaszyska.
Na zdjęciu Aiko idąca na "rozmowę"
Kolejną ciekawą atrakcją i jakże znaną nam wszystkim jest Tower Bridge. Wiele Londyńczyków upomina przyjezdnych, bo ci mylą nazwy z London Bridge (który jest nieco wcześniej). Nam też się one myliły, dlatego jednym ze sposobów, by się nie pomylić, jest powiązanie tego mostu z nazwą Tower of London, bo przecież jest w jej pobliżu i został zbudowany jako element należący i współgrający z twierdzą. Most na środku otwiera się gdy płynął po Tamizie wielkie żaglowce (z tego co zrozumiałam przewodnika, mechanizm otwiera się dwa razy dziennie).
Tower Bridge.
Ponownie wracając do centrum Londynu czas na Pałac Buckingham i na Jej Wysoką Mość. Oczywiście Królowej nie mogliśmy zobaczyć. Wejść do Pałacu także nie chcieliśmy, bo zarówno jak i czas zwiedzania i cena były dla nas na chwilę obecną za wysokie (ok. 35 funtów). Aczkolwiek wybraliśmy się na zmianę wart. Uroczystość ta rozpoczęła się o 11:15 (gdzie wszędzie pisało, że powinna się zacząć o 11:30, nie wiem czemu tak było) i byliśmy na niej około 30 minut, ale nie zostaliśmy do końca, bo pogoda za dobrze nas obdarzyła - okropny skwar i jakieś 30 stopni.


Uciekając już z centrum miasta opisze to, co ujęło mnie totalnie w Londynie i jestem ich ogromną fantą. Mianowicie parki, zieleń, skwerki są to miejsca, które kocham. Pisałam o tym w poprzedniej notce, zazdroszczę Londyńczykom, ale będę bardziej rzeczowa i opowiem Wam krótko o dwóch wartych uwagi "spacerniakach".
Hyde Park sąsiaduje z Green Parkiem, co oznacza niedaleką lokalizacje od Buckinham i kompletną igraszką z naturą. Dla mnie osobiście największą atrakcją w Hyde Parku była woda. Można było pływać po jeziorku na rowerach wodnych, kąpać się w oddzielonej części, ale również moczyć po prostu nogi w Pomniku Księżnej Diany. Poza tym karmić kaczki i łabędzie z ręki. Dla mnie istny raj. Na zwiedzanie tego obiektu trzeba poświęcić sporo czasu, gdyż licz on sobie około 140ha. Miejsce te to nie tylko trawa i woda, ale również pomniki, gdzie mnie szczególnie zachwycił Albert Memorial. Jest też pomnik Piotrusia Pana. 
1. Pomnik Alberta
2.Sielankowa zieleń w Hyde Parku
Pomnik lub inaczej nazywana Fontanna Księżnej Diany, a więc kamienne zaokrąglone koryto ze strumieniem chłodnej wody. Jest to miejsce głównie zabaw rodzinnych. Przychodzi tu masę dzieci i  moczy swe nogi w fontannie. 
Na końcu jeziora The Long Water z kolei znajdują się Włoskie Ogrody. Piękne, zaś cuchnące i zaniedbane. Liczą około 150 lat, składają się z  czterech basenów przedzielonych marmurowym chodnikiem, a wokoło otaczają je liczne białe kamienne posągi.
Dla nas miejscem krótkich spacerów był natomiast inny z królewskich Parków - Regent's Park, niedaleko którego mieliśmy hotel. Ten deptak z kolei zachwycał mnie swoją 'fauną'. Braliśmy w kieszenie masę orzechów i biegliśmy dokarmiać rude kity. Zaś nie tylko wiewiórki tam były.  Na końcu parku znajdowało się londyńskie zoo, którego nie mogliśmy sobie odpuścić.
W zoo znajduje się blisko 700 gatunków zwierząt w tym około 100 mających status zagrożonych. Jest to jeden z trzech najstarszych ogrodów świata i choć pozornie wydaje się być niewielki i kameralny, czas zwiedzania to dobre pół dnia. Zoo podzielono na różne sekcje m.in.: królestwo goryli, dział Afryki, akwarium, pawilon ze zwierzętami nocnymi czy lasu deszczowego. Co ciekawe w wielu miejscach, w jakich się przechadzamy zwierzęta nie są zamknięte w osobnych klatkach, ale na wolności np. lemury albo leniwce. 
A teraz czas na jednego z bohaterów Zoo, Hipcio którego hobby jest malarstwo. Odkryto jego wielki talent i dano mu kawałek materiału, wkrótce okazało się, że stworzył swój autoportret, rozcierając swoją kupę ogonem. (to historia prawdziwa!) 

Wartymi uwagi miejscami są także liczne muzea, jak chociażby Narodowe czy Brytyjskie, gdzie powinny zachwycić swych odbiorców odpowiednimi wystawami. Ja osobiście wybrałam się do Brytyjskiego Muzeum na pewien występ o czym napisze w kolejnej notce, bo jest to powiązanie z tematyką azjatycką. :)

Co z cenami podróży? Opisywałam w części 1 jak cenowo wyglądała nasza podróż i moje wnioski są proste: ci co chcą spędzić wakacje "na bogato" dostaną to czego chcą, jednak dla tych oszczędnych znajdzie się również dobra alternatywa. Osobiście staram się nie oszczędzać na podróżach w innych krajach, chcę zwiedzać jak najwięcej, choć oczywiście także rezygnuje z rzeczy, które mi nie odpowiadają cenowo (tu za przykład posłuży mi Buckingham). Warto wiedzieć, że w Londynie obowiązuje przy kupowaniu biletów taki "dodatek" pieniężny na dany obiekt. Czyli np. jeśli bilet kosztuje 30 funtów pan/i może nas zapytać czy chcemy także dopłacić ze 3 funty "na coś tam" (nie pamiętam jak to się fachowo nazywało! Jak sobie przypomnę to uzupełnię, chyba że Wy wiecie?) i jeśli chcemy możemy to zapłacić, jeśli nie to odmawiamy. 

Opinia Aiko: Jak już wspominałam, jestem Londynem zauroczona. Myślę, że na pewno tam jeszcze wrócę, może na kolejną planowaną przygodę albo spontanicznie. Choć wielu mówi, że Londyn to nie cała Anglia, bo różni się zupełnie od pozostałych miast Wielkiej Brytanii, to mimo wszystko moje wyidealizowane wyobrażenie przetrwało i pewnie nie zniknie dopóki, ktoś go nie zniszczy. Chcę zapamiętać te miasto jako piękno architektoniczne, cudownie pomocnych ludzi i bogatą tradycję. 

CZĘŚĆ 1 WPISU O LONDYNIE

Trochę selfiaków z Londynu na koniec.
1. Hyde Park - zdjęcie robione przez pewną panią, która zostawiła gdzieś daleko wózek z dzieckiem, przyszła do nas i koniecznie chciała by na zdjęciu widać było London Eye, ale niestety - nie wyszło.
2. Podróże autobusami w Londynie są długie, męczące i nużące... Więc Aiko poudawała grubaska.
3. Pierwszy dzień w Londynie, pełni energii i chęci na nowości.
Coś z życia Aiko

Notka powstała późno, bo cały wrzesień miałam przesadnie zajęty. Szukałam pracy (znalazłam -  pracuję w KinderPlanecie), walczyłam w OKE o to by przyznano mi większą ilość punktów z egzaminu zawodowego. Kiedy zobaczyłam swój wynik o mało się nie poryczałam, brakło mi zaledwie 3%. Egzaminy zawodowe (informacja dla osób ich niezdających) mają zupełnie inne kryteria niż matura. Aby zdać teorię trzeba mieć co najmniej 50%, z kolei aby zdać praktykę aż 75% -  ja z praktyki miałam 72%. Jeżeli kryterium oceniania mówi, że masz zrobić zadanie X, to nie możesz go zrobić połowicznie, mimo np. 2/4 pkt jest ono po prostu niezaliczone. U nas w szkole moją kwalifikację zdały 3 osoby. Odwoływałam się ja, wraz z koleżanką. Na szczęście mi przyznano dodatkowo 4% i z trzech, zrobiła się czwórka szkolnych "geniuszów". :) 
Teraz muszę przygotowywać się do kolejnego egzaminu, który mam w styczniu, a potem zajmę się maturą. Ja ne! (W końcu wszystko zaczyna się układać.)

P.s. Miałam taki śliczny rudy kolor włosów. Chciałam dofarbować odrosty. Jak wskazywała etykieta na farbie kolor był zbliżony do mojego. Zafarbowałam. Wyszła purpura! Borykam się teraz z wypłukiwaniem farby, Zmyłam ją do koloru kasztanowego domowymi sposobami. Teraz czas na coś radykalnego. Trzymajcie kciuki za mój rudy!




Z dnia: 12.10.2016

22 września 2016

[119] Around the World: England, London (cz.1)

Miasto moich marzeń. Zatłoczone ulice ludźmi pędzącymi w cztery strony świata. Wieczne korki i trąbienia klaksonów samochodowych. Sielankowe parki – dla mnie po prostu oaza spokoju, a także dobra kultury: zabytki, zachowania i tradycje. To wszystko jest dla mnie definicją cudownego miasta jakim jest Londyn. Welcome to England
Widok na Londyn z góry (Moja Panda fotografem <3)
Londyn był moim tegorocznym celem podróży. Całe wakacje ciężko pracowałam, aby móc w ciągu zaledwie sześciu dni wydać te pieniądze „ot tak”. Choć dostępnych środków miałam wiele, za budżet obrałam sobie kwotę 3 tysięcy złotych (za lot, na hotel, zwiedzanie, wyżywienie oraz komunikacje miejską). Wydaje się to być abstrakcyjne, ale z lekkim przymrużeniem oka udało mi się zmieścić w budżecie. Z racji, że to był mój pierwszy taki wypad wyłącznie z Pandą, sumiennie obliczyłam wszystkie koszta oraz przygotowałam trasę zwiedzania.
To był mój pierwszy lot od 10 lat. Ostatni raz podróżowałam samolotem gdy miałam zaledwie 9 lat do Grecji na wyspę Kreta, niewiele z tego zostało wspomnień. Dlatego tegoroczna wycieczka była stresująca ze względu na te wszystkie odprawy, kontrole graniczne etc.. Lot natomiast był dla mnie przyjemnym i mało znaczącym epizodem.


6 dni za 6 tysięcy złotych dla dwóch osób
Jak na standardy londyńskie to względnie tanio. Zarezerwowaliśmy lot z samego rana (o godzinie 7:00) i powrót wieczorem (20:40) do/z Londynu w cenie zaledwie 615zł w dwie strony za jedną osobę (firmy Ryanair) oraz nocleg jedynie 2km od centrum miasta w cenie 835zł (co daje nam już prawie 3 tysiące dla dwóch osób). W hotelu serwowano śniadanie, tak więc musieliśmy zapewnić sobie obiadokolację i przekąski. Ceny restauracyjne nie są niskie. Naszą najdroższą kolacją była bodajże perska knajpa za 40 parę funtów, z tym że podzieliliśmy danie na dwie osoby. Z kolei najtaniej jadało się w fast foodach tzn. KFC czy McDonalds, gdzie obfite zestawy można było skomponować do 5 funtów. Dla każdego coś dobrego, można zjeść dobrze i drogo lub tanio, szybko i niezdrowo. Z kolei jeśli chodzi o ceny żywności w sklepach, na moje oko jest podobnie jak u nas, a nawet taniej. Czego nie mogę powiedzieć o odzieżowych sieciówkach. Porównując je do naszych czy włoskich,  są droższe. 
Zwiedzaliśmy konkretne miejsca i chwytaliśmy się różnorodnych atrakcji. W rezultacie straciliśmy około 200 funtów (na 2 osoby), ale największą zmorą była komunikacja miejska. Jadąc do Londynu macie właściwie dwa wybory. Możecie zakupić kartę oyster (szczegółów możecie dowiedzieć się m.in. stąd → http://www.londyn-online.com/pl/plan-your-trip/198-oyster-card ) lub kupować bilety jednorazowe. Choć pierwsza opcja była nadzwyczaj oszczędna to my zdecydowaliśmy się płacić za jednorazowy bilet (dlatego, że mieszkaliśmy około 30-40min od centrum i nie potrzebowaliśmy komunikacji miejskiej). Ważną informacją dla Was może być fakt, że w autobusach można płacić kartą kredytową lub debetową PayPass (czyli zbliżeniowo, wystarczyło jedynie przyłożyć kartę do czytnika) koszt jednego takiego biletu to 1,50 funta. Natomiast na metro kupowaliśmy bilety w automatach za 4,90 funta (jak odmienia się funt?). Ja osobiście nie mam problemu z płatnością za granicą, wszystkie moje działania są darmowe, tak więc u mnie ten system się sprawdzał, ponieważ bank nie pobierał żadnej prowizji. Koniecznie dowiedzcie się czy Wasz bank pobiera prowizję i jak dużą za takie płatności, to ważne będąc za granicą.
Pamiętajcie, by będąc za granicą niczego nie żałować. Nie przeliczajcie pieniędzy, liczcie 1:1 (1zł = 1€/£ etc. choć wiadomo, że nie zawsze będzie się to sprawdzało, np. przy dużych nominałach chociażby na Węgrzech tzn. forintach). 


Wyobrażenia vs prawda
Kraj bogaty w technologię, kulturę i możliwości. Ludzie zabiegani, pijący dużo kawy, schludnie ubrani – od razu widać, że pracują w korporacjach. Parki zielone – są miejscem odpoczynku, czasem lunchu czy też spotkań i randek. Bezdomni śpią u bram budynków, na ulicach czy ławkach, grzebią w śmietnikach, żebrzą o złamany grosz…
To zarówno moje dotychczasowe wyobrażenie, ale teraz i potwierdzony fakt. Londyn tak właśnie będzie mi się kojarzył. Choć wielu minusów, jakimi są koszty utrzymania, koszmarne korki na ulicach czy brak polskich ulotek w miejscach turystycznych (to zabawna uwaga, ale faktycznie to było notoryczne – tak wielu Polaków mieszka i podróżuje do Londynu, a nie było tam żadnych informacji turystycznych w naszym języku, kiedy można było zauważyć japońskie, hiszpańskie, włoskie, rosyjskie, tureckie…), znalazłam masę pozytywów. 
Londyn ma piękną i przede wszystkim prostą architekturę. Czułam się tam swobodnie, otaczające mnie budowle nie przytłaczały mnie, nie były zbyt wielkie, ale wyróżniały się między sobą kolorystycznie i stylistycznie, triumfuje tam minimalizm. Elewacje były zadbane, a fronty wręcz zapraszały do siebie. Znajduje się tam wiele charakterystycznych budowli, ciężko jest się zgubić w mieście podróżując pieszo, wokoło jest masa punktów orientacyjnych, co bardzo pomaga turystom. Ale mimo bogatej historii w Londynie jest miejsce, które nie stało się muzealnym posągiem. City of London / The City / Square Mile to nowoczesna dzielnica, która skupia w sobie w większości działalność handlowo-bankową. Stąd wzbijające się ku górze szklane biurowce, ludzie pod krawatami i ceny z dalszego kosmosu. Mniejszością są tu trzy główne atrakcje – Tower of London, Tower Bridge oraz Katedra św. Pawła.
Czyli jak w Anglii spędza się czas wolny. To lubię. Parki, pikniki, pogaduchy na świeżym powietrzu. Brakuje tego w naszej kulturze.

Polak też człowiek
Nie cierpię tej propagandowej nagonki na Brytyjczyków po przeprowadzeniu Brexitu. Z tego co zrozumiałam rozmawiając z kilkoma Polakami mieszkającymi w Wielkiej Brytanii, nagłaśnianie rasistowskich zachowań wobec naszych rodaków jest zwyczajną propagandą. Podobno takowe poczynania były zawsze, u nas też się to zdarza, lecz rzadko mówi się o tym w mediach. Ciężko mi się do tego obiektywnie ustosunkować, bo tam nie mieszkam, byłam tam jedynie w celach turystycznych i jedno mogę stwierdzić – Anglicy to cudownie pomocny naród.
Porównując moje doświadczenia z interakcją np. z Włochami mam podobne odczucia. Brytyjczycy chętnie pomagają. Czasem mogłabym powiedzieć, że się narzucali. Stojąc przy mapie podchodzili do nas i pytali czy nam pomóc (chętnie tłumaczyli co i jak, proponowali najlepsze rozwiązania). Robiąc sobie zwykłe selfie, zabierali nam aparat i sami pstrykali nam wspólne fotki (to się bardzo często zdarzało). We Włoszech było podobnie, natomiast różni ich temperament i sposób zachowania. Anglicy mają nieco inny humor – lekko ograniczony i zdystansowany, ale w przeciwieństwie do Włochów, są bardziej szczerzy, ale przede wszystkim… zorganizowani! Łączy ich również inna wspólna cecha: szaleni kierowcy samochodowi. To co wyprawiają na ulicach nierzadko wprawiało mnie w osłupienie (uważajcie przechodząc na pasach :P).
1.Piękny widok z samolotu. To definicja bycia nad chmurami. Cudowne wrażenia.
2. Aiko tuż po wylądowaniu w Londynie. Zmęczona, ale szczęśliwa!
W dzisiejszej notce wyłącznie kilka moich spostrzeżeń odnośnie wyjazdu. W kolejnej szczegółowo opisze co zwiedzałam i co Wam polecam bądź nie. Wracam powoli do normalności, prawie końcówka września, a ja dopiero zaczęłam chodzić do szkoły. Mam tragiczne zaległości względem szkoły i wiele ważnych spraw na głowie, dodatkowo szukam pracy po szkole lub na weekendy. Muszę sobie jakoś poukładać grafik, uczyć się i poświęcić czas bliskim. To będzie ciężki rok. 
Pokrótce zapowiadam Wam, że jeszcze tego roku prawdopodobnie po raz drugi w  życiu odwiedzę Węgry. Ostatni raz byłam tam z 6 lat temu na wymianie, mam nadzieję, że moje wspomnienia się odświeżą. Szczegóły już niedługo. Życzę Wam przyjemnego i cieplutkiego końca lata (to już jutro jesień!). Ja ne!

Z dnia: 22.09.2016

9 września 2016

[118] wROCK for Freedom // Wrocław 29.08.16

Ostatnio trochę się wszystko pokomplikowało. Szczególnie mój sposób myślenia – jest inny. Pragnę zmienić swoje życie (spokojnie tylko na jakiś czas). Aiko imprezowiczka musi zacząć myśleć o przyszłości nieco trzeźwiej. Ten koncert był ostatni jaki planuje w najbliższych miesiącach.


Do tej pory jarałam się każdym ulubionym zespołem, który grał w zasięgu moich możliwości. Jednak na chwilę obecną planuje kończyć ze wszelakimi eventami i zająć się głównie nauką w klasie maturalnej, aby dostać się na wymarzone studia. Równocześnie chcę zbierać pieniądze na kolejną podróż, by móc zrealizować następne w kolejności po Londynie turystyczne marzenie. Tym razem może Japonia? Jeśli nie Azja, to trip autostopem po Norwegii będzie zadowalający?

wROCK for Freedom – Legendy Rock’a we Wrocławiu

Ta impreza stała się zapowiedzą moich oszczędności oraz tymczasowym postojem w koncertowaniu. Choć wielu przeciwności i mimo że los z dnia na dzień mówił mi: „nigdzie nie jedziesz!”, to w ostatniej chwili udało się wsiąść do pociągu i ruszyć ku wrocławskiej przygodzie. 

Wałbrzych Miasto → Wrocław Grabiszyn

„Idźmy za tłumem” - te hasło zawsze się sprawdza, kiedy nieznane jest Ci dokładne miejsce eventu, a chcesz się na niego dostać. Przepis? Podążaj za dziwnie ubranymi ludźmi, resztę zrobi intuicja.
Ostatki koncertu Hantera.
wROCK for Freedom odbył się na wrocławskiej Zajezdni MPK – w miejscu, gdzie niegdyś rodziła się wrocławska Solidarność. Bilety były do nabycia w cenie od 50 do 90 złotych, a na imprezie występowały Legendy Rock’a, a więc Illusion, Hunter i gwiazda wieczoru – Sabaton. Moim koncertowym marzeniem od wielu lat był występ Sabatonu. Jednak los nigdy nie pozwolił mi ich zobaczyć. Tym razem, kiedy tylko pokazała się informacja, że mój ulubiony zespół zagra, zakupiłam bilet i tym samym nakazałam sobie jechać na koncert.
1.Piwerko.
2.TAK! To Joakim... no dobra jego sobowtór. :P
Sabaton – jest to jeden z najpopularniejszych heavy metalowych zespołów poruszających w utworach tematykę wojenną, którzy zyskali miłość polskiej publiki, ale dziki temu, że sami ją nam okazali! Miłośnicy historii (ale chyba nie tylko) doskonale wiedzą dlaczego. Panowie tym razem promowali swoją dwuletnią płytę „Heroses”, ale prócz kawałków z wspomnianego krążka zagrali popularne utwory jak „Primo Victoria” czy „Uprising”. Oprócz tego grali kilka wspaniałych nowości z tegorocznej płyty „The Last Stand” - dla mnie osobiści prym wiedzie „Sparta”! Co ciekawe zespół postanowił zagrać w Polsce po raz pierwszy na żywo piosenkę „Winget Hussars”. 
Koncert Sabatonu był naprawdę bardzo dobry. Joakim (wokalista) potrafi porwać tłumy i sprawić by bawiły się lepiej niż przewidywały. Dla mnie niezwykle ważna jest interakcja z zespołu z publicznością, jeśli to nie występuje, zdecydowanie impreza traci na jakości. No… oczywiście my także dokazywaliśmy. Głośno śpiewaliśmy, namawialiśmy chłopaków do picia (próby upicia) piwa i porywaliśmy się w dobre pogo (prawie bym straciła zęba!).
Co ważniejsze, organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Czułam się bezpiecznie, punkty gastronomiczne były świetnie rozlokowane, a (o dziwo, co raczej wynikało z kultury ludzi) ‘ToiToi-e’ względnie czyste. Wszelkich informacji można było dowiedzieć się od ochroniarzy i organizatorów. Podsumowując: bardzo na plus.
Podczas koncertu Sabatonu.
Karłowata Aiko przerosła tłumy! (Zmieniłam fryzurkę i mam grzywkę!)
Ale ktoś zapyta: skoro był to festival, to dlaczego Aiko opisuje jedynie występ Sabatonu? Ano już prostuję. Bawiłam się jedynie na ich koncercie. Przyszłam na wROCK for Freedom pod koniec gry Hantera, aczkolwiek potem grał Illusion, za którym nie przepadam i w tym czasie zajęłam się poszukiwaniami znajomych i piciem piwa.

Coś z życia Aiko
W niedzielę z samego rana wylatuję z Wrocławia do Londynu. Po dwóch i pół miesiącach pracy mam tydzień odpoczynku, a kolejno ostro zabieram się do nauki do egzaminów, a następnie do matury. Relacja z Anglii będzie szczegółowa, mamy z Pandą wiele punktów podróży. Trzymajcie kciuki za bezstresowy lot i miły pobyt. Pamiętajcie! Na niektóre marzenia można zarobić! Ja ne!

P.s.
Oglądajcie mojego snapa, będą liczne fotorelacje z pobytu w Londynie dodawane na bieżąco.
Z dnia: 09.09.2016

12 sierpnia 2016

[117] "Love me if you dare"

Rok produkcji: 2015/16; Liczba odcinków: 24; Gatunek: Thriller, Kryminał, Romans


Młoda dziewczyna, świeżo upieczona absolwentka studiów - Jian Yao (Ma Si Chun) -  poszukuje pracy. Jedyną ofertą którą otrzymała, jest propozycja zostania tłumaczem dla profesora Bo Jin Han (Wallace Huo). Przyjeżdżając pod wskazany adres jest znacznie zaniepokojona. Miejsce wydaje się być nadzwyczaj ciche, tajemnicze, a nawet straszne… Sam zaś pracodawca jest dość abstrakcyjny – przystojny, wysoki i chudy mężczyzna, introwertyk - unika kontaktu  z ludźmi, małomówny i zagadkowy. Jian Yao otrzymuje pracę. Stara się pomagać profesorowi na miarę wszystkich swoich możliwości. Ze względu na jego ulubione jedzenia – ryby, postanawia składać zamówienia na codzienne dostawy ze sklepu swojego wuja, prosto do domu mężczyzny. Wkrótce okazuje się, że dostawca, którym jest nastoletni kuzyn dziewczyny, zaginął. Wuj Jian Yoa oskarża profesora o uprowadzenia, a nawet o morderstwo chłopca. Czy ma ku temu powody?

Koreańskie romanse i komedie stały się dla mnie zbyt oczywiste (a żeby nie powiedzieć, że zwyczajnie nudne). Mając przerwę w oglądaniu, a przy tym szukając nowej wciągającej dramy, ktoś polecił mi „Love me if you dare”. Patrząc na pochodzenie serialu z góry skazała bym go na odrzucenie, ze względów oczywistych – produkcja chińska. Coś mnie jednak tchnęło i zanurzyłam swe ślepia w pierwszym odcinku, a potem kolejnym i kolejnym….


„Love me if you dare”  to niecodzienna produkcja. Pełna tajemniczości i zagadkowości, przy drobnym sarkastycznym humorze i ciągnącym się wątku miłosnym. Bohaterzy to nie puste lalki i ich pobratymcy, lecz świetnie wykreowane osobowości, mające równie dużo zalet, jak i drobnych, niedrażniących nas wad. Główny bohater to ideał każdej kobiety, choć nieśmiały w uczuciach, to bardzo bezpośredni oraz pewny siebie i swoich umiejętności w życiu zawodowym mężczyzna. Myśli logicznie, a nawet można by rzec, że za logicznie, bo jego IQ wynosi 180 (czym lubi się chwalić). Narcystyczny i nieco arogancji, lekko odpychający tych, którzy nie zdołali poznać go bliżej. Zaś postać  Jian Yao jest przeciwnością Bo Jin Han’a. Wesoła, towarzyska kobieta, ale przede wszystkim mądra, inteligenta i spostrzegawcza, co więcej natura obdarzyła ją ponadprzeciętną urodą. Choć bardzo uczuciowa i niekiedy strachliwa, wykazuje się wielką odwagą współpracując z profesorem Bo. Stara się rozwiązać zagadki, a jedną z nich, prawdopodobnie największą, jest sam jej pracodawca.

Drugoplanowe postacie są równie interesujące: Zhang Xun Ran (Wang Kai) - przyjaciel Jian Yao, potajemnie w niej zakochany. Policjant zajmujący się sprawami kryminalnymi, zwykle bardzo podejrzliwy i skrupulatny. Inny barwny bohater to jedyny przyjaciel profesora Bo -  Fu Zi Yu (Yin Zhen), który pilnuje uczuć Jin Han’a i go w nich uświadamia, zna go bardzo dobrze i na co dzień jest jego kierowcą. Wesoły i rozrywkowy, uwielbia żartować, ale w sytuacjach krytycznych wykazuje się powagą i odpowiedzialnością. 

Drama ma wiele plusów, a głównym jest niecodzienna fabuła. Przez większość odcinków podtrzymywana jest atmosfera zagadkowości i przez bardzo długi czas odkrywamy osobowość głównego bohatera, która pod wpływem znajomości z Jian Yao się powoli zmienia. Dodatkową zaletą są wątki kryminalne, które jak się okazuje w dalszej części, są ze sobą ściśle powiązane. W dramie nie brakuje brutalnych scen śmierci (i nie są to sceny strzelanin, lecz bardziej wyszukane i skomplikowane) oraz krwi. Tajemniczość momentami sprawia, że wrażliwcy mogą czuć strach, który w późniejszych minutach jest rozładowany zabawnymi, paradoksalnymi scenami.


Dla mnie ogromnym plusem są także role aktorów pochodzenia amerykańskiego - to nadaje zawsze dramom takiej... "globalności"(?). Jednak równocześnie jestem bardzo zawiedziona, ponieważ w rozmowach chińsko-amerykańskich język w jakim mówią jest mieszany. To mnie bardzo zdziwiło. W żadnych dotychczas dramach się z tym nie spotkałam. Tu jednak biali aktorzy mówili po angielsku, a skośni dopowiadali im po chińsku. Dialogi te były dla mnie śmieszne i nienaturalne. Stąd pod tym względem to ogromny minus dla produkcji. 

Ostatecznie mogę stwierdzić, że gra aktorska była na wysokim poziomie, aktorzy znakomicie wcielili się w swoje role. Fabuła jest doskonała i na pewno widz nie będzie się nudził oglądając „Love me if you dare”. Przejścia z historii w nową historię są łagodne, ale całość akcji bardzo dynamiczna i rozwijająca się do samego końca serialu. Lecz przez wtopę z mieszanką języków, moja ocena końcowa będzie nieco niższa niż poniektórzy oczekują: 
9/10



Coś z życia Aiko

Witam Was serdecznie po powrocie z sezonowego obozu pracy nad morzem. Ponad 6 tygodni tyrani po 14h dziennie z 1-2 godzinną przerwą. Nieregularne posiłki złożone z fast foodów, kawy i słodyczy, a mimo wszystko jest Ciebie mniej niż więcej. Chwilowe i niewiążące przyjaźnie. Po pracy relaksacyjne picie alkoholu w knajpie lub na plaży o zachodzie słońca i opalanie się w świetle księżyca. Zarobki poniżej średniej krajowej z nienormowanym czasem pracy, ale za to ogromnym doświadczeniem! Tak, od dziś już wiem, żeby nie kupować NIGDY ręczników nad morzem. 
To moje krótkie podsumowanie sezonowej pracy. Aczkolwiek nie zniechęciłam się. Nawet mi się podobało, na pewno zdobyłam doświadczenie, praca choć męcząca, to całkiem satysfakcjonująca, ale nie równała się wynagrodzeniu. Grunt to zarobić co się da zarobić i  spier*alać.
Jeden plus jest taki: zarobiłam na wyjazd do Londynu.  Już mam zabukowany lot i zarezerwowany hotel w centrum miasta. Dopracowałam także więcej szczegółów podróży, o czym dowiecie się, ale dopiero za miesiąc. Dokładnie 11 września wylatuje do Anglii!

P.s. Zastanówcie się dlaczego dnia 11 września bilety lotnicze były tańsze (ja wiem).



Z dnia: 12.08.2016r.

24 czerwca 2016

[116] Around the world: Italy (northwest)

O moich podróżach do Italii czytaliście wielokrotnie i czytać pewnie jeszcze będziecie, bo Włochy północne to nie jedyny mój cel. Jeszcze wrócę do słonecznej Italii, ale na ciepłe południe. Welcome to Italy!

Włochy to bardzo ciekawy kraj, z bogata architekturą – szczególnie kościelną, licznymi muzeami, wąskimi uliczkami, zadbanym budownictwie. Bolonia to zupełnie inne miasto niż te, w których dotychczas bywałam. Szerokie drogi, wysokie budynki, masę arkad wijących się wzdłuż kamiennych chodników, freski ścienne i dwie wieże jako symbol tego miasta. 
Widok na miasto z wieży Asinelli.
Bolonia słynie z kilku zabytków, a w tym z najstarszego uniwersytetu na świecie założonego w 1088 roku, na którym studiował nasz wielki polski uczony Mikołaj Kopernik. Via Zambni to ulica dziwactw, kolorów, tętniąca życiem studenckim. Znajduje się tam kilka muzeów, ale nie to jest w niej ciekawe. Wieczorami i weekendami można trafić na koncerty uczniów z uniwersytetu, czy oglądać artystyczne murale na budynkach (patrz zdjęcie w TYM poście). Z kolei punktem orientacyjnym w Bolonii są dwie wieżeAsinelli licząca prawie 100 metrów i mająca blisko 500 schodów (bilet: 3 euro) oraz Garisenda, która jest o połowę niższa. Głównym placem w Bolonii jest Piazza Maggiore. Ogromne skupisko wycieczek lgnie tam do Bazyliki San Petronio, która miała być jednym z największych kościołów na świecie. Znajduje się tam także ratusz i pomnik Neptuna, a także niedaleko stara biblioteka i muzeum archeologiczne. Choć jednym z najciekawszych dla mnie zabytków była Bazylika Santo Stefano. W porównaniu z San Petronio (strzelisty, bogaty w przepych, masa ozdób, rzeźb, obrazów, złocistości i jasności...) to skromny kościół. Byłam tam aż dwa razy. Jak na takiego bezbożnika jak ja, to rzecz prawie niemożliwa, a jednak... Z wierzchu niewielkie niepozorne budownictwo, w środku ciężkie masywne mury, gołe ściany i ołtarze, ciemność. Jest to o tyle ciekawe miejsce, że wewnątrz jednego kościoła znajduje się 7 innych. Przechodząc z pomieszczenia do pomieszczenia, idziemy przez nie, widzimy dwa małe dworki ze studniami i zielenią. Tak moim zdaniem powinny wyglądać kościoły – uczyć pokory, skromności, nie pokazywać swej wyższości, być cichym azylem dla modlitw. Niewiele takich kościołów spotkałam, a Włochy to kraj obfity w sakralne miejsca, większość jednak szczyci się bogactwem, a nie czystością. Smutne. 
Inną atrakcja jest droga pod arkadami do Sanktuarium Madonny di San Luca. Spacer na górę trwa około godzinki, ale można tam również wjechać kolejką za około 10 euro (ale satysfakcji nie będzie). Ciekawostką jest, że do sanktuarium prowadzi szatańska ilość arkad, bo jest ich aż 666.
Droga i Sanktuarium San Luca.
1. Wieża Asinelli.
2. Mówiące ściany - ciekawostka, kiedy będziecie na 
Piazza Maggiore, obok Neptuna, odszukajcie je koniecznie! Stojąc twarzą i mówić do ścian osoba stojąca po ukosie w taki sam sposób usłyszy co mówicie. Zabawa jest Przednia!
Kolejnym miastem, niezwykle znanym każdemu podróżnikowi, ale też graczom Assassinów i fanom historii, a szczególnie renesansowej architektury to stolica Toskanii – piękna, wręcz bajeczna Florencja – ciasne uliczki, stare budownictwo, bogactwa sakralne i mosty… Urokliwe, w sam raz na romantyczną przechadzkę z drugą połówką.
Most na rzecze Arno

Zabytków Florencja ma wiele. Pionierskie miejsce zajmuje katedra Santa Maria del Fiore. Budowana ponad 150 lat swoją potęgą zapiera dech w piersi, a ku jej szczytu wznosi się największa ceglana kopuła na świecie, z której można podziwiać panoramę miasta. Zaś tuż obok jest dzwonnica Campanile di Giotto, która służy również oglądaniu krajobrazu wokoło (ponad 400 schodów do pokonania, więc jeśli wybierzecie się do Bolonii i zdobędziecie Asinelli, z dzwonnicą także trudno nie będzie). 
Zaś zwolennicy literatury mogą podziwiać Dom Dantego wielkiego i najbardziej znanego pisarza włoskiego, autora „Boskiej Komedii”. We Florencji się urodził, tam też poświęcono jego życiu i twórczości muzeum. Ciekawostka jest, że tuż przed średniowiecznym budynkiem na bruku wyrzeźbiona jest twarz artysty, którą (UWAGA) można zobaczyć dopiero wtedy, gdy poleje się odpowiednią cześć chodnika wodą. 
Symbolem miasta jest przede wszystkim most na rzecze Arno – Ponte Vecchio. Zatłoczony i otoczony wieloma drogimi „sklepikami”.
Punktem centralnym miasta stało się miejsce – Piazza della Signoria, gdzie znajduje się fontanna Neptuna oraz rzeźba Michała Anioła – Dawid (której oryginał został przeniesiony Muzeum – Galeria dell'Academia).
Twarz Dantego wyrzeźbiona w bruku i... polana wodą. 

Katedra Santa Maria del Fiore
Kolejnym miastem, które odwiedziłam podczas pobytu we Włoszech była Rawenna, znana jako miasto sakralne, ale przede wszystkim rozpoznawalne dzięki bizantyńskiej architekturze i mozaikom. Moje pierwsze wrażenie? Skromne, ciche, przyjazne miasteczko, ale opływające w zachodnich turystach (szczególnie Niemcach i Brytyjczykach). Można było przechadzać się po cichu uliczkami nie gubiąc się w tłumach.
San Vitale
Rawenne trzeba wiedzieć jak zwiedzać. Pierwsza rzecz to zakup biletów upoważniających nas do wejścia do 5 głównych obiektów (jedyne 11 euro), dostajemy wówczas też mapkę i podążamy za wskazanymi znakami. Pierwsza na celowniku jest bazylika San Vitale, którą spotkacie na każdej jednej widokówce. Prezentuje się nadzwyczaj okazale, świątynia znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Wnętrze jest bogato dekorowane mozaikami, ale ja zauważyłam tak także w pewnym sensie pokorę, co mi się bardzo podobało. Kościół budowany jest na planie ośmioboku, A tuż obok znajduje się Mauzoleum Galli Placydii o pięknych zdobieniach - dla mnie - cud artystyczny!
Mauzoleum Galli Placydii
Z kolei bazylika Sant’Apollinare Nuovo choć z wierzchu nie pozorna, wewnątrz bogato zdobiona (nie zaskoczę Was) mozaikami. Po obu stronach ściany składają się z trzech pasów - Nowy Testament, Apostołowie i Prorocy, Orszaki dworne wraz z królem Teodynem i męczennikami.
W Rawennie znajdziecie wiele innych okazałych zabytków jak Baptysterium Ortodoksów, ariański czy Basilica Ursiana. Ale znajdziecie tam także grób wcześniej wspomnianego Dantego.
W tym miasteczku także spotkały nas miłe niespodzianki. Największym zaskoczeniem było, gdy weszliśmy do restauracji, chcąc coś przekąsić i pytając kelnerkę czy mówi po angielsku, odpowiedziała nam: "Po angielsku nie mówię, ale mogę rozmawiać po włosku i polsku." - w naszym rodzimym języku. Potem okazało się, że niegdyś nawet mieszkała w naszych okolicach. A żeby tego nie było mało, zwiedzając kościółki i kościoły zawędrowaliśmy do jednego z mało nam znanych i pospolitych. Trafiliśmy akurat na msze. Coś było nie tak.  Albo my totalni bezbożnicy zostaliśmy oświeceni, albo msza faktycznie była prowadzona w języku polskim. Ot zaskoczenia w tym niepozornym i cichym miasteczku.
Restauracja w której pracowała ta przemiła Pani z Polski - jedzonko pierwsza klasa!
Byłam także po raz drugi w Wenecji będąc tego roku we Włoszech, jednak miałam bardzo mało czasu na zwiedzanie (więc możecie przeczytać więcej szczegółów TUTAJ) i tak naprawdę zdążyłam tylko pooglądać widoki z wieży na Placu św. Marka, co widzicie niżej.


Co z cenami podróży? Zawsze to twierdzę i twierdzić będę, bo dwa lata temu i w ubiegłym roku, i teraz ceny dla nas Polaków są w sam raz. Bilety nie są drogie, ceny w restauracjach i kawiarniach całkiem przystępne, jedynie sklepy z pamiątkami szarżują - szczególnie we Florencji. Uwaga! Uważajcie. Masa sprzedawców w tamtym mieście oszukuje na tzw. "przecenach", co mnie bardzo zdziwiło. Włochy słyną z pięknych skórzanych torebek czy butów. Florencja to nie miejsce w którym powinniście je kupić. Jeśli planujecie to zrobić w jakimś znanym mieście, kupcie takowe wyroby prędzej w Wenecji różnica w cenie to nawet 10 euro o czym sama się przekonałam (kupiłam skórzaną torebkę za 35 euro w Wenecji, identyczną widziałam we Florencji za 44).

Opinia Aiko: Choć nigdy nie ciągnęło mnie do Włoch, udało mi się je zwiedzić trzeci rok pod rząd. Nie żałuję. Te państwo jest bliskie mojemu sercu, bliscy mi są tamtejsi ludzie i kwestią czasu będzie, gdy bliski stanie się też język. Ciesze się, że mogę mieć do czynienia z ichniejszą kulturą i tradycją, bo są dla mnie czymś niesamowitym.



Coś z życia Aiko
Dzisiaj w nocy wyjeżdżam nad morze do pracy. Czuję się trochę osamotniona, bo Panda wyjeżdża do Niemiec, a najlepsza przyjaciółka już mieszka w Anglii. Choć nie planowałam ani nie chciałam specjalnie opuszczać domu na wakacje za pracą, to marzenia i chęć podróżowania staje się dla mnie priorytetem. W te wakacje MUSZĘ zarobić na wyjazd do Londynu. Powoli planuję już podróż, wiem czego chcę i co osiągnę.
Trzecią klasę technikum bodajże kończyłam ze średnią 4.0 swojego świadectwa jednak nie zobaczę, bo zakończenie roku jest w piątek, a tego dnia będę już w Kołobrzegu. Jeżeli będziecie w okolicy Pobierowa, a może w samum Łukęcinie dajcie znać. Wiedzcie, że Wasza Aiko-chan tam będzie pracować! Trzymajcie się cieplutko i spędźcie miło i niezapomnienie te wakacje. Ja ne kochani! <3

Z dnia: 25.06.2016